Robert Błoński, „Przegląd Sportowy”: Jak pamiętasz początki Małyszomanii w Polsce?
Sebastian Szczęsny, dziennikarz TVN: Pracowałem wtedy w RMF FM. Zajmowałem się sportem, szykowałem serwisy, itd. Wiadomo, minuta, półtorej i koniec. W okresie zimowym wiele razy dzwonił do redakcji telefon, odbierałem i często słyszałem: „Dzień dobry, nazywam się Apoloniusz Tajner, jestem trenerem kadry polskich skoczków, czy byłaby możliwość, by w wiadomościach powiedzieć o wynikach Adama Małysza w zawodach Pucharu Świata”. To był okres zapaści Adama, przechodził spadek formy, czuł zniechęcenie, więc wyniki były kiepskie. Za każdym razem musiałem odmawiać, bo były ważniejsze tematy. Ale trener Tajner nie ustawał, przekładaliśmy rozmowę z tygodnia na tydzień, a więcej uwagi przykładaliśmy Andrzejowi Bachledzie, który osiągał całkiem niezłe wyniki w narciarstwie alpejskim. Dzięki dziennikarzowi „Gazety Wyborczej” Tomkowi Surdelowi, który mieszkał na stałe w Szwajcarii zdarzało się nam mieć łączenia z Andrzejem zaraz po zjeździe. Osiągał wtedy lepsze wyniki niż Adam, który zastanawiał się, czy dalej kontynuować karierę.
Telefony do radia to pewnie był pomysł na podniesienie morale, jakiś impuls…
Trener Tajner chciał może w ten sposób utrzymać grupę, zmobilizować, pokazać, że ktoś się tym interesuje. Tak więc, niestety, byłem tym dziennikarzem, który przed wybuchem Małyszomanii nie bardzo chciał rozmawiać z Adamem albo jego trenerem… (śmiech). Sezon 2000/01 był dziwny, właściwie aż do Turnieju Czterech Skoczni w Europie nie było śniegu, konkursy były odwoływane. Po zawodach w niemieckiej części, czyli konkursach w Oberstdorfie i Garmisch-Partenkirchen zapadła decyzja: „Jedziesz do Austrii”. Przyjechałem do Innsbrucka bez żadnej akredytacji, bez laptopa z dostępem do internetu, słowem – bez niczego. Miałem telefon i tyle. Jakimś cudem wywalczyłem akredytację i mogłem być świadkiem zwycięstwa Adama w Turnieju Czterech Skoczni.
Jak wspominasz to, co nastąpiło później, czyli Małyszomanię? Zima upływała dziennikarzom w rytm kolejnych konkursów Pucharu Świata?
Moim zadaniem w RMF, które w pewnym momencie było nawet sponsorem polskich skoków, było „opiekowanie” się Małyszem i skokami. Polegało to na tym, że w kolejnych latach pakowałem się w listopadzie i… wracałem w marcu. Z niewielką przerwą na zawody w Azji. Poza tym, jeździłem za Adamem po całej Europie, bywało, że – na przykład ze Skandynawii – nie wracałem po weekendzie do domu, tylko zostawałem ze skoczkami. Można powiedzieć, że byłem bardzo blisko tamtego zespołu. Latem też zdarzało mi się jeździć na ich zgrupowania. Małyszomania – to było coś niepowtarzalnego, nie do opisania. Nigdy wcześniej ani później nie spotkałem się z czymś podobnym. To było szaleństwo, ludzie dosłownie zwariowali – nie tylko Polacy. Adama cenili kibice z Austrii, Niemiec, Finlandii… On był zjawiskowy. W Polsce stał się wielkim idolem – to był okres zupełnej sportowej posuchy. Nasi kibice byli spragnieni sukcesów, nie tylko w sportach zimowych, które leżały. Nie było nart alpejskich, biegów, biatlonu, łyżwiarstwa, itd. Reprezentacja piłkarzy też nie była na wielkiej imprezie od 1986 roku. To pragnienie sukcesu było ogromne. I oto pojawił się skromny chłopak z wąsami i był najlepszy na świecie. Bezwzględnie. Czuliśmy się z niego dumni, Adam spełniał pragnienia Polaków, by być najlepszym. Mówiło się „jedziemy na Małysza”.
Artur Wichniarek, który grał wtedy w Bundeslidze, opowiadał, że w każdy poniedziałek wchodził do szatni i pytał niemieckich piłkarzy, jak skoki w weekend, bo nie oglądał transmisji. Niemcy dostawali szału…
Tak było, wyniki szły w świat. Adam był w tamtym czasie fenomenem sportowym, ale jednocześnie zjawiskiem socjologicznym.
Opowiedz trochę o osobie bardzo ważnej dla Adama Małysza przez całą karierę, czyli menedżerze Edim Federerze. Austriak był z polskimi skoczkami na złe i dobre. Nigdy nie zawiódł Adama, nie oszukał go nawet na eurocenta, choć – jako biznesmen – kryształową postacią nie był.
Miałem z Edim doskonałe relacje. Znaliśmy się prywatnie, dzięki współpracy z Adamem zarobił mnóstwo pieniędzy, ale Małysza nie skrzywdził. Kiedy zaczynał współpracę z polskimi skokami, nie istniało u nas coś takiego jak marketing sportowy. Nie było menedżerów, agentów sportowców – a u skoczków to już w ogóle. Edi dokładnie sprawdził rynek, zbadał wiele dyscyplin sportu nim zaczął współpracować z Adamem. Poznał grupę, realia w jakich funkcjonuje, ludzi otaczających Adama. Przyprowadził do PZN sponsorów, nim skoki zaczęły być topową dyscypliną. Adam ujął go szczerością. Oni się autentycznie zaprzyjaźnili, ich relacja wykraczała poza sport.
Jak się na początku dogadywali? Adam nie znał niemieckiego.
W newralgicznych momentach był tłumacz. A potem Adam zaczął się uczyć języka.
Ty zacząłeś go uczyć, ale o tym za moment – wracamy do Federera.
Pojawił się przy Adamie i naszych skokach dzięki Andreasowi Goldbergerowi, który już wtedy skakał w czapce z logo Red Bulla. Historia o tym, jak Polak z Austriakiem trenowali wspólnie w Ramsau i o kontrakcie z firmą produkującą energetyki jest powszechnie znana. „Goldi” zwracał Federerowi uwagę na Małysza już wcześniej, mówił, że ten młody Polak ma ogromny potencjał i może stać się wielką gwiazdą dyscypliny. Zgrupowanie w Ramsau, gdzie Adam skakał fenomenalnie, ostatecznie przesądziło o podpisaniu umowy. Edi zawsze był fair wobec Adama, ale już do PZN wielkim uczuciem nie pałał. Austriak był bezwzględnym menedżerem, nie było litości – wyciągał, ile mógł. Siedział w tym od lat, a u nas nikt marketingiem na takim poziomie się jeszcze nie zajmował - nasi działacze mogli czuć się oszukani, ale oni po prostu byli niedoinformowani, przegrali na swojej niewiedzy. Nie zdawali sobie sprawy z potencjału marketingowego Adama, a Edi podpisał z nim umowę na całkowite przejęcie praw do wizerunku, wszystko należało do niego. W końcu, po wielkich awanturach i sporach, podzielił się ze związkiem, ale na swoich warunkach – walczono wtedy o każdy centymetr powierzchni reklamowej na kombinezonie i nartach. Kask należał do Adama. Federer się wściekł, kiedy dowiedział się, że PZN szuka na niego „haków” pozwalających zerwać umowę, by podpisać kontrakt z inną firmą menedżerską. Wiedział, że do czegoś takiego – prędzej czy później – dojdzie i był bardzo dobrze przygotowany oraz zabezpieczony przez swoich prawników. Z Adamem pozostał do końca. Ale początkowo, na współpracy z Edim korzystała cała kadra, którą choćby jednakowo ubrał na mistrzostwa świata w Lahti.
A twoje wspomnienia z Adamem? Zawsze było dobrze, czy bywały trudne momenty współpracy?
Adam był świetny, pięknych i wzruszających chwil było wiele, ale czasem bywało trudno, szczególnie na początku. Kiedyś, w Kuusamo, potrzebowałem jego kilkudziesięciosekundowej wypowiedzi do radia. To było już po zawodach, kiedy skoczkowie mieli dzień wolny od zawodów i zostawali w Finlandii, bo kolejne konkursy były w Trondheim. Od 9 rano siedziałem w hotelu Adama i prosiłem go o te kilka zdań – najpierw przed śniadaniem, potem po posiłku. Za każdym razem słyszałem: „Nie teraz, poźniej”. Adam kręcił się po hotelu, ale wypowiedzieć się nie chciał. W drodze na obiad powiedział: „Zjem i pogadamy. Ale pod warunkiem, że będzie mi smakowało”. Dla niego to był żart, a ja się wściekałem, bo z RMF dzwonili nieustannie, pytając, co z materiałem. Z restauracji wyszedł jako ostatni i rozłożył ręce: „Sorry Seba, nie smakowało mi”. Zalała mnie krew, choć wiedziałem, że żartuje. Stanęliśmy i wreszcie pogadaliśmy minutę. Tyle mi wystarczyło, ale czekałem na to sześć godzin. Czasem odnosiłem wrażenie, że Adam w ogóle się z nami – dziennikarzami – nie liczy. Kiedyś, między niemiecką a austriacką częścią Turnieju Czterech Skoczni, pojechaliśmy w grupie kilku przedstawicieli mediów, których Adam doskonale znał, do hotelu naszych skoczków w Innsbrucku. Byli m.in. Andrzej Łozowski z „Rzeczpospolitej”, Marek Serafin z „Przeglądu Sportowego”, ty, ja, Janusz Pindera – wszyscy potrzebowaliśmy wypowiedzi Adama. Zadzwoniłem do niego do pokoju, odebrał Robert Mateja, który z nim mieszkał, i mówi, że Adama nie ma, że poszedł na masaż. I nie wie, kiedy wróci i, że jak go zna, to raczej nie zejdzie i nie pogada. Oczywiście Adam był w pokoju i szeptał Robertowi, co ma powiedzieć do telefonu. Nie zszedł, musieliśmy zadowolić się rozmową z trenerem Tajnerem. Ale oczywiście z perspektywy czasu doskonale rozumiemy jego zachowanie, to był czas, gdy z Adamem chciał rozmawiać każdy, ludzie, media po prostu się na niego rzucili, musiał jakoś się od tego czasem odciąć, odizolować, zamknąć w sobie, skupić na skokach, a nie wywiadach. Skupić na swojej pracy, a nie na naszej.
Jeździłeś też na konkursy do Zakopanego, to była kumulacja Małyszomanii, prawdziwe szaleństwo.
Pamiętam konkurs w Zakopanem w 2002 roku. RMF miało swoje studio i kwaterę w bacówce przy ulicy Bronisława Czecha, blisko skoczni. Materiały do porannych serwisów szykowaliśmy do późnej nocy i w pewnym momencie usłyszeliśmy trąby. Było po północy, a z naszych okien widzieliśmy, że ludzie idą na skocznię. Czternaście godzin przed zawodami! Niewiarygodne. To cud, że tam nie doszło do tragedii, że nikt nie zginął, ludzie weszli bez biletów, a przecież trzeba było wpuścić jeszcze tych z wejściówkami! Ani wcześniej, ani później żaden sportowiec nie wzbudził u kibiców takiego amoku! Było ich wtedy, na tamtych zawodach, ponad dwa razy więcej niż mogły pomieścić trybuny Wielkiej Krokwi.
Teraz powiedz, jak zostałeś nauczycielem Małysza?
Pod koniec kadencji Apoloniusza Tajnera, kiedy zacieśniała się współpraca Ediego z Adamem, menedżer naciskał na niego, by się nauczył niemieckiego. Edi miał w tym prosty cel – wywiady dla niemieckiej oraz austriackiej telewizji. Spotkałem się z Edim w Krakowie i zaproponował, żebym kadrę naszych skoczków uczył niemieckiego. Byłem z grupą całe lato i codziennie przez półtorej godziny mieliśmy lekcje. Moja obecność spotkała się z ogromną niechęcią fizjologa, profesora Jerzego Żołądzia, który uważał, że ta współpraca zaburza funkcjonowanie grupy. Ale zdążyłem zakumplować się z chłopakami – Marcinem Bachledą, Łukaszem Kruczkiem, Toniem Tajnerem, Adamem, Tomkiem Pochwałą, itd. Najlepszy z niemieckiego byli Łukasz oraz Adam – widać było, że Małyszowi bardzo zależy, by poznać język. Zakuwał słówka, nie bał się rozmawiać. Bywało wesoło, ale ci dwaj byli najbardziej skoncentrowani – Adam się zafiksował na nauce i sumiennie pracował. Niestety, trwało to tylko kilka miesięcy.
Brałeś autografy od Małysza?
Krygowałem się. Kartki z dedykacją wziąłem tylko dla syna oraz śp. dziadka, który był jego wielkim fanem. Oczywiście dostałem pocztówki z wizerunkiem oraz autentycznym podpisem Adama, które woziłem w samochodzie i potem kilka razy uratowały mnie od mandatów. Policjanci ograniczali się do pouczeń, a w zamian mieli autograf Małysza.
Jak postrzegasz przemianę Adama z osoby niechętnej mediom, w tzw. „zwierzę medialne”?
Odbiera telefon, mówi dużo, chętnie, ciekawie. Normalny proces. Dojrzał, dorósł, wyciągał mądre wnioski. Skoki narciarskie to sport indywidualny – Adam potrafił zadbać o siebie, co weekend był na świeczniku, udzielił tysięcy wypowiedzi. Nauczył się tego wszystkiego, oswoił, zrozumiał, że media są ważne. To niezwykle inteligentny człowiek, rozwinął się niewiarygodnie.
Na barkach jednego człowieka zbudowaliśmy potęgę polskich skoków, nasza drużyna wywalczyła medal igrzysk olimpijskich oraz została mistrzem świata! Za czasów Adama – nie do pomyślenia i uwierzenia, że to możliwe.
Małysz był perłą, a jego talent eksplodował w momencie, w którym nasze dyscypliny zimowe nie istniały. Ten projekt był skazany na sukces, ale trzeba przyznać, że został bardzo umiejętnie poprowadzony. Nagle mieliśmy najlepszego skoczka świata, nic innego się nie liczyło. Pojawiły się pieniądze, powstał projekt: „Szukamy następców mistrza”.
Do dziś postrzegam Adama jako niewiarygodnie wrażliwego i uczciwego człowieka oraz sportowca. To zadziora, przekorny i czasem złośliwy facet. Ale to podobno cecha inteligentnych ludzi. Momentami, w pierwszym okresie, denerwowało mnie jego podejście do dziennikarzy. Tłumaczył mi, że ma dość odpowiadania 40 osobom na te same pytania, bo każdy chce mieć „ekskluziw”. Adam był i jest jedyny w swoim rodzaju. Niepowtarzalny.
Ukształtował nie tylko pokolenia skoczków i kibiców, ale też dziennikarzy. Tak naprawdę nie znam nikogo, kto nie lubiłby albo nie doceniał czy nie szanował jego osiągnięć. Taki człowiek i sportowiec, zdarza się raz na wiele, wiele lat.

