Małach w sesji zdjęciowej do płyty "Bartek"
© Sony Music Polska
Muzyka

Małach: Może teraz trochę w stylu Dawida Podsiadły

Od robienia kawy raperom w studiu nagraniowym, aż po album wydany przez dużą wytwórnię - Małach wspomina z nami swoją muzyczną drogę i mówi, dlaczego celuje znacznie wyżej.
Autor: Marcin Misztalski
Przeczytasz w 15 minPublished on
Rozmawiamy kilka godzin przed premierą albumu „Bartek”. Jest stres?
Małach: W tej chwili stresu jest co niemiara, bo ludzie otrzymują ode mnie paczki i już widzę, że kilka razy się pomyliłem – nie podpisałem np. jakiegoś egzemplarza. Są słuchacze, którzy nie robią z tym problemu, ale są i tacy, którzy wykręcają mi małe aferki. Muszę wtedy posypać głowę popiołem, podpisać krążek i wysłać go raz jeszcze. Nie są to wielkie sprawy i problemy, ale jeśli nałoży się ich kilka, to robi się małe zamieszanie, którego wolałbym uniknąć. Wcześniej praca i sama premiera kompletnie mnie nie stresowały, gdyż tak sobie wszystko czasowo poukładałem, że z całym materiałem byłem gotów już na luty. „Bartka” chcieliśmy oddać w ręce słuchaczy w marcu, ale sytuacja na świecie zmusiła nas do zmiany planów. Zauważyłem, że sprzedaż moich nowych płyt stoi na niższym poziomie, niż się spodziewałem. Wysłaliśmy do tej pory tyle nośników, ile w ubiegłym roku. Myślałem, że będzie wyglądać to nieco lepiej, bo widziałem na tym polu tendencję zwyżkową.

Oryginalny Red Bull

Red Bull Energy Drink

Red Bull Energy Drink
To twoja dziesiąta premiera płytowa. Potrafisz się jeszcze z takich dni cieszyć?
Jest to dla mnie mega wyjątkowy dzień i w zasadzie co roku organizowaliśmy spotkania z fanami. To są naprawdę miłe momenty. Widziałem kilkadziesiąt (czasami nawet blisko setki) zajaranych ludzi, którzy z nami rozmawiali, robiliśmy wspólne zdjęcia, podpisywałem im płyty czy graliśmy na żywo kilka utworów. Trochę będzie mi tego jutro brakować, ale na pewno to sobie jeszcze odbijemy i będziemy wspólnie celebrować.
Celebrowałeś swój kontrakt z Sony Music?
Cieszę się, że podpisałem z nimi umowę. Decyzja była spowodowana m.in. tym, że w ubiegłym roku puściliśmy z Rufuzem album „Metryka” i po jego premierze byliśmy tak zmęczeni pracą, jaką musieliśmy wokół projektu wykonać, że nie mieliśmy już sił, by w jakikolwiek sposób go promować. Z boku może się to wszystko wydawać fajne i przyjemne, ale ogarnianie projektów od kuchni to naprawdę żmudna i ciężka robota. W związku z tym szukałem osób, które będą mi mogły pomóc z płytą tuż po jej premierze. Nie ukrywam, że gorzej wygląda u mnie właśnie ten czas, kiedy płyta jest już w sklepach i należy ją umiejętnie wypromować. Uznałem, że lepiej, jeśli ten proces ogarnie ktoś, kto się na tym zna lepiej. Zgłosiłem się więc z materiałem do Sony i niemalże od razu doszliśmy do porozumienia. Jestem bardzo zadowolony z warunków, jakie mi zaproponowali. Oczywiście nie potraktowali mnie tak, jak duże wytwórnie miały to w zwyczaju kilkanaście lat temu. Wówczas warunki bywały – nazwijmy to delikatnie – mocno dyskusyjne. Jeśli ktoś nie wie, o czym mówię, to wystarczy posłuchać niektórych wersów Włodiego. Na szczęście czasy diametralnie się zmieniły.
Na tym etapie już się czegoś od nich nauczyłeś?
Oczywiście. Przede wszystkim pomogli mi przenieść się z całą moją dyskografią na platformy streamingowe. Bardzo dbają o to, by moja muzyka wykręcała w sieci fajne wyniki i już teraz mogę przyznać, że ta robota idzie im bardzo dobrze. Rozmawiamy przed premierą, a ja już podwoiłem liczbę słuchaczy na Spotify.
Przejdźmy do zawartości krążka. Jak słuchacze mają odebrać fakt, że tytułujesz nowy album swoim imieniem?
Chciałem zaprosić odbiorców jeszcze bardziej do swojego świata i powiedzieć im, że znajdą na krążku wiele osobistych treści. Opisałem na nim między innymi swoje problemy związane z alkoholem, bo wiem, że takie teksty mogą komuś pomóc. Poza tym uważam, że problem alkoholowy to wciąż w naszym kraju temat tabu i niewiele osób chce o nim mówić i – przede wszystkim – do niego się przyznać. Ja uznałem, że zrobię na odwrót i otwarcie przyznałem się do nadużywania mocniejszych trunków.
Słuchając twoich kawałków, można dojść do wniosku, że kierujesz się dewizą: „jakie życie, taki rap”. Od zawsze stawiałeś na to, by twój rap był mocno autobiograficzny?
Mój rap od samego początku miał taki właśnie być. Od początku trzymam się też dość blisko ze słuchaczami. W moim życiu z roku na rok dzieje się coraz więcej, więc staram się szczerze opisywać swoje życie na trackach. Na pewno w niektórych momentach jest to dla mnie forma autoterapii. Zdaję sobie sprawę, że wyrzucam z siebie wiele emocjonalnych słów, ale z drugiej strony wiem, gdzie jest granica, której nie chcę przekraczać. Moi najbliżsi nie mają problemu z tym, o czym opowiadam na płytach. Wręcz przeciwnie... Choć muszę ci teraz przyznać, że były np. takie ujęcia w klipach z moją córką, które musieliśmy usunąć, bo uznałem, że widać ją za bardzo. Chciałbym, by w przyszłości zachowała jednak anonimowość i w związku z tym raczej nie będzie można jej zobaczyć w moich teledyskach.
Jesteś raperem, który stawia na prawdę i autentyzm. Jakie wobec tego masz podejście do kreacji. Jest na nią miejsce w rapie?
Nawet jeśli ci teraz powiem, że nie ma na nią miejsca, to kreacja i kłamstwa raperów nadal będą miały miejsce. Wolałbym, by rap był tylko autentyczny, ale raz – że nie mam na to żadnego wpływu, a dwa – ciężko zazwyczaj dojść do tego, czy ktoś pisze prawdę. Z muzyką momentami jest jak z filmami. Są ludzie, którzy wolą oglądać produkcje dokumentalne, a są tacy, którzy sięgają po fantasy. Ja na pewno nie mam zamiaru się na to spinać. Należy pozwolić odbiorcom wybrać artystów, których chcą sobie słuchać na słuchawkach. Oni najlepiej wiedzą, czego potrzebują i które albumy sprawiają im przyjemność.
Tobie sprawia przyjemność, kiedy ktoś mówi, że tworzysz uliczny rap?
„Ulice są w nas, będą zawsze, choć na pewne sprawy dziś inaczej już patrzę” – jak to nawijał swego czasu Pelson. Wychowałem się na podwórku, więc siłą rzeczy zawsze zostanie we mnie ten uliczny sznyt. Nie mam zamiaru od tego uciekać, nie wstydzę się swojego pochodzenia. Jeśli odbiorcy nazwą „Bartka” ulicznym krążkiem to... spoko, ale chyba nie do końca będą mieli rację, gdyż w niewielu numerach słychać harde opowieści prosto spod bloku. Może chodzi im o to, że mam tak niski wokal? Ludzie chyba przez to nazywają mnie ulicznym raperem. (śmiech) Ciężko mi zgadywać. Ja już nie kieruję się podziałami na uliczny i nieuliczny rap. Dziś wolę nazywać muzykę ciekawą lub nie. Równie dobrze, ktoś za trzy lata będzie mógł powiedzieć, że nie jestem już hiphopowcem, bo mam zamiar współtworzyć teraz kilka nierapowych projektów. Zabieram się lada moment za krążek trochę w stylu Dawida Podsiadły. Mam nadzieję, że uda mi się go zrealizować tak, jak należy. Moje nowe rzeczy będę firmował swoim imieniem i nazwiskiem. Bardzo chciałbym, by w radiach śmigały współtworzone przeze mnie utwory. Znalazłem artystę, który nie nagrywa tanich, banalnych pioseneczek, a ma naprawdę zadatki na osiągnięcie dużego sukcesu komercyjnego. Jak porozmawiamy następnym razem, to może będę już poważnym panem producentem. (śmiech)

9 min

Dawid Podsiadło: "Matylda" i sesja akustyczna w górach

Zobacz film z wyjątkowej sesji Dawida Podsiadło w górach

Powiedziałeś mi wcześniej, że jesteś blisko ze swoimi odbiorcami. Uważasz, że słuchaczom polskiego hip-hopu momentami brakuje dystansu i traktują to, co mówią raperzy, jak jakąś prawdę objawioną?
Coś w tym jest. Odbiorcy bardzo biorą do siebie słowa wypowiadane przez artystów. Jest to jeden z powodów, dla których bardzo ważę swoje zwrotki i uważam na to, co w nich mówię. Tym bardziej że mam córkę, a ona prędzej czy później usłyszy moje płyty i pewnie zada mi kilka niewygodnych pytań. Jestem świadom tego, że moje linijki docierają do wielu dzieciaków i wpływają na niejedno życie... Tak było w wielu przypadkach, ale do tej pory, na szczęście, wpłynęły tylko pozytywnie. Nieraz zastanawiałem się nad tym, co by było, gdybym opowiadał na płytach, jakieś niestworzone historie, które ściągałyby ludzi na złą drogę. Często otrzymuję wiadomości, w których czytam, że moje utwory uratowały komuś życie. To są miłe chwile – przyznaję, że czasami wzruszam się, czytając takie słowa. Niektóre wiadomości są dość długie, ale czytam wszystkie, bo widzę, że osoba po drugiej stronie pisała to szczerze i prosto z serducha. Takie momenty uświadamiają mi, że idę właściwą drogą.
A ta droga nie była pozbawiona wyboistych momentów. Mówisz o tym, chociażby w „Tytanach pracy”.
Imałem się w swoim życiu różnych zajęć. Byłem kelnerem, taksówkarzem, „złotą rączką” i wykonywałem wiele innych zawodów. Jestem dość pokornym człowiekiem, więc kiedy podejmowałem jakąkolwiek pracę zarobkową, to nie świrowałem wielkiego pana rapera, który jest za dumny na chodzenie np. z tacą. Te wszystkie doświadczenia nauczyły mnie, że nadmiar pieniędzy robi niektórym ludziom coś złego z głową. Uważam tak, bo kiedy pracowałem jako kelner, to goście, którzy wyglądali na zarobionych, byli nieuprzejmi, aroganccy i roszczeniowi. To mega chujowe, że chodzą po tym świecie ludzie, którzy myślą, że skoro mają hajs, to należy obok nich skakać jak małpy. Nieraz ktoś przychodził do restauracji, miał gorszy dzień i wyżywał się na kelnerach i innych pracownikach. Oczywiście takie osoby lubią również z byle powodu pisać skargi: bo się nie uśmiechnąłem albo – w jego oczywiście mniemaniu – krzywo spojrzałem w jego stronę.
Chciałbym cię teraz podpytać o sprawy związane produkcją. To temat, w którym obecnie się najbardziej rozwijasz. Co ona ci daje?
Przede wszystkim mam pełną kontrolę nad przebiegiem numeru. Przyznaję, że kiedyś nie byłem zbytnio otwarty na współprace z innymi producentami. Było to spowodowane głównie tym, że byłem przekonany, iż moja rola skończy się na położeniu zwrotek i nie będę mógł ingerować w aranż... A ja uwielbiam aranżować! To dla mnie moment, w którym dzieje się cała magia utworu. Podczas tego etapu tworzy się wejście, rozwinięcie, przejścia i zakończenie kawałka. Dbam o to, by każdy mój numer zawierał w mniejszym lub większym stopniu wspomniane elementy. Po latach, kiedy odważyłem się ingerować w bity od innych beatmakerów, doszedłem do wniosku, że aranżując je, czuję się, jakbym sam je produkował. Zdążyłem już przyzwyczaić osoby, z którymi współpracuję, że nie odsyłam im swoich wokali do aranżu, a proszę o ślady i sam nad nimi siedzę. Czasem wymieniam bębny i dogrywam melodie, a czasami coś przesuwam. W ten sposób wspólnymi siłami powstaje coś z czego, jestem zadowolony nie tylko ja, ale i gość, który zrobił podstawę podkładu. Tak np. było w przypadku produkcji na mój ostatni album. Dostałem kredyt zaufania od Magiery, Zbyla, Szweda i PSR-a. Czyli od ludzi, którzy mają rozpoznawalny sound. Nie zawiodłem ich, bo mówili mi, że są zadowoleni z efektów finalnych.
Jaki jest dzisiaj twój stosunek do samplowania?
Kiedy około 2000 roku zaczynałem swoją przygodę z tworzeniem muzyki, to wszystkiego musiałem nauczyć się sam, bo nie miałem internetu, ani żadnego nauczyciela. Nie wiedziałem, jak się sampluje, więc zaczynałem od układania za pomocą myszki swoich melodii na pierwszych wersjach programów, które dzisiaj uznawane są za topowe maszyny do produkcji. Można więc śmiało powiedzieć, że gdy wszyscy samplowali, ja grałem. Kiedy samplowanie wyszło z mody, zacząłem samplować, mając już umiejętność tworzenia własnych melodii. Dało mi to bardzo dużo, bo np. dzisiaj jestem w stanie, bez najmniejszego problemu, odegrać ze słuchu na klawiszach cały sampel. Dlatego nie opieram swoich bitów głównie na samplach, chociaż takie też się zdarzają. Zazwyczaj wygląda to tak, że gram melodie, a następnie „otulam” je samplami, by nadać im życie. Ostatnio dużo działam z żywymi instrumentami, ponieważ poznałem gościa, który jest w stanie zagrać to, co mu „zanucę” na gitarze, na której niestety sam grać nie potrafię. Jaram się taką opcją, bo wtedy tak naprawdę sami tworzymy sample. Podsumowując: samplowanie to jedna z technik, którą czasem stosuję i stosować pewnie będę, ale sięgam po nią zazwyczaj wtedy, kiedy brakuje mi pomysłu na dogranie jakiegoś własnego dźwięku.
Kiedy nagrywasz z wokalistami z innego świata niż hip-hop, a później zestawiasz ich prace, to widzisz między nimi jakieś różnice czy też cechy wspólne?
Widzę, że wielu raperów patrzy trochę na muzykę przez pryzmat tego, co wypada, a czego nie. Wciąż nie każdy ma odwagę otworzyć się na mieszanie gatunków, ale nie mi to oceniać. Ja robię swoje. Nie mam zamiaru ograniczać się tylko do hip-hopu. Wolę szukać nowych rozwiązań. Jaram się muzyką, więc jak robię trapowy podkład, to zadaję sobie pytanie: dlaczego on ma być taki, jak wszystkie inne, skoro wcale nie musi! Mogę przykładowo do trapu włożyć żywą gitarę albo użyć sampli, które kojarzą się głównie z klasycznym hip-hopem. Działa to również w drugą stronę, ale i nawet szerzej, bo techniki hiphopowe mogę wykorzystywać w pracy z ludźmi z innych gatunków muzycznych.
Magiera powiedział kiedyś, że ważnym wydarzeniem w jego muzycznej drodze było przejście z klawisza Yamahy na komputer. Umiałbyś wskazać tak istotne momenty w twojej karierze?
Jest ich cała masa! Po każdej płycie inwestuję w nowy sprzęt – czy będzie to nowy klawisz za paręnaście tysięcy złotych, czy jedna wtyczka VST za kilka stówek. Uważam, że jeśli nie będziemy wkładać hajsu w nasz rozwój, to staniemy w miejscu. Mój pierwszy komputer ledwo działał na Windowsie 95, więc kiedy po trzech latach otrzymałem komputer z prawdziwego zdarzenia – taki z 256 mb ramu, to był to dla mnie milowy krok do przodu! Podobnie czułem, gdy miałem klawiaturę sterującą MIDI. Bardzo ważnym dniem mojego życia, był ten, w którym poznałem DJ-a Deszczu Strugi. Było to przy okazji robienia albumu Fundacji „Poste restante”. Pamiętam, że robiłem chłopakom kawę w studiu i podpatrywałem, jak działa Deszczu. (śmiech) Znajomość zaowocowała tym, że zacząłem poznawać nowych muzyków. Od małego byłem wpatrzony w Waco, z którym mieszkałem na jednym osiedlu. Pod wpływem inspirowania się jego szkołą bitów, bardzo się rozwijałem. Aż w końcu udało mi się zaistnieć na pierwszej legalnej płycie, na krążku Hudego HZD w utworze „Niosę”. Ten sukces dał mi olbrzymiego kopa do działania. Od tamtej chwili uczyłem się jeszcze chętniej i pracowałem jeszcze ciężej. Nie tylko przy muzyce, ale i w różnych robotach dorywczych, by mieć hajs na zgromadzenie własnego, porządnego sprzętu.
Pierwsze studio zbudowałem w obskurnej, śmierdzącej piwnicy. Właśnie w niej zrobiliśmy z Rufuzem album „Relacja 2012” i stworzyliśmy utwór „Fałszywka”, który dziś ma ponad 16 milionów wyświetleń. Nasze następne studio zorganizowaliśmy w pokoju u Rufuza, z którym mieszkałem przez dwa lata. Tam zrealizowaliśmy „Oryginał”, który na rynku pojawił się dzięki Prosto. Dopiero kilka lat później wylądowałem w Otrabarwie u boku Deszcza i Czarnego Hifi, którzy wynajęli mi w studiu pokój. Wtedy miałem okazję realizować już wokale od Kaliego czy Bonsona i uczyć się obsługi stołu mikserskiego. W podobnym czasie dostałem od Deszcza kilkaset kilo płyt winylowych! „Projekt Independent” zrobiłem w całości na samplach, które zgrałem - przy pomocy technicsa od Deszcza - z jego płyt.
Sir Mich też chyba miał duży wpływ na twój rozwój?
Oczywiście. Kiedy zobaczyłem, co on wyprawia na klawiszach, to wbiło mnie totalnie w ziemię! Wziąłem kredyt na syntezator za 18 tys. zł i mogę przyznać, że był to mój kolejny milowy krok. Od tamtej pory (zbiegło się to z premierą „Ambara$u”) wszystkie dźwięki wgrywam z zewnętrznego syntezatora. Za co otrzymuję szacunek od ludzi, którzy mają pojęcie o muzyce, bo prawda jest taka, że jakieś 90 procent producentów używa instrumentów wirtualnych. Praca na zewnętrznym sprzęcie zajmuje dużo więcej czasu i wymaga większej kreatywności. Do takiej roboty namówił mnie oczywiście Sir Mich. Dziś mieszam sobie różne techniki i działam zarówno na syntezatorze, jak i na instrumentach wirtualnych. Z Sir Michem zrobiłem kiedyś nawet płytę producencką – on zajął się mixem i masterem. Mam na niej numer z Paluchem i Polską Wersją. Materiał wydałem jednak w wytwórni „krzak” i nie miałem jeszcze siły przebicia jako producent, więc przeszedł niemalże bez echa.
Czego możemy spodziewać się po twojej płycie producenckiej, nad którą pracujesz?
Zdążyłem już przyzwyczaić ludzi do swojej pracowitości i tego, że jestem w stanie wykręcić naprawdę dobre produkcje. Dlatego celuję wysoko. Z niektórymi artystami miałbym pewnie ciężko nagrać wspólny utwór jako raper, więc chcę spróbować zrobić ich muzykę po swojemu. Chcę pokazać słuchaczom, że muzyką naprawdę można się bawić, mieszać gatunki i robić z nią ciekawe rzeczy. Zaproszę na nią najciekawszych przedstawicieli z zupełnie innych klimatów muzycznych. Jestem przekonany, że wspólnymi siłami dotrzemy do wielu (także nowych) odbiorców i ich pozytywnie zaskoczymy. Mam zamiar jeszcze bardziej zatrzeć muzyczne granice międzygatunkowe. Muzyka, którą przygotuje na mój krążek producencki, będzie oczywiście zróżnicowana. Obiecuję, że nie będzie to tylko kolejna płyta. To będzie coś, po co sięgnie wiele osób. Także ci, którzy patrzą na mnie w tej chwili krytycznie albo nawet nie mają pojęcia o moim istnieniu.

Lubisz dobrą muzykę? Zobacz koncert Janka-rapowanie z Red Bull Trasy Życzeń