Do kolejnego sezonu żużlowego już tylko nieco ponad miesiąc. Tytułu mistrza Polski będzie bronił Motor Lublin. Zapytaliśmy szkoleniowca „Koziołków”, Macieja Kuciapę, jak trafił do szatni Motoru, na czym polega praca trenera żużlowego i co sprawia, że nadal utrzymuje wyśmienitą formę.
Jak zostałeś trenerem?
Ponad ćwierć wieku ścigałem się na żużlu. Jeszcze będąc aktywnym zawodnikiem, myślałem, co zrobić, by po zakończeniu kariery zostać blisko speedway’a. Chciałem pracować z młodzieżą, więc zdecydowałem się na kurs instruktora sportu żużlowego. Wydawało mi się, że trzeba zacząć od szkolenia dzieciaków i stopniowo podejmować coraz bardziej odpowiedzialne zadania na różnych poziomach, ale życie zweryfikowało te plany na trzech płaszczyznach… Dostałem propozycję pracy z seniorami, opieki nad pierwszą drużyną i to w dodatku w Ekstralidze, najmocniejszej żużlowej lidze na świecie!
Lublin złożył ofertę nie do odrzucenia?
Każdą propozycję można odrzucić, a mi bardziej, niż na pieniądzach, zależało na rozwoju i pracy w warunkach umożliwiających wprowadzanie swoich koncepcji. Długo się zastanawiałem. Miałem obawy, czy bez doświadczenia dam sobie radę. Sam próbowałem nawet przekonać zarząd Motoru, że powinienem zacząć od pracy z dzieciakami, zdobywać doświadczenie i dochodzić do wszystkiego etapami. No, ale moje negocjacje się nie udały i zostałem przekonany do tego, żeby poprowadzić pierwszą drużynę. Dziś mogę być za to wdzięczny.
Jak to oceniasz po kilku latach pracy i wywalczeniu z zespołem Drużynowego Mistrzostwa Polski?
Przez te lata klub co roku notował progres. Utrzymaliśmy się w Ekstralidze, potem poprawiliśmy pozycję, następnie wywalczyliśmy wicemistrzostwo, a ostatnio sięgnęliśmy po złoto. To ogromny sukces chłopaków, klubu i wszystkich ludzi zaangażowanych w jego funkcjonowanie. Bardzo się cieszę i jestem dumny, że mogłem mieć swój wkład w ten historyczny wynik. To daje mnóstwo motywacji do dalszej pracy. No i świadczy o tym, że decyzja o powierzeniu pierwszej drużyny była chyba jednak dobra.
Na czym polega praca trenera najlepszej żużlowej drużyny w Polsce?
Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć. W PGE Ekstralidze startują najlepsi zawodnicy na świecie. W przytłaczającej większości to ukształtowani sportowcy, świadomi swoich możliwości i ograniczeń, znający się na sprzęcie itd. Prezentują wspaniały poziom. Każdy z nich osiągnął ten poziom na swój sposób, a do ligi trafił już jako zawodowiec. Dlatego ciężko mówić, że tych facetów się trenuje. Oni już świetnie potrafią jeździć. Oczywiście, chętnie im podpowiadam, przekazuję swoje uwagi i obserwacje. Częściej jest to wymiana opinii i dyskusja, niż jakiekolwiek szkolenie. Czasem uwagi kogoś, kto przygląda się zawodnikowi z boku, mogą być bardzo przydatne, bo bywa, że samemu trudno o chłodną ocenę. Jeśli tylko mogę im w czymś pomóc, robię to z ogromną przyjemnością, ale jeździć na żużlu uczyć ich już nie muszę. Moja rola podczas meczów bliższa jest raczej pozycji menedżera, który dobiera i układa skład oraz taktykę, przeprowadza zmiany i dba o to, by wszyscy dobrze komunikowali się ze sobą między wyścigami.
Czy to znaczy, że trener ma w tygodniu sześć dni wolnych?
Absolutnie nie! Bardzo ważnym, szalenie odpowiedzialnym i czasochłonnym zadaniem jest przygotowanie odpowiedniego toru. Nawierzchnia w sporcie żużlowym ma wielkie znaczenie i trzeba robić wszystko, by jak najbardziej odpowiadała zespołowi. To trwa. Należy pamiętać, że tor musi pasować wszystkim zawodnikom w drużynie, a poszukiwania tego optymalnego modelu mogą być żmudne. A potem, kiedy już się znajdzie ten złoty środek, trzeba umieć sprawić, by ten tor był powtarzalny. Przygotowanie identycznej nawierzchni utrudnia zmieniająca się temperatura, wilgotność, opady, pora rozgrywania zawodów itd. To naprawdę bardzo precyzyjne zadanie i temu poświęcam najwięcej czasu. Razem z toromistrzem robimy, co możemy, by zawodnicy mieli tor, jaki najbardziej im pasuje i do którego są przyzwyczajeni. Do tego dochodzi opieka nad młodszymi zawodnikami. Planuję ich treningi i przeprowadzam je. Jeżdżę z juniorami na zawody, a oni mają często naprawdę napięty terminarz. Do tego rozpisuję cykle treningowe, żywieniowe, odpowiadam za logistykę, ustalam daty zgrupowań i treningów przed meczami. Żartuję sobie, że trenera widać w telewizji przez dwie godziny w trakcie meczu, a tak naprawdę mam mnóstwo zajęć przez cały tydzień.
Co daje ci największą satysfakcję w pracy?
Największą frajdę czuję wtedy, gdy jestem potrzebny zawodnikom. Dużą radość sprawia, kiedy dostaję od nich sygnały, że wykonałem swoje zadania w sposób, który czyni ich pracę przyjemniejszą i łatwiejszą. Pewnie każdy trener na świecie, niezależnie od dyscypliny, powiedziałby coś podobnego, bo taka jest przecież nasza rola – by ułatwić zawodnikom odnoszenie sukcesów. Cieszą mnie oczywiście wyniki. Nasz mistrzowski sezon był wyjątkowy. Przez fazę zasadniczą drużyna przeszła, jak burza, była zdecydowanie najlepsza. W walce o medale kontuzji doznał nasz lider i sprawy mocno się skomplikowały. Taki jest oczywiście sport, ale byłoby mi bardzo szkoda chłopaków, gdyby cały ich dorobek posypał się przez to. Na szczęście spisali się wspaniale i wygrali najważniejsze mecze. Tak, odbieranie złotego medalu i feta mistrzowska dały mi wielką satysfakcję.
Trzeba być w tej robocie dobrym psychologiem?
Na pewno. Jak w każdym zawodzie – im lepiej poznasz ludzi, z którymi pracujesz, tym szybciej i skuteczniej możesz rozwiązywać problemy. Żużlowcy nie należą raczej do zbyt wylewnych ludzi i rzadko dzielą się swoimi emocjami, ale warto poznać ich jak najlepiej, by skutecznie i szybko się komunikować, co w trakcie meczu jest bardzo ważne. Jeden zawodnik ma jakieś swoje nawyki, a drugi inne przyzwyczajenia, jeden coś lubi, a drugi nie, jeden woli kawę, a drugi herbatę. Nigdy wszystkim nie dogodzi się tym samym, ale warto wiedzieć o sobie jak najwięcej. Taki cel miało m.in. nasze zimowe, rowerowe zgrupowanie w Hiszpanii. Część drużyny uwielbia jeździć rowerem, część taką aktywność akceptuje, ale są i tacy, którzy za tym nie przepadają. Wszyscy jednak mieli swoją pracę do wykonania, a po treningach był czas, żeby pogadać, wspólnie pożartować, zagrać w piłkę, czy posiedzieć w saunie. Tak spędzony obóz na pewno zbliża i może zaprocentować w przyszłości. W ten sposób buduje się relacje w drużynie. Chodzi o to, by stworzyć grupę ludzi, która ma jasny, wspólny cel i jest w stanie sporo poświęcić, by go zrealizować. Jeden za wszystkich – wszyscy za jednego, to optymalna konfiguracja.
W Hiszpanii nie tylko zarządzałeś treningi, ale sam brałeś w nich udział. Dlaczego?
Ja po prostu kocham sport. Jestem człowiekiem sportu i bez sportu nie mógłbym żyć. Uwielbiam ruch i nie wyobrażam sobie dnia bez treningu. Calpe jest wspaniałym miejscem do uprawiania kolarstwa, więc grzechem byłoby tego nie wykorzystać. Dzięki takiemu podejściu utrzymuję formę i jestem bardzo aktywny, mimo, że nie uprawiam już sportu zawodowo. Mam nadzieję, że mogę być przykładem dla swoich zawodników. Chciałbym im pokazać, szczególnie tym młodym, że sport jest doskonałym sposobem na życie. Jasne, teraz są zawodowcami, a żużel to ich praca. Ale każda kariera kiedyś się kończy i myślę, że warto wcześniej zadbać o siebie, by ta sportowa emerytura dalej mogła dawać adrenalinę. Ruch odstresowuje, napędza do działania, daje energię i radość. Dlatego chętnie jeżdżę, biegam, czy ćwiczę na sali ze swoimi zawodnikami.
Jak do tego podchodzą? Chcą pokazać trenerowi, że są lepsi?
Pewnie tak, bo to bardzo ambitni ludzie. Oni chcą wygrywać z każdym, zawsze i wszędzie. Nasz mecz piłkarski na plaży przypominał raczej zapasy (śmiech). Walka była naprawdę ostra, nikt nie odstawiał nogi i wszyscy chcieli zdobyć zwycięską bramkę. Ale wygrać zawsze może tylko jedna strona. To istota sportu. Moja rola polega na tym, żeby zrobić wszystko, by to moi zawodnicy jak najczęściej byli po tej zwycięskiej stronie.
Co jest w twojej pracy najważniejsze?
Można wymienić wiele rzeczy, w zależności od sytuacji. Jestem zdania, że istotny jest spokój. Ja nie mogę pokazać, że się denerwuję, czy tracę panowanie nad sobą, bo to by się od razu negatywni przełożyło na zespół. Ważne jest skupienie, bo w trakcie meczu dzieje się tak wiele, że łatwo stracić koncentrację. No i, tak, jak już wspomniałem, szalenie ważny jest dobry kontakt z zawodnikami, bo szybka i zrozumiała komunikacja w żużlu bardzo ułatwia wiele spraw. Każdy rodzaj wspólnej aktywności pomaga budować te relacje – czy to będzie trening żużlowy, wspólna jazda rowerem, bieganie, albo mecz piłki nożnej. Uczymy się swoich zachowań i reakcji w różnych sytuacjach. Warto wiedzieć nawet, jakiego dany facet używa słownictwa, gdy jest wyluzowany, skupiony, albo zdenerwowany, bo to pozwala później szybciej zorientować się w jakim jest nastroju i tak do niego podejść, by osiągnąć jak najlepszy efekt. Wiemy, kiedy żartujemy, a kiedy mamy do wykonania wspólną pracę. Bez wzajemnego zrozumienia byłoby to trudne.