Tęskno
© Karolina Konieczna
Muzyka

Co dwie panie, to nie jedna

Przed tobą zjawiskowe i warte śledzenia muzyczne duety w kobiecym wydaniu.
Autor: Stanisław Bryś
Przeczytasz w 6 minPublished on
Moda na damsko-męskie zespoły powoli ustaje. Schemat, w którym on stał za instrumentami, a ona za mikrofonem, nie odszedł jeszcze do lamusa, ale sprawdzonej formule rośnie coraz silniejsza konkurencja, którą reprezentuje m.in. duet wiolonczelistki Dobrawy Czocher i pianistki Hani Rani, których wspólny projekt stanowił niemałą niespodziankę nie tylko ze względu na walor artystyczny piosenek. Panie początkowo przygotowały koncert z klasycznymi aranżacjami najsłynniejszych utworów Grzegorza Ciechowskiego, ale na samym występie się nie skończyło. Autorskie opracowania „Mamony” czy „Białej Flagi” trafiły na krążek, który został ciepło przyjęty nawet przez zagorzałych miłośników Republiki. Nośne refreny kompozycji w instrumentalnych wersjach nabrały nowego blasku i pozwoliły spojrzeć na muzykę zespołu z innej perspektywy. Można śmiało powiedzieć, że to jej bardziej subtelna, kobieca strona.
Dziewczyny po wydaniu materiału i trasie koncertowej nie stanęły w miejscu. Hania postanowiła wystartować z karierą solową, a w międzyczasie poinformowała o premierze swojego najnowszego projektu. W tęskno sceniczną partnerką Rani jest wokalistka Joanna Longić, wcześniej kojarzona jako Bemine. W ich wypadku przystankiem na drodze do stworzenia własnych utworów był cover Meli Koteluk. Potem na drodze pojawił się warszawski, kameralny Sofar, podczas którego odbyła się premiera dostępnego od niedawna singla „kombinacje”. „Poczułyśmy, że bardzo dobrze się uzupełniamy. Lubimy ze sobą pracować, a efektem tej pracy jest coś, czego pewnie nie udałoby się nam osiągnąć w pojedynkę. Myślę, że tęskno okazało się dla nas obu takim kuszącym, niezaplanowanym zaproszeniem do podróży w nieznane” – opowiada mi duet. Ta ich wspólna wyprawa dopiero się rozpoczyna, ale już brzmi bardzo obiecująco. Emocjonalnie i kojąco. Wielbiciele współczesnej muzyki klasycznej z wpływami ambitnej elektroniki powinni ją mieć szczególnie na uwadze. Płyta jest już w drodze, powinna się ukazać w przyszłym roku.
Na drugim biegunie kryje się inna strona muzycznej kobiecości. Honeyblood – owoc poszukiwań Stiny Tweeddale oraz Cat Dyers – to projekt emanujący witalną, ożywczą energią. Choć panie początkowo miały kooperować z innymi muzykami, uznały, że najlepiej jest im na scenie właśnie we dwójkę. Wysnuty przez nie wniosek jest co najmniej trafny – dziewczyny z powodzeniem zanurzają się w garażowym, nieco punkowym światku i nie potrzebują do tego dodatkowego instrumentarium. Nie bez powodu znalazły się w katalogu wytwórni FatCat Records, czyli oficynie śmiało stawiającej na eksperymenty pokroju Animal Collective czy polskiej Resiny. Niezauważalna dotąd nad Wisłą formacja ma zadatki na to, by w przyszłości obok Warpaint, Dum Dum Girls czy Savages stanąć na czele peletonu alternatywnego rocka.
Wrażliwe, żywiołowe, ale również walczące o swoje prawa – o takich kobietach na muzycznej scenie też trzeba tu wspomnieć. W tym roku głośno było o show Siksy podczas OFF Festivalu, kiedy to wokalistka tego kontrowersyjnego składu, Alex, balansując na granicy klasycznego koncertu i performance’u, dosadnie skomentowała męskie przywary i radykalny patriarchat. Negatywne komentarze i słowa otuchy lały się pod jej adresem równoległymi strumieniami, ale oba obozy mogły dojść do podobnej konkluzji – feminizm jest wciąż obecny w popkulturze, a ostatnio rezonuje coraz silniej. Jego prominentnym reprezentantkom – M.I.A., Solange czy Grimes – wtóruje fala debiutujących artystek kontestujących rzeczywistość. Dla siostrzanego duetu Ruumer występowanie w takiej roli to początek czegoś odważniejszego, a zarazem umacniającego. Dziewczyny obcowały z muzyką już od nastoletnich lat, nagrywały nawet jako L2 i jak same opowiadają w wywiadzie dla portalu AOL.com, zmiana nazwy wiąże się dla nich z czymś poważniejszym. Singel „Heels” pochodzących z Nowego Jorku artystek mówi sam za siebie: to power-popowy, nasączony elektroniką protest song. Daleko mu jednak do patetycznego hymnu, który z obalania uprzedzeń uczyniłby heroiczną walkę.
Melissa Labbadia z Ruumer w przytoczonej już rozmowie stwierdziła, że taka, a nie inna forma ekspresji to dobry wstęp do debaty na temat roli kobiet we współczesnym przemyśle muzycznym. Podobny, prowokujący cel stawia sobie hiphopowy zespół AK, który zaczyna coraz śmielej atakować fińskie listy przebojów. Tainee i Donatella miały – i zresztą wciąż mają – trudne zadanie przekonania do siebie publiczności. Nie dość, że wybrały silnie zmaskulinizowany styl, to obie są Afroamerykankami. Inspiruje ich Kehlani albo Lauryn Hill, brzmieniowo puszczają oczko w stronę eklektycznego r’n’b czy trapowych bitów. Stale odrzucają stereotypy i robią swoje, co słychać na ich debiutanckiej epce „Real Bitch Problems”. Na ile sprawdzi się ten koncept? Jeszcze nie wiadomo, lecz Skandynawowie mogą już teraz mówić, że mają u siebie silną, bezkompromisową odpowiedniczkę Azealii Banks. I to nawet razy dwa.
Są też w końcu w dzisiejszej muzyce duety eksplorujące, stale redefiniujące pomysł na siebie, i przy okazji zaskakujące. Do takich z pewnością zaliczają się panie z Let’s Eat Grandma, nie bez powodu okrzyknięte nadzieją eksperymentalnego art-popu. W ich kompozycjach daje się wyczuć coś melancholijnego, baśniowego, co pozornie od razu odsyła do szufladki z twórczością Bjork albo Kate Bush. Podobieństwo faktycznie rzuca się w oczy, ale czuć, że niepełnoletnie jeszcze Brytyjki mają do zaoferowania coś więcej. Atmosfera, jaką roztaczają wokół swoich melodii, uzupełnia urocza dziewczęcość i subtelne poczucie humoru. Sama nazwa zespołu to znany, angielski żart gramatyczny, a warstwie lirycznej utworów niedaleko do absurdu („Chimpanzees in Canoes” czy niewydane „The Angry Chicken”). Niby to niedojrzałe, niedopracowane, a jednak intrygujące i na swój sposób magnetyczne.
Poszukiwania kobiecych zespołów kończymy tam, skąd wszystko tak naprawdę bierze swój początek – pośród korzeni. Nie dystansują się od tradycji, a w klasycznych harmoniach potrafią odnaleźć ducha współczesności. Folkowe duety być może dla wielu trącą myszką, jednak sióstr Ibeyi oraz Lily & Madeleine, które w 2016 roku występowały na Red Bull Music Academy Weekender w Warszawie, nie da się poddać tak łatwej klasyfikacji. Te pierwsze śpiewają zarówno po angielsku, jak i w afrykańskim języku Yoruba. Ich nagrania, choć uzupełnione o soulową, minimalistyczną elektronikę, silnie odwołują się do rdzennej, mistycznej kultury. Lisa-Kainde oraz Naomi, w życiu prywatnym przemieszczające się z Karaibów do Europy, otwarcie mówią o swoim pochodzeniu, rodzinie czy synkretycznej religii. Lily & Madeleine z kolei chętnie flirtują z amerykańskim, gawędziarskim folkiem. Rodzeństwo Jurkiewicz doprawia nieskomplikowane melodie szczyptą barwnego indie rocka i niekonwencjonalnego popu. Zachwyciło to Sufjana Stevensa, który zdecydował się na wydanie dwóch płyt dziewczyn w swoim labelu Ashtmatic Kitty, oczarowany był też zespół Son Lux (dziewczyny gościnnie zaśpiewały w jego piosence „Lost it To Trying”). Kobieca siła jawi się dzięki nim nie tylko w stylistycznej, ale i geograficznej rozciągłości. Jak widać – gdziekolwiek nie zabrniemy, damskie duety zaczynają odgrywać coraz większą rolę.