Czasami bywa tak, że niektóre tytuły zyskują status kultowych, choć mogłoby się wydawać, że znikną w mrokach dziejów. Inne gry, tuż po premierze, spotykają się z bardzo negatywną reakcją krytyków i użytkowników, ale po latach zyskują setki tysięcy fanów. Jeszcze inne produkcje są doskonale znane i kochane w niektórych społecznościach czy krajach, ale w innych już nikt o nich nie słyszał. Tym razem przyglądamy się pięciu tytułom z gatunku RPG, które w ten czy inny sposób nie zostały należycie docenione przez świat gamingu, a które naprawdę zasługują na miłość.
Gothic
Zaczynamy z wysokiego C. Polski gracz może powiedzieć: ale jak to, Gothic niedoceniony? Przecież w naszym kraju wszyscy znają i wielbią tę serię. A jednak poza Polską i kilkoma innymi krajami Europy Środkowej, świat praktycznie nie słyszał o tym tytule. Trudno się dziwić: legendarne gry Piranha Bytes (a także ich późniejsze dzieła, takie jak Risen czy Elex) charakteryzują się pewną topornością i (nie)sławnym już niedopracowaniem, a pod względem audio-wizualnym gry te nigdy nie stały na najwyższym poziomie. A jednak jest w nich coś naprawdę magicznego, czego próżno szukać w wysokobudżetowych, efektownych produkcjach popularnych na Zachodzie czy w Azji. Większość graczy najmilej wspomina Gothica 2, ale jedynce też nie można odmówić wspomnienia, choć trzeba przyznać, że zestarzała się już niemiłosiernie. Wielu użytkowników narzekało na trójkę ze względu na monstrualną masę bugów i całkowite otwarcie świata, ale z perspektywy czasu wydaje się, że krytyka była nieco przesadzona, bowiem Gothic 3 to i tak kawał świetnej gry.
Vampire: The Masquerade - Bloodlines
Historia Vampire: The Masquerade – Bloodlines jest dość smutna. Dzisiaj można śmiało stwierdzić, że fatalne wyniki sprzedaży tej gry spowodowane były jedną, z pozoru trywialną decyzją: o dacie premiery. Listopad 2004 roku był jednym z najgorętszych miesięcy w historii branży, a wydano wtedy m.in. Half-Life 2, World of Warcraft, Counter-Strike: Source, Killzone, EverQuest II, Halo 2, Need for Speed: Underground 2, Metal Gear Solid 3: Snake Eater czy Prince of Persia: Warrior Within. Nic więc dziwnego, że ostatnie dzieło studia Troika Games nie miało najmniejszych szans, by dotrzeć do szerokiego grona użytkowników. Nie pomagał tu słaby marketing i duża ilość błędów wynikających z burzliwego, przyspieszonego cyklu produkcyjnego. Sami twórcy przyznali, że projekt ich przerósł, a przez ogromne ambicje nie byli w stanie dopracować do końca wielu elementów rozgrywki. Gra przeszła bez większego echa zarówno wśród zwykłych graczy, jak i krytyków. Na szczęście Vampire: The Masquerade - Bloodlines zestarzał się jak dobre wino… choć nie do końca. Grę podniosły z kolan nieoficjalne, fanowskie patche, dzięki którym udało się osiągnąć efekt zbliżony do tego, który planowali producenci. Szkoda tylko, że stało się to o kilka lat za późno, by uratować upadające Troika Games.
Jade Empire
Wysokobudżetowa gra tworzona przez legendarne studio BioWare (Baldur’s Gate, Neverwinter Nights, Star Wars: Knights of the Old Republic), osadzona w świecie chińskiej mitologii, korzystającą z dobrodziejstw najnowszej technologii i wprowadzająca do gatunku powiew świeżości – to przecież recepta na sukces, prawda? A jednak o Jade Empire świat zapomniał niemal z dnia na dzień. Choć gra spotkała się z bardzo ciepłą reakcją krytyków, a tuż po premierze znalazła się dość wysoko na listach bestsellerów, to z jakiegoś powodu przez ostatnią dekadę mało kto w ogóle wspominał ten tytuł… chyba, że na listach najbardziej niedocenionych RPG-ów. Trzeba przyznać, że dzięki Jade Empire gatunek zyskał wiele nowych, ciekawych pomysłów, a samo studio BioWare, mimo takich sobie wyników sprzedaży, nie bał się wykorzystywać tych samych rozwiązań w swoich późniejszych produkcjach.
Dragon’s Dogma
Dragon’s Dogma jest tak bardzo niedoceniony… że nawet jest często pomijany na tego typu listach. Głównym problemem japońskich RPG-ów jest ich przesyt. Wydawać by się mogło, że Kraj Kwitnącej Wiśni tworzy je na masową skalę, a mniej zaangażowani gracze, zwłaszcza na Zachodzie, nie zauważą nawet premiery połowy z nich. I dokładnie taki los spotkał Dragon’s Dogma, który mimo pochlebnych recenzji, zarówno rodzimych, jak i zagranicznych, zanotował dobre wyniki sprzedaży tylko w Japonii. Twórcy próbowali wskrzesić grę kilkoma reedycjami, ale i to nie pomogło. Sama rozgrywka czerpała wszystko, co dobre zarówno z Zachodnich gier, takich jak The Elder Scrolls: Oblivion czy Fable II, jak i kilku rodzimych hitów, jak na przykład Demon’s Souls, Devil May Cry czy Monster Hunter. Końcowy efekt był naprawdę świetny, a mimo to Dragon’s Dogma pozostał w cieniu wszystkich gier, którymi się inspirował.
Kingdoms of Amalur: Reckoning
Kingdoms of Amalur: Reckoning został wydany w tym samym roku, co Dragon’s Dogma, ale historia porażki tej gry jest zgoła odmienna. Oceny krytyków były mocno spolaryzowane. Jedni uznali ten tytuł za jednego z najlepszych RPG roku, a inni widzieli w nim najwyżej średniaka. Ci, którym się podobało, chwalili Kingdoms of Amalur: Reckoning za system walki, wciągającą historię czy szeroki wachlarz możliwości. Negatywnie nastawieni recenzenci krytykowali grę za brak innowacji i ogólne powtarzanie schematów znanych z dużo popularniejszych serii. Być może to właśnie ciągłe porównywanie do gigantów, takich jak Skyrim czy Mass Effect, okazało się gwoździem do trumny Kingdoms of Amalur: Reckoning, bowiem praktycznie każda rozmowa na temat tej gry prędzej czy później sprowadzała się do konkurentów. Dochody ze sprzedaży gry okazały się tak niskie, że studio zostało zmuszone do zamknięcia, z czym wiąże się interesująca historia. 38 Studios, przed wydaniem gry, zaciągnęło pożyczkę inwestycyjną od stanu Rhode Island. Niemożność jej spłacenia ostatecznie zaważyła na zamknięciu studia, a nawet problemach natury prawnej. Być może to właśnie brak niezależności finansowej i związana z tym presja była powodem porażki Kingdoms of Amalur: Reckoning?