Skoki narciarskie
Polska wstrzymuje oddech. Małysz w powietrzu - tak rodziła się legenda
Kibice pokochali Adama Małysza, bo wypełnił pustkę i tęsknotę za sukcesami sportowymi” – świadek Małyszomanii, dziennikarz „Przeglądu Sportowego” Robert Błoński wspomina, jak opisywał karierę Adama.
Kiedy dziesięć lat temu kończył karierę, przed podium ustawionym pod słoweńskim mamutem Velikanka w Planicy czterokrotny mistrz olimpijski Simon Ammann uklęknął na jedno kolano i pochylił głowę w geście najwyższego szacunku. Zwycięzca tamtych zawodów PŚ, zastępujący króla nart na tronie Kamil Stoch, pokłonił się do samej ziemi i zatańczył. Drugiego sportowca, który porwał naród jak Adam Małysz na początku XXI wieku, w swojej najnowszej historii Polska nie miała.
Zdobył cztery medale igrzysk olimpijskich, sześć medali mistrzostw świata (cztery złote), wywalczył cztery Kryształowe Kule za Puchar Świata, jako pierwszy Polak wygrał Turniej Czterech Skoczni. Kolekcjonowanie medali zaczął w Lahti, w lutym 2001, gdzie w MŚ zdobył srebro i złoto. Ostatni krążek, brązowy, przywiózł równo dziesięć lat później – z Oslo. Widziałem na żywo wszystkie konkursy, po których Adam odbierał medale oraz Kryształowe Kule za Puchar Świata i słałem korespondencje – wówczas do „Gazety Wyborczej”, gdzie wtedy pracowałem.
Medalowy szlak wyznaczały kolejno: Lahti (MŚ, 2001), Salt Lake City (IO, 2002), Predazzo (MŚ, 2003), Sapporo (MŚ, 2007), Vancouver (IO, 2010) i Oslo (MŚ, 2011) plus Planica, w której w 2001, 2002, 2003 i 2007 roku dostawał Kryształową Kulę za triumfy w Pucharze Świata. Oraz w marcu 2011 roku, gdzie w ostatnim konkursie w życiu ostatni raz stanął na podium PŚ. Skończył jak chciał – na szczycie. Widziałem, jak się zmieniał i jako sportowiec i człowiek, jak na jego zapadniętych barkach wyrosła potęga polskich skoków narciarskich. Żadna inna dyscyplina sportu w naszym kraju nigdy nie zawdzięczała tak wiele, żeby nie powiedzieć wszystkiego, tylko jednemu człowiekowi. Dzięki niemu podupadające i trochę zapomniane u schyłku XX wieku skoki narciarskie stały się sportem narodowym. Kibice pokochali Adama Małysza. Kiedy skakał dmuchali w telewizor, bo wypełnił pustkę i tęsknotę za sukcesami sportowymi.
Żadna inna dyscyplina sportu w naszym kraju nigdy nie zawdzięczała tak wiele, żeby nie powiedzieć wszystkiego, tylko jednemu człowiekowi.
Przed Małyszomanią
Żeby sobie uzmysłowić, czego dokonał Adam i jak wielki miał wpływ na rozwój polskich skoków, trzeba się cofnąć o ponad ćwierć wieku i przypomnieć, jak wtedy wyglądała ta dyscyplina.
W 1994 roku na igrzyskach olimpijskich w Lillehammer nasze skoki reprezentował tylko Wojciech Skupień. Jedyny zawodnik był skonfliktowany z trenerem Piotrem Pawlusiakiem do tego stopnia, że ten nawet nie poszedł na konkurs. A kiedy dwa dni przed zawodami dziennikarze poprosili go, żeby przyprowadził Wojtka na rozmowę, odpowiedział: „A, co będziecie z nim gadać. On taki głupi jest, że jak się odezwie, to koszula na plecach się filcuje”.
W Polsce trudno było o zorganizowanie jakichkolwiek zawodów. Powód? Przepisy mówiły, że musi wystartować przynajmniej pięciu seniorów, a tylu nie było. Stare pokolenie się posypało, nowe nie powstało. Prezesem PZN był wówczas Lech Bafia, były naczelnik Zakopanego, później wojewoda nowosądecki i brat ministra sprawiedliwości. Związek był w opłakanej sytuacji finansowej. Miał długi, w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze, około pół miliona złotych, a dochodów niemal żadnych.
Trenera kadry szukał Apoloniusz Tajner, wtedy wiceprezes PZN. Pojechał do Czech, do Pavla Mikeski, który miał doświadczenie, ponieważ osiem lat pracował w klubie z Oberstdorfu i znał ojca Tajnera, więc ten poprosił, żeby mu kogoś polecił. A Mikeska na to: „To kiedy mam zacząć”? Gdy usłyszał, że PZN nie ma pieniędzy, odparł: „Zapłacicie, jak będziecie mieć”. I tak został trenerem kadry.
Kiedy byłem mały, skakaliśmy z kolegami pod nazwiskami sławnych skoczków. Ja zawsze byłem Weissflogiem – opowiadał Małysz.
Mikeski nie lubili działacze z Zakopanego. Było to związane z handlem przygranicznym, różnicami cen, poza tym czeska policja gnębiła Polaków jadących dalej do Europy. Trener musiał znieść nawet to, że w samochodzie spuścili mu powietrze z opon. Przez pierwsze trzy miesiące na jego pensje zrzucał się ówczesny prezes PZN Paweł Włodarczyk oraz wiceprezesi Tajner i Andrzej Stolecki. Czech zarabiał na poziomie średniej krajowej – około trzech tysięcy zł na dzisiejsze.
W zawodach Pucharu Świata Polska miała jedno „darmowe” miejsce, które było przeznaczone dla Skupnia, ale Mikeska upierał się przy niespełna 18-letnim wtedy Małyszu i na jego pierwszy Turniej Czterech Skoczni (1994) zrzucali się mieszkańcy Wisły. Po 100 marek niemieckich dali Tajner, były olimpijczyk i trener w klubie Janek Kawulok, działacz piłkarski Gustaw Śliwka oraz prezes Wisły Andrzej Wąsowicz. 300 marek dołożył klub i dzięki Adam temu pojechał, a w Innsbrucku zajął 17. miejsce.
Pierwsza wygrana
17 marca 1996 roku w Holmenkollen, w kolebce narciarstwa pełnoletni już Adam wygrał pierwszy z 39 konkursów PŚ. Dostał 16 tys. dolarów nagrody. To były ostatnie zawody w sezonie. Po pierwszej serii Adam był piąty, w drugiej, kiedy podniesiono rozbieg, osiągnął aż 121,5 m i dostał owację na stojąco od 50 tys. norweskich kibiców, Gratulował mu książę Haakon, syn króla Haralda. Adam dostał także – zgodnie z obowiązującą w Norwegii tradycją – zaproszenie na przyszły rok, na kolację z rodziną królewską. Ale do spotkania nie doszło.
Dla Małysza tamte zawody miały historyczny wymiar także z innego powodu. Karierę kończył wtedy trzykrotny mistrz olimpijski, Niemiec Jens Weissflog. Zajął szóste miejsce. – Kiedy byłem mały, skakaliśmy z kolegami pod nazwiskami sławnych skoczków. Ja zawsze byłem Weissflogiem – opowiadał Małysz.
W tamtych czasach telefon komórkowy w kadrze miał tylko trener Mikeska. A kiedy dzwoniło się za granicę, za rozmowę płacił dzwoniący i odbierający, więc koszty były ogromne. Mikeska dał Małysza do telefonu, ale po sezonie poprosił dziennikarzy „Gazety Wyborczej” oraz „Przeglądu Sportowego”, by zwrócili za połączenia. Zwrócili.
Nagano
W sezonie przedolimpijskim Adam wygrał konkursy w Hakubie i Sapporo, ale dwanaście miesięcy później przyszło załamanie formy.
Skoczkowie zamieszkali w niewielkim, prywatnym pensjonacie „Nostalgia”, zamiast w wiosce olimpijskiej – bo było bliżej na skocznię. Warunki były spartańskie, w pokojach tak ciasno, że po wstawieniu torby, nie dało się chodzić, trzeba było skakać. Ale to nie problem. Na kolację japońscy gospodarze przyszykowali placki ze skwarkami. Tym ujęli Polaków, choć przecież wiadomo – to nie jest najlepsza dieta dla skoczka. Czarę goryczy przelała wieczorna kąpiel. Właściciele nie pozwolili wypuścić z wanny stojącej w niej wody z mydlinami, w której wcześniej sami się kąpali. Kazali tylko opłukać się pod prysznicem, a komuś było mało – mógł wejść jeszcze do wanny z mydlinami. To ostatecznie przeważyło o wyprowadzce do wioski. Japończycy byli zrozpaczeni, a skoczkowie codziennie dojeżdżali na obiekt busem przez 45 minut. Małysz przynajmniej poczuł atmosferę igrzysk, w konkursach zawiódł.
Nadchodzi eksplozja
Po pierwszych sukcesach trener Mikeska wynalazł menedżera, Ediego Federera, który związał się z Polskim Związkiem Narciarskim na lata. Pojawiły się samochody i lepszy sprzęt, zawodnicy dostali jednakowe ubrania. Kiedy Adam zaczął wygrywać, austriacki menedżer przyjeżdżał na zgrupowania, wyciągał z kieszeni gruby plik banknotów i dawał skoczkom po dwa-trzy tysiące szylingów. Bez żadnych rozliczeń. Mówił tylko: „To jest wasza motywacja”.
Współpraca z Mikeską skończyła się w 1999 roku, po MŚ w Seefeld. Sezon dokończyli Piotr Fijas i Jan Szturc, ale działacze zaczęli szukać nowego szkoleniowca. Zagraniczny kosztował dwa tysiące dolarów, co było wtedy niebotyczna kwotą, więc zostało dwóch kandydatów: Leszek Nadarkiewicz wykręcił się obowiązkami w Tatrzańskim Związku Narciarskim i rodziną, a Apoloniusz Tajner oznajmił, że weźmie kadrę na rok, na przeczekanie i się zobaczy.
Podczas kursokonferencji trenerskiej w Spale, na wykładzie z fizjologii zauważył doktora Jerzego Żołądzia. Na początku go drażnił, bo zabierał głos w każdym temacie. Nic mu się nie podobało, na wszystko narzekał, ale kiedy Tajner poznał jego punkt widzenia, zaproponował współpracę. Profesor zgodził się pod jednym warunkiem: „Idziemy na całość, celem są zwycięstwa, musimy pracować na najwyższych obrotach”. Z psychologiem Janem Blecharzem Adam zaczął współpracować w 1998 roku, więc nie był nieznany. On również był wtedy w Spale. To tam po raz pierwszy – latem 1999 roku – trenerzy Tajner i Fijas oraz fizjolog Żołądź i psycholog Blecharz zaczęli rozmawiać o skokach. Każdy z nich miał wtedy marzenia, żaden nie przypuszczał, że rzeczywistość przekroczy ich najśmielsze oczekiwania.
Adam Małysz w kasku Red Bulla, z którym nie rozstał się do końca kariery
© Camera 4 / imago sport / Forum
Zima 2000/2001
Zaczęło się od tego, że doktor Żołądź wprowadził dietę. Zawodnicy stopniowo tracili wagę, ale zachowywali moc. Kiedyś Mikeska też chciał odchudzić skoczków i nawet obiecał każdemu po 100 marek za każdy zgubiony kilogram, ale efektów nie było. Znaczy były: jedli mniej, chudli, ale później źle się czuli i na nic nie mieli siły. Nawet premia ich nie zmobilizowała.
Po jakimś czasie doszło nawet do zabawnego dialogu. Mikeska zapytał Piotra Fijasa: „Co takiego zrobiliście, że Wojtek Skupień, który miał największe problemy z wagą, tak schudł, bo u mnie za 100 marek za kilogram nie chciał”. Fijas, który nie lubił Mikeski, odpowiedział: „Tajner płaci więcej”.
Zaczęło się od tego, że doktor Żołądź wprowadził dietę. Zawodnicy stopniowo tracili wagę, ale zachowywali moc.
Pieniądze nie były potrzebne – wystarczyła fachowa pomoc, a zawodnicy nauczyli się liczyć kalorie, inaczej odżywiać i jedząc te same produkty w inny sposób, tracili na wadze. Tajemnicę eksplozji niesamowitej formy w tamtym momencie wyjaśnił po latach Małysz. Kiedy w 2001 roku wygrywał Turniej Czterech Skoczni, ważył 52-53 kilogramy, wcześniej było ich o trzy-cztery więcej.
Zmienił się również trening
„Jezu, wszystko robimy dokładnie odwrotnie niż kiedy ja byłem zawodnikiem” – marudził Fijas, patrząc, na to co Tajner oraz „doktory” – jak Małysz nazywał Żołądzia i Blecharza – wyprawiają na zajęciach. Wcześniej skoczkowie koncentrowali się na sile uzupełnianej techniką oraz zajęciami na skoczni i treningiem zręcznościowo-akrobatycznym. Teraz, zamiast doskonalić wytrzymałość, zaczęli pracować nad mocą czyli dynamiką i odbiciem. Przestali realizować zajęcia szybkościowe – po co po 20-30 razy biegać po 10-50 metrów, skoro największy wysiłek skoczka to moment odbicia, czyli 0,2 sekundy.
Moc Małysza została uwolniona. W grudniu 2000 roku, kiedy w całej Europie nie było śniegu, a kalendarz PŚ był torpedowany, Polacy pojechali na kilka dni do Sankt Moritz, a potem do Ramsau, które było ich drugim domem. Małysz był fenomenalny, skakał dalej od wszystkich, choć jechał z najniższych rozbiegów. Sztab szkoleniowy nie wiedział, jak się w tym odnaleźć. „Zrobiliśmy to, co mogliśmy, czyli nie zrobiliśmy niczego. Skacze to skacze, nie będziemy przeszkadzać” – wspominał kiedyś Apoloniusz Tajner. W Wigilię powiedział przy stole, że chyba mamy zawodnika, który wygra Turniej Czterech Skoczni, czym rozśmieszył całą rodzinę. Więcej się nie odezwał, tylko się denerwował, żeby w trakcie Świąt Adam się nie rozchorował.
Po Świętach, w osiem osób (razem z nartami i bagażami) spakowali się w dwa volkswageny passaty kombi i ruszyli do Oberstdorfu zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, co za chwilę spadnie na nich i na całą Polskę jak grom z jasnego nieba.
Turniej Czterech Skoczni
Zima na przełomie wieków była dziwna. Przed TCS odbyły się tylko konkursy w Kuopio (pod koniec listopada i na początku grudnia), bo to było jedyne miejsce, gdzie można było skakać. Potem odwołano zawody w Lillehammer, Ramsau, Libercu oraz Engelbergu! W Kuopio Małysz wygrał kwalifikacje, ale zaraz potem został zdyskwalifikowany za zbyt długie narty (długość zależała od wzrostu, norma została przekroczona o... centymetr). Potem nie mógł się pozbierać, a w grudniu doszlifował formę i pojechał na TCS.
Wygrał kwalifikacje do niemieckich konkursów, ale w zawodach w Oberstdorfie i Garmisch Partenkirchen lądował poza podium. Kiedy 3 stycznia 2001 roku zwyciężył w kwalifikacjach także w Innsbrucku, z Michałem Polem i fotoreporterem „Gazety Wyborczej” Kubą Atysem, na złamanie karku, popędziliśmy w noc do Austrii łamiąc po drodze wszystkie możliwe przepisy. Zdążyliśmy na początek drugiej serii konkursowej, a potem była dekoracja. Gazety, które w latach 1998-2000 pisały: „Żona to dla skoczka minus pięć metrów w każdym skoku. Dziecko: kolejne pięć. Tak skacze właśnie Małysz” musiały zamienić ton żałobny na radosne peany i pochwały, które płynęły nieprzerwanie. Jego nazwisko było odmieniane przez wszystkie przypadki, ale najczęściej występowało oczywiście w wołaczu. Nie było komplementu, którego by nie usłyszał albo o sobie nie przeczytał.
Zwrócił na siebie uwagę obcokrajowców, najbardziej – Japończyków. Przecież na półmetku rywalizacji, po części niemieckiej 49. TCS, liderem był ich Noriaki Kasai, a Masahiko Harada zajmował szóste miejsce. Ale Małysz był groźny, a japońscy dziennikarze bardzo dociekliwi. Po fenomenalnym zwycięstwie Polaka w Innsbrucku, kiedy Adam przeskoczył Bergisel, dopytywali dziennikarzy z Polski o tajemnicę sukcesów skromnego faceta z wąsem pod orlim nosem.
Słynna „bułka z bananem”, czyli podstawa diety skoczka z Wisły działała, ale tylko jeden dzień. Już w Bischofshofen, kiedy Małysz znowu wygrał kwalifikacje, Japończycy znowu przypuścili atak. Żeby zaspokoić ciekawość kolegów po fachu z Azji Michał Pol powiedział, że w drodze na belkę – w ramach koncentracji – nasz wybitny skoczek nuci pod wąsem kolędy. Azjaci byli przeszczęśliwi, a widok Michała nucącego do japońskich dyktafonów „Wśród nocnej ciszy...” niezapomniany.
Bischofshofen było biało-czerwone, a nastrój podniosły i wzruszający. Na trybunach m.in. Jan Szturc, wujek, wychowawca i pierwszy trener Małysza. – Kiedy Adam wygrał, łza mi się w oku zakręciła – wspominał Szturc. – Mój wychowanek, którego traktowałem jak syna, stał na najwyższym podium. I w tym Bischofschofen, już po konkursie, znalazłem się w jego pokoju. Poprosiłem o czapkę Red Bulla. Zdjął z głowy tę, którą miał na podium. I napisał: „Dla trenera Jasia – Adam”. A potem powiedział: „Ten sukces to także pana zasługa”.
Jedyny moment, w którym Małyszowi zrobiło się przykro, wydarzył się podczas dekoracji. Stał na najwyższym podiom, ale nie zagrano mu Mazurka Dąbrowskiego. Wytłumaczył to sobie tak: „Adam, jeszcze ci zagrają tego Mazurka Dąbrowskiego”. Półtora miesiąca później, w Lahti, został mistrzem świata. I zaśpiewał hymn.
Michał Pol powiedział japońskim dziennikarzom, że Adam w drodze na belkę – w ramach koncentracji – nuci pod wąsem kolędy. Azjaci byli przeszczęśliwi, a widok Michała nucącego do japońskich dyktafonów „Wśród nocnej ciszy...” niezapomniany.
Lahti 2001
W piątek 23 lutego 2001 nikt w Wiśle nie spał. Zaraz po konkursie na średniej skoczni i bezapelacyjnym zwycięstwie Adama Małysza, Apoloniusz Tajner, wtedy trener polskiej kadry, zadzwonił do domu mistrza świata. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, usłyszał: „Dzisiaj świętujemy, żadnych telefonów nie odbieramy". Poznał głos rozbawionej własnej żony, która nie dość, że podniosła słuchawkę w cudzym domu, to jeszcze nią rzuciła, nim w ogóle zdążył się odezwać. Wkurzony zadzwonił ponownie i znowu słyszy: „Dzisiaj świętujemy...”. Nie dał dokończyć, wrzasnął, że „dzwoni Polo z Lahti”. I porozmawiali.
To również w Lahti przytrafiła mi się jedna z bardziej niewiarygodnych historii. Cztery dni przed konkursem na skoczni normalnej Małysz, murowany faworyt do tytułu, przegrał złoto, choć po pierwszej serii prowadził. Pokonał go o niecałe trzy punkty Niemiec Martin Schmitt, dla którego – jak się później okazało – był to ostatni wielki sukces w karierze.
Zawody na mniejszym obiekcie miały być wielkim rewanżem Polaka, ale w pierwszej serii Małysz skoczył o dwa metry bliżej od Schmitta i tracił do niego aż sześć punktów. Złoty medal wydawał się nieosiągalny. Adam zajmował trzecie miejsce i z niecierpliwością, ale ogromnym niepokojem czekaliśmy na drugą serię. Razem z nami, w strefie dla mediów stał Krzysztof Klepczyński z redakcji Polskiego Radia w Katowicach. Na najważniejsze skoki połączył się z redakcją i na żywo relacjonował pasjonującą walkę o medale.
Małysz odpalił rakietę. 98 metrów oznaczało, że Schmitt będzie musiał się bardzo napocić, żeby go wyprzedzić. Kiedy Niemiec szykował się do swojej próby, red. Klepczyński, jak to radiowiec, kwiecistą mową opisywał wydarzenia ze skoczni. W momencie największego uniesienia, kiedy Schmitt wzbił się w powietrze, relację zakłóciło chóralne „Ląduj, ch...u! Ląduj”! W ten sposób, wstyd przyznać, polscy dziennikarze „wspierali” rywala Małysza. No i Schmitt szybciutko wylądował. 90 m wystarczyło do srebra. Z Polakiem przegrał o 13 punktów. Czyli został znokautowany. Adam został Królem Małyszem I.
Adam i Iza
Zaraz po tamtej wygranej Małysza, pojechałem do Wisły i napisałem reportaż do „Dużego Formatu” pod tytułem: „Dla mnie zawsze był numerem jeden”. Słowa te wypowiedziała żona skoczka, Iza. Udzieliła mi wywiadu, choć bardzo nie chciała, szybko zniechęciła się do dziennikarzy, po tym jak jeden z fotoreporterów wdrapał się na drzewo zrobić zdjęcie „jak Małyszowie witają się po powrocie Adama do domu”.
Udało mi się przełamać niechęć, Iza poopowiadała o mężu. Razem chodzili do szkoły podstawowej. Adam do wyższej klasy – jest starszy o rok. Najpierw w oko wpadła mu jej koleżanka i poprosił Izę, żeby właśnie z tą koleżanką przyszła razem na dyskotekę. Ale tam Adamowi już nie koleżanka była w głowie. Od Izy usłyszał: „Ale fajnie tańczysz”.
Latem 1996 roku Adam i Iza zostali parą. 31 stycznia 1997 roku zaręczyli się. W maju Iza zdała maturę. – Miałam tak romantycznego narzeczonego, że trudno mi było pisać o czymś innym niż o romantyzmie – wspominała ze śmiechem. Po ślubie zamieszkali u jej rodziców, kilka domów od rodziców Adama. Parę miesięcy później urodziła się Karolinka. – Tak szczęśliwy nigdy nie byłem. Żadne zwycięstwo sportowe nie przysporzyło mi tyle radości – mówił Małysz, wspominając tamten dzień po zwycięstwie w Turnieju Czterech Skoczni.
Gdy pisałem ten tekst, Karolina szykowała się do ślubu...
– Nie wyszłam za Adama dla pieniędzy. Gdyby one miały być dla mnie jedyną motywacją, prawdopodobnie nigdy nie bylibyśmy małżeństwem. Na początku to ja byłam ta bardziej majętna, taka jest prawda, ale wychodziliśmy z założenia, że mamy po dwie ręce i damy sobie radę w życiu. Żona jest od tego, by zawsze wierzyć w swojego męża. I ja w niego wierzyłam. Powtarzałam: „Dla mnie zawsze jesteś numerem jeden”. Oboje jesteśmy spod znaku strzelca i nasz związek nie potwierdza reguły, że tylko przeciwieństwa się przyciągają. Jesteśmy podobni: uparci, lubiący postawić na swoim, i czasem były z tego powodu zgrzyty – to z kolei cytaty wywiadu, którego żona Adama udzieliła mi na koniec kariery męża.
Podpis w paszporcie
Dla kibiców frajda, dla zawodnika udręka. Adam nie był przygotowany do bycia popularnym. Początkowo nie radził sobie ze sławą, uciekał od ludzi. Po wygranym Turnieju Czterech Skoczni wizyta z żoną w centrum handlowym wyglądała tak, że Iza robiła zakupy, a on stał przed wejściem i robił zdjęcia z kibicami. Przez pierwsze lata, sława kojarzyła mu się ze stresem, po latach się przyzwyczaił. Zrozumiał, że wielu ludziom daje radość. Ma miękkie serce, nie potrafił odmawiać. A jak się zdarzyło, to potem gryzł się ze smutku. Wywodzi się z niezamożnej rodziny, nauczył się szanować ludzi i osiągnięcia. Nigdy nie przestał być normalny, nie wywyższał się, nie cwaniakował.
Do Zakopanego na konkursy PŚ woził 10 tys. kartek. Na koniec zawsze brakowało. Mimo, że była podpisana, zawsze musiał złożyć autograf osobiście. Plus dedykacja. Konkurs kończył się około 22, w hotelu był po 1. Kibice przychodzili pod Wielką Krokiew także dla niego. Czuł satysfakcję nie tylko z wyników, ale i tego, że fani byli zadowoleni, uśmiechnięci i do dziś miło wspominają wypady do Zakopanego „na Małysza”.
Czasem bywało mu głupio. Ludzie tracili głowy przede wszystkim na lotniskach. Na jego widok otwierali paszport i prosili, żeby się podpisał na czystej stronie. Otwierał szeroko oczy i prosił, żeby nie robili sobie jaj, bo jeszcze go policja zamknie.
Kiedyś, w samolocie z Finlandii, spotkał grupę polskich fryzjerów wracających z Hongkongu. Byli w dobrym humorze, a jedna z kobiet miała na sobie mnóstwo tatuaży i wolne miejsce na ramieniu. Poprosiła, żeby się wyraźnie podpisał czarnym flamastrem, bo następnego dnia z tego autografu zrobi sobie tatuaż. Jej koledzy stwierdzili, że jest do tego zdolna, bo tatuaże ma wszędzie. Nie chciał wnikać, gdzie dokładnie, ale się podpisał. Tak samo, jak na banknotach i wielu innych dziwnych rzeczach. Adamowi pomagało to, że kibice się z nim utożsamiali. Lecąc, miał świadomość, że dmuchają pod narty.
Kiedyś poprosili o wspólne zdjęcie. A było tak: kadra skoczków miała zgrupowanie w Wałczu. Któregoś dnia zawodnicy dopływali kajakiem do pomostu i zobaczyli rodzinę: dziadek z babcią, ich dorosłe dzieci oraz wnuki. Adam już wiedział, co zaraz się wydarzy. To był czas, w którym nie chodził na kolację, bo kiedy inni spędzali w stołówce pół godziny, on trzy – głównie na rozdawaniu autografów i pozowaniu do zdjęć. Koledzy przynosili posiłek do pokoju, a Małysz uczył się grać w tenisa. Ale i o tym ludzie się zwiedzieli, więc przychodzili na kort i zawstydzali go – był początkujący.
Kajak został wciągnięty na brzeg i wtedy podszedł starszy pan: „Panie Adamie, przepraszam, możemy zdjęcie?”. Adam grzecznie poprosił o aparat, ładnie ich ustawił na tle jeziora i zrobił zdjęcia. Ukłonili się, podziękowali i przejęci poszli. Na drugi dzień, na śniadaniu starszy pan nieśmiało podszedł do Małysza z wywołanymi fotkami i mówi: „Panie Adamie, przepraszam, ale takiego wspólnego, rodzinnego zdjęcia to jeszcze nie mamy. Niechże się pan podpisze z tyłu, że to pan robił. Bo jak potem opowiemy w rodzinie, to nikt nie uwierzy, że fotkę pstrykał sam Adam Małysz".
Małysza zatkało, bo to on chciał sobie zażartować, a sam padł ofiarą figla. Po chwili jednak usłyszał: „Tak naprawdę, to myśmy chcieli mieć zdjęcie z panem, ale jak już pan pstryknął, to byliśmy tak zadowoleni ze wspólnej fotki i to zrobionej przez pana, że poszliśmy”.
Skończyło się wspólnym zdjęciem.
Polska nigdy nie przestała kochać Małysza
– Kibice docenili, że tak długo potrafiłem być na szczycie. Przez te wszystkie lata nauczyli się i pokochali skoki. A mnie docenili za to, że nigdy nie ześwirowałem. Zawsze źle się czułem na wszelkiego rodzaju galach i ceremoniach. Kiedy były Bale Mistrzów Sportu, to w duchu nawet się cieszyłem, że mnie tam nie ma, bo startuję. Wspaniale jest zostać wybranym na najlepszego sportowca roku, ale odbiór nagrody byłby dla mnie wielkim stresem. Co niby miałbym powiedzieć, żeby nie palnąć gafy? Nigdy nie przestanę być naturalny, nie będę sztuczny. Nie cierpię, kiedy ktoś daje mi zapisaną kartkę i mówi: „Przeczytaj”. Nie ma mowy. Zawsze muszę dać coś od siebie. Wolę powiedzieć kilka słów po góralsku, kilka po śląsku i gotowe. Miewałem poczucie wyjątkowości, ale ja nigdy nie przestałem być normalny. Nie wywyższałem się. Wiele zależy od tego, co człowiek wynosi z domu. Nie pochodzę z bogatej rodziny. Starczało nam na życie. I tyle. Kiedy dorosłem, chciałem, by moja rodzina nigdy nie musiała myśleć, jak związać koniec z końcem. Cieszę się, że wypełniłem plan. Niektórym sportowcom jest ciężko, bo chcą wykorzystać swoje pięć minut i popularność. Zapominają przy tym, że są tylko sportowcami. A kiedy się ockną, jest za późno – te słowa Adama to kolejna wskazówka, dlaczego porwał i rozkochał w sobie i skokach miliony kibiców.
W 2014 roku bezapelacyjnie wygrał organizowany przez „Przegląd Sportowy”, Telewizję Polską oraz MSiT plebiscyt na Najlepszego Sportowca Wolnej Polski (1989-2014). Wyprzedził Justynę Kowalczyk („Przegranej z tobą, Adasiu, nie traktuję jako porażki”) i Kamila Stocha.
Został legendą za życia.

