Muzyka

Lana Del Rey to nie fejk

© Pamela Cochrane / Press
Autor Kasia Gawęska
Jedni mówią o niej, że jest smutna i sztuczna, drudzy – że wrażliwa i inspirująca. A kim dla ciebie jest Lana Del Rey?
Na pewno pamiętasz start tej wielkiej kariery. Numer „Video Games” zapewnił jej międzynarodowy sukces, który zwykle idzie w parze z nieco mniej przyjemnymi sytuacjami. W przypadku Lany Del Rey były to różnego rodzaju obraźliwe plotki i dziesiątki łatek, które przyklejali jej ludzie. „Sztuczna”, „produkt”, „depresyjna”, „nie umie śpiewać”, „tata ufundował jej karierę”, „znalazła sponsorów”…. I chociaż wszystkie te sprawy już dawno zostały wyjaśnione, a ona sama wydała jeszcze potem kilka płyt, to dopiero na najnowszym albumie „Norman Fucking Rockwell” poznajemy tę prawdziwą Lanę.
Del Rey zachwyciła miliony ludzi, którzy zachwycali się jej autentycznością, podczas gdy inni równie mocno krytykowali ją za to, na kogo się wykreowała. Początkowo mówiła o sobie jako o „gangsterskiej Nancy Sinatrze”, romansując na płycie „Born To Die” z hip-hopem, tworząc retro pop. Śpiewała o używkach, sypianiu z dużo starszymi od niej mężczyznami, toksycznych relacjach („Off to the Races” to idealny przykład współczesnej historii Lolity), Ameryce, śmierci, gwiazdach. To ona od samego początku potrafiła wymieszać te wszystkie tematy z tekstem „moja c**ka smakuje jak Pepsi Cola”. Sporadyczne wywiady, których udzielała, zupełnie nie pomagały publice sprawdzić, jaka jest naprawdę. Niezwykle nieśmiała, raczej mało elokwentna, bardziej przypominała przestraszoną, roześmianą dziewczynkę, niż femme fatale, seksowną, smutną uwodzicielkę, na którą kreowała się w swojej twórczości.
Na drugiej płycie Lana jeszcze częściej odnosiła się w swoich utworach do tęsknoty, miłości tak silnej, że czasami aż zabójczej. Del Rey, mimo stworzenia drugiego świetnego albumu, cały czas była atakowana, tym razem również przez feministki. Tekst „uderzył mnie, a ja czułam się tak, jakby mnie całował” wywołał wielkie oburzenie wśród innych kobiet, tak samo jak uległość, którą można było przypisać artystce, która wciąż śpiewała o poświęceniach, które była gotowa znosić dla mężczyzn. Mimo wszystko już wtedy można było mocniej wsłuchać się w pewne kawałki, żeby zauważyć, że Lanę takie oskarżenia wręcz bawią. Piosenka „Fucked My Way Up to The Top” była przecież odpowiedzią na wszelkie plotki o jej romansach i karierze, którą rzekomo zdobyła przez łóżko. Powoli przyzwyczajała się też do tego, że ludzie będą spekulowali na jej temat jeszcze przez długie lata. „Mówię o naszym pokoleniu. Jeśli mnie nie rozumiesz, zapomnij o moich słowach, żebym nie musiała niczego, k***a, wyjaśniać” – śpiewała w „Brooklyn Baby”.
W tym wszystkim nie pomogła słynna wypowiedź Lany w jednym z udzielonych wywiadów, którą powtarzała wielokrotnie w swoich piosenkach. „Chciałabym umrzeć” – miała kiedyś powiedzieć, co oburzyło jej przeciwników, którzy byli przekonani, że promuje się na swoim smutku. Ale przecież nie miała łatwo. Jako nastolatka została wysłana do szkoły z internatem ze względu na swoje uzależnienie od alkoholu, pomieszkiwała w przyczepie kempingowej, przyznała się też do depresji i zaburzeń lękowych. Chociaż łatwo przykleić jej kolejną łatkę, nazywając jej muzykę „smętną”, to tak naprawdę każdy jej kolejny album to mała rewolucja. Na „Honeymoon” stała się jeszcze bardziej nostalgiczna, jakby chciała sprawdzić, jak długo może testować swoich hejterów. Równocześnie odniosła się do sławy zupełnie inaczej, niż robiła to wcześniej. Kiedyś śniła o diamentach, zasypianiu pod amerykańską flagą, staniu się czyimś narodowym hymnem i bogactwie. Teraz było inaczej, bo mówiła o sławie już zdobytej, przez nią samą. Pragnęła znaleźć się z daleka od ludzi, którzy śledzili każdy jej krok: „Czuję się wolna tylko, gdy nikogo nie widuję i gdy nikt nie zna mojego imienia” – śpiewała w „God Knows I Tried”. Stopniowo zmieniało się też jej postrzeganie związków. To na „Honeymoon” po raz pierwszy nie była już ofiarą, a obserwatorką, która pozwalała, żeby życie toczyło się dalej, niekoniecznie poświęcając dla miłości dosłownie wszystko.
Kolejny „Lust for Life” okazał się dla Lany albumem przełomowym. Nie tyle muzycznie, bo jest to płyta, która mimo wielu perełek w porównaniu do jej innych wydawnictw wypada raczej słabo. Chodziło o to, jakie zmiany zaszły w postrzeganiu przez artystkę świata. Ze względu na politykę Trumpa, Lana całkowicie odeszła od estetyki, którą stworzyła. Porzuciła amerykańskie flagi, nie uważała już, że wszystkie chodniki w Stanach pokrywa złoto, a amerykański sen zderzył się u niej z rzeczywistością. Lana poczuła „Lust for Life”, ale pierwszy raz nie chodziło tylko o jej życie. Stała się aktywną uczestniczką życia swoich fanów, nowego pokolenia, do którego należy przyszłość. Zwróciła uwagę na problemy, które dotyczą nas wszystkich, a nie tylko jej.
Najnowszy „Norman Fucking Norwell” to połączenie wszystkiego, co u Del Rey najlepsze. Brzmieniowo możemy mówić o hybrydzie „Born to Die” i „Ultraviolence”, tekstowo – „Lust for Life” z domieszką smutniejszych wstawek. Co ciekawe, Del Rey wreszcie sama odkryła, kim jest.
Jest „burzą, błyskawicą, dziewczyną, dzięki której zaczniesz się zastanawiać, kim jesteś i kim byłeś do tej pory”. Jest „twoją Venice bitch”. Jest partnerką, a nie dodatkiem do swoich kochanków. Jest poetką. „Nie pytaj, czy jestem szczęśliwa – przecież wiesz, że nie. W najlepszym wypadku powiem ci, że nie jestem smutna” – śpiewa. Dodaje, że nie jest świecą wystawioną na wiatr, a jedynie kimś, kogo „smutek wyjęto z kontekstu” i kogo „dobroć wzięto za słabość”. Po raz pierwszy pokazuje też swoją siłę tak bezpośrednio mówiąc o tym, co sądzi o obecnej sytuacji w amerykańskim społeczeństwie. Twierdzi, że kultura upada i obwinia za to między innymi Kanye Westa, którego krytykowała za wspieranie Trumpa. „Kanye zafarbował się na blond i zniknął” – śpiewa artystka, która chciała stworzyć „The Next Best American Record” i na „Norman Fucking Norwell” według wielu ludzi jej się to udało.
Lana Del Rey nie musi też odpowiadać na docinki ze strony fanów innych gatunków muzycznych. Od zawsze śpiewała o Springsteenie, Elvisie i swoich rockowych inspiracjach. Na „Norman Fucking Norwell” możemy usłyszeć perkusistę Red Hot Chili Peppers, po piosenkach takich jak „Axl Rose Husband” i „Guns and Roses” spotykała się z… Axlem Rosem z Guns N’ Roses. Na „Ultraviolence” znajdziemy utwory z synem Johna Lennona i ze Stevie Nicks, a na dodatek Lana wreszcie nie wstydzi się mówić o swoich osiągnięciach w wywiadach – podobno nagrała płytę z The Last Shadow Puppets, chociaż prawdopodobnie nigdy jej nie usłyszymy.
Nie może więc dziwić, że Del Rey stanowi mocną inspirację dla tysięcy artystów – zarówno tych, którzy działają od kilkudziesięciu lat, jak i tych, którzy dopiero zaczynają podbijać show-biznes, czyli na przykład Billie Eilish. Wśród fanów Lany nie brakuje też polskich artystów. „Nie wiem, czy mogę nazwać się fanką Lany, skoro nigdy nie byłam na jej koncercie ani nie wiem, kiedy ma urodziny, ale jej muzyka towarzyszy mi od 17. roku życia i przebrnęła razem ze mną ciężki okres dorastania. Lana to wszystkie letnie wieczory ze złamanym sercem. To deszczowe noce, w które zapisuje się w pamiętniku najbardziej mroczne myśli. To samochodowe podróże z chłopakiem, kiedy czułam się jak bohaterka jej teledysków. To smutek ubrany w kwiecistą, zwiewną sukienkę; tak piękny, że masz ochotę się w nim zanurzyć i przestaje być czymś złym” – mówi nam Marta Bijan, finalistka czwartej edycji programu X Factor i autorka solowej płyty „Melancholia”.
„Przede wszystkim lubię Lanę za jej wrażliwość, a to dla mnie najważniejsza cecha u artysty. Podoba mi się jej konsekwencja i odporność na krótkotrwałe mody. Pisze też świetne teksty, ma wyróżniającą się barwę. Miłym akcentem nowej płyty jest mój kolega Duke na okładce – fajnie. Pamiętam też, jak w 2012 roku kilka osób porównywało moje wideo »muse« do Lany i to strasznie miłe, bo widocznie czerpiemy z tego samego kosmicznego źródła/zbiorowej świadomości” – dodaje wokalistka Tola Szlagowska.
I to właśnie dzięki takim wielbicielom Lany oraz jej nowej płycie odkrywamy, że Del Rey nie musi się określać. Nie wszystko jest przecież tylko czarne lub białe. Gdzieś pomiędzy kryją się miliony barw, które Lana wreszcie dla nas odkryła.

Zobacz ukochane LA Lany Del Rey z innej perspektywy

3 min
Supermoon