Muzyka

Kosi: Między prawdą a betonem

© Bstok Production
Razem z Kosim z JWP błądzimy po terytoriach wspólnych dla warszawskiego graffiti i rapu.
Autor Filip Kalinowski
Jeden z prawdziwych pionierów malowania ścian i pociągów, ojciec chrzestny nowojorskiego środowiska, writer i tatuażysta Richard „Seen” Mirando, wywołał nie lada poruszenie swoją wypowiedzią na temat tego, że graffiti nie jest i nigdy nie było częścią kultury hiphopowej. Status jednego z jej elementów zawdzięcza jego zdaniem Henry’emu Chalfantowi. Reżyser „Style Wars” miał jakoby połączyć breaking, DJ-ing, rap i malowanie tylko na potrzeby swojego filmu dokumentalnego i to za jego sprawą ów „pełen pakiet” zaczął na całym świecie żyć własnym życiem.
- Graffiti zaczęło się trochę wcześniej; już pod koniec lat 60. Taki 183 stawiał w Nowym Jorku swoje pierwsze tagi, a hip-hop jako muzyka to – oficjalnie – rok 1979 i data premiery pierwszego wydawnictwa – swoją opowieść o związkach łączących malowanie z rapem rozpoczyna Marcin „Kosi” Kosiorek, writer, MC i aktywista związany z warszawską sceną hiphopową od samego jej początku. Załogant ekip NBK, JWP, WTK, współtwórca inicjatywy Rap History Warsaw.
– Seen powiedział, że writerzy generalnie nie słuchali hip-hopu i moje własne doświadczenie potwierdza, że to w jakimś stopniu jest prawda. To, że obie te dyscypliny zostały wrzucone do jednego dołka przy okazji „Style Wars” też jest bardzo prawdopodobne. Nawet jeśli tak się stało to one jednak kształtowały się w tym samym momencie – funk i disco przeradzały się w hip-hop, DJ-e zaczynali skreczować, graffiti się rozwijało i działo się to wszystko w tych samych miejscach, na tych samych dzielnicach. To co pewnie różniło tych ludzi, to ich temperamenty, bo – tak samo jak w Warszawie – raperzy mieli zwykle inne charaktery niż writerzy, a jeszcze inne mieli DJ-e. Każda z tych grup, nawet jak zaczynali razem, poszła z czasem w swoją stronę, bo ma zupełnie inne cechy osobowości, inne usposobienie i inne zainteresowania. Raperzy zaczęli się skupiać wokół siebie, bo byli bardziej wyszczekani, wygadani, a writerzy wokół siebie: byli bardziej incognito, schowani.
– My w Polsce dostaliśmy hip-hop w pakiecie: cztery elementy, do których doszła u nas jeszcze deskorolka, która w Nowym Jorku kojarzyła się z rapem, ale gdzie indziej to był raczej punk rock, hardcore, wąskie spodnie i flanele – Kosi podkreśla różnice pomiędzy światem przedstawionym przez Seena a własnym doświadczeniem. - Dla mnie graffiti i hip-hop zawsze były związane. Jak widziałem klipy NTM czy Assassin to były dla mnie pierwsze bodźce, żeby zarapować o malowaniu. Aczkolwiek całe moje środowisko grafficiarskie, które też wychowywało się na hip-hopie i deskorolce, w połowie lat 90. wybiegało często muzycznie poza rap. Kiedy większość tzw. środowiska słuchała rapu, writerzy słuchali też drum’n’bassu czy innej muzyki elektronicznej.
Co pasuje do punktu widzenia Seena i zaproponowanej przez niego chronologii, według której graffiti wyprzedzało hip-hop, Kosi również na kilka lat zanim zadebiutował za mikrofonem. Trzymał w ręku puszkę farby zanim nawet usłyszał rap.
- Pierwszy kontakt z graffiti miałem przez szablony – wspomina wychowanek warszawskich dzielnic. – Był czas, kiedy bujałem się z punkowcami, chodziłem na giełdy czadowe, koncerty punkrockowe, znałem sporo osób z tego środowiska, choćby ludzi z Post Regimentu, a Ewa, dziewczyna z Super Girl & Romantic Boys, chodziła do tej samej podstawówki co ja i była wtedy najbardziej wyj**aną punkówą na osiedlu. Moi przyjaciele, Szymon Osowski i Janek Bersz, robili natomiast w tym czasie szablony. Zanim jeszcze kultura aerozolu zagrzała tu na dobre miejsce, pod Placem na Rozdrożu był pierwszy hall of fame. To był 1991-92 rok, chodziłem do pierwszej klasy liceum. Kolega Szymon totalnie precyzyjnie wycinał Jezusa Chrystusa w koronie cierniowej na krzyżu i szliśmy z tym na miasto. Pamiętam też szablon Jima Morissona, który też był autorstwa Janka i Szymona. Kilka z tych szablonów było całkiem znanych. Nawet ci starsi szablonowcy mówili mi kiedyś – jak ich poznałem – że je kojarzyli.
Od swojego debiutu na warszawskich ścianach, do momentu w którym namalował pierwsze graffiti, dzieliło już Kosiego tylko kilka lat. W tym czasie jednak w jego otoczeniu, jak i w całej Warszawie, zmieniło się bardzo wiele. Pod stopami zaczęły się pojawiać pierwsze deskorolki, w słuchawkach pierwszy rap, a do momentu w którym Marcin stanął nad służewiecką smródką z zamiarem pisania liter, zdążył już się pojawić pierwszy warszawski numer nagrany w języku naszych ojców, dziadów i pradziadów.
- J Cola i V.O.L.T. „Hip-Hop Non Stop” to był pierwszy rap jaki usłyszałem nie po angielsku czy francusku, ale po polsku – Kosi wspomina legendarny numer, niemożliwy dziś do znalezienia, zaginiony w ferworze równie wolnych jak szalonych lat 90. – Nagrali go writerzy z DOT crew, pierwszej bomberskiej ekipy w Warszawie. Znali się też zajebiście na internecie, jak na tamte czasy, i trochę w tej sieci namieszali. Tede w którymś z wywiadów mówił, że puściłem mu pierwszy polski kawałek rapowy i to najprawdopodobniej był ten numer. Ja teraz mogę powiedzieć, że pierwsze graffiti malowałem właśnie z nim. Wtedy się kolegowaliśmy. To były czasy liceum, pierwszą ekipę grafficiarską miałem z nim i z Jankiem Berszem. TDF w tamtym czasie, w 1994 czy 95, malował lepiej niż my, miał bardziej zaawansowane literki.
Kosi
Kosi
Tede dosyć szybko zarzucił graffiti na rzecz rapu, ale nie jest on jedynym MC na krajowej scenie, który chwytał się obu tych form działalności i którego temperament z miejskich zaułków czy kolejowych bocznic wypchnął na scenę.
- Są pojedyncze przypadki writerów, którzy świetnie rozumieją świat rapu – tłumaczy Kosi, który z racji swoich działań na obu frontach zna się na tym najlepiej. – Eros z mojej ekipy JWP jest writerem i bardzo długo nie chciał rapować, ale ja go namawiałem. Od 1996 roku, kiedy się poznaliśmy do powiedzmy 2003-2004, kiedy pierwszy raz wziął do ręki mikrofon, cały czas tylko malował graffiti, a według mnie jest typową osobowością rapową. Jest wygadany, wyszczekany i ma totalny głos do tego. Dlatego go namówiłem i to się chyba sprawdziło. Wyróżniał pośród writerów, bo większość z nich była bardziej stonowana, a Michał zawsze był głośniejszy (oczywiście nie na akcjach), najwięcej gadał, no i może dlatego rapuje.
- Może ja też taki byłem? Trzeba by zapytać moich kolegów. Mam jakieś parcie sceniczne, którego w sumie nigdy nie miałem za dzieciaka, byłem bardzo wstydliwy, a rap spowodował, że wychodzę do ludzi. Moi koledzy writerzy na pewno na scenę czy przed kamerę się nie pchają – z kąśliwym uśmiechem zaznacza Marcin. – Ja generalnie nie chciałem być raperem. Pierwsze rymy pisałem już sobie jak malowałem i myślałem, że to jest fajne, ale moją aspiracją było stworzenie tylko jednej piosenki: o graffiti. Skończyło się na tym, że zrobiłem ich więcej, choć wcale nie tak dużo, bo nigdy nie miałem takich aspiracji, żeby wydawać solówki. Zawsze bujałem się z writerami, bliżej mi było od nich, nie czułem się za bardzo związany ze środowiskiem rapowym. Dopiero jak Erosa namówiłem, to miałem kogoś w ekipie z kim mogłem porapować, bo moi inni koledzy nigdy nie dawali się przekonać.
- Jak robiliśmy „Uwagę”, nasz pierwszy film grafficiarski w Warszawie w latach 90. to były naciski w mojej grupie, żeby nie było w nim rapu. Tylko ja i Rilok chcieliśmy ten rap przepchnąć i jeden czy dwa numery poszły – schyłek zeszłego milenium wspomina Kosi dotykając kwestii soundtracków do filmów o graffiti. Hiphopowe numery, bez względu na to czy owe produkcje pochodzą ze Stanów, zachodu Europy czy Polski, bardzo rzadko robią za podkład pod przetaczające się po ekranie pomalowane pociągi i miejską partyzantkę uskutecznianą przez filmowanych writerów. – To był 1998 rok i moja ekipa nie chciała mieć w filmie tylko rapu, choć stawał się on już modny. Wtedy jeszcze bardziej zazębialiśmy się ze środowiskiem rapowym, znaliśmy się z deskorolki czy tych samych imprez, ale chłopaki chcieli już podkreślić swoją odrębność. Pod tym względem byli bardziej zaawansowani ode mnie, bo ja wtedy myślałem, że musi być rap, a okazało się, ze wcale nie musi i teraz jak oglądam to wideo, to myślę sobie, że z jednej strony dobrze, że przeforsowaliśmy trochę polskiego rapu, bo dzięki temu jest to bardziej lokalne, ale z drugiej dobrze, że go nie ma więcej, bo dzięki temu całość ma dużo większą siłę oddziaływania.
Kwestie gustów, estetyki i temperamentów we wspólnej historii rapu i graffiti splatały się ze sobą tak często, że zadają kłam twierdzeniu Seena, że owe dziedziny się nie łączą. Nawet jeśli ich początki nie były wspólne, a późniejsze szlaki często się rozchodziły, to oba te media nieustannie ze sobą dialogują i na siebie wpływają. Niewiele subkulturowych czy też ulicznych środków ekspresji przez tak długi czas wciąż ewoluuje, rozczapierza się na różne nurty i wciąż pozostaje wiernym swoim początkowym ideałom. A te w obu przypadkach są podobne – żeby być najlepszym i najbardziej stylowym w tym, co się robi.
- I w rapie i w graffiti są różne drogi. Możesz robić rap gangsterski, intelektualny albo kompletnie abstrakcyjny. I podobnie jest w graffiti. Możesz robić typowe hiphopowe graffiti, takie jak powstało w Nowym Jorku, czyli jakieś strzałki, postaci w kapturach, to co większość ludzi kojarzy z graffiti. Ale możesz też robić graffiti, które kompletnie odbiega od tej estetyki. To graffiti, na którym ja się wychowałem, z początku było hiphopowe, ale w związku z tym, że działo się to w Europie Wschodniej, w Warszawie, od zawsze chcieliśmy mieć swoje własne formy i swoje inspiracje, a one często wychodzą poza graffiti, sięgają polskiego plakatu czy też szerzej – polskiej grafiki. Dziś obie te drogi są bardzo zaawansowane: jedni poszli drogą hiphopową i dalej po 20 latach malują strzałki, fadingi, cienie, super fotorealistyczne graffiti, a drudzy robią rzeczy totalnie inne, –dla wielu naiwne i niezrozumiałe, które ogółowi mogą się nie podobać ale według mnie są bardziej zaawansowane. Ale to jest dyskusja, która trwa między grafficiarzami od dekad… – tłumaczy Kosi, którego przynależność do jednego z tych nurtów łatwo wyczytać między słowami. - Tak samo jest z rapem. Ja przypisuję gangsterski rap do tego hiphopowego graffiti, a ten powiedzmy abstrakcyjny, trudniejszy rap łączę z graffiti, które czerpie z kultury polskiej. Niektórzy MC’s bardziej się inspirują amerykańskim rapem, a niektórzy starają się odnaleźć w nim miejsce dla polskiego języka. Choćby Sokół, który nie sili się na brzmienie zagraniczne, tylko stara się mówić polskimi słowami, głosem narratora. Do Wojtka bardziej by mi pasowało to graffiti, którym ja się interesuję, inspirowane polską szkołą plakatu i szukające swojej drogi na tutejszym gruncie.