Zimowe szaleństwo niekoniecznie musi kojarzyć się ze snowboardem, nartami, łyżwami i sankami. Czasami to nierówna walka z potworami bądź własnymi słabościami. Wiedzą o tym doskonale bohaterowie poniższych dreszczowców. Przyszło im zmierzyć się nie tylko z niskimi temperaturami i śnieżycami, ale również z zombie i wampirami... Oto 10 horrorów, w których śnieg i mróz nie mają litości. Podobnie jak straszydła.
„Mroźny wiatr” (2007)
Może i nie wszystko w tym filmie się udało, ale produkcja Gregory’ego Jacobsa zasługuje na uwagę przynajmniej z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest koncepcja. Otóż mamy dwoje studentów, którzy jadą na ferie świąteczne do domu. Zbaczają z autostrady i utykają w pętli czasowej. Na drodze 606 co roku ma miejsce śmiertelny wypadek. Jego sprawcą jest policjant widmo. Bohaterowie walczą o życie z demonami buszującymi od kilkudziesięciu lat na pustkowiu. Twórcy bezpośrednio nawiązują do teorii Friedricha Nietzchego o wiecznym powrocie, ale wpadają w pułapkę absurdów i niewiarygodności. Jeśli więc sama fabuła was nie przekona, zawsze pozostaje możliwość nacieszenia oczu piękną Emily Blunt. Aktorka nawet grubo ubrana wygląda seksownie i rozgrzewa pomimo ujemnych temperatur, o czym przekonuje się jej ekranowy partner. Dzięki „Wind Chill” będziecie pamiętać o zabraniu osoby towarzyszącej w każdą długą, zimową przejażdżkę samochodem.
„Dzieci” (2008)
Potwory z głębin, zmutowane zwierzęta czy nieśmiertelni mordercy? Nic z tych rzeczy. Przecież w horrorach największe przerażenie wywołują opętane małolaty. Dorzućmy do nich znany motyw bohaterów odciętych od cywilizacji i osadźmy akcję w okresie świątecznym, a otrzymamy film grozy, którego długo się nie zapomina. Wyjazd na weekend do domku położonego w lesie miał być dla naszych bohaterów relaksującą przygodą. Rodzice pragnęli nieco odpocząć od codziennych problemów, podczas gdy ich pociechy będą korzystać z zimowych atrakcji. Ale… Sami zobaczcie. Bardzo wyraźnie widać tu inspiracje „Wioską przeklętych” czy „Dziećmi kukurydzy”.
„Odrażający człowiek śniegu” (1957)
Marki Hammer Film Productions nie trzeba przedstawiać żadnemu fanowi kina grozy. Z brytyjskiej wytwórni pochodzi wiele kultowych filmów, w których swoją karierę rozpoczynali bądź kontynuowali równie kultowi aktorzy. Za sprawą studia, w 1957 roku Peterowi Cushingowi przyszło zmierzyć się z himalajskimi szczytami i poszukiwać Yeti. Legendarny człowiek śniegu nie jest największym zagrożeniem dla głównego bohatera i towarzyszących mu członków ekspedycji naukowej. Muszą oni stawić czoła przede wszystkim pokrytymi śniegiem górom, swojej chciwości i żądzy sławy. Próba odnalezienia mitycznego stworzenia staje się przyczynkiem do snucia opowieści o ludzkich wadach i słabościach. Nie brakuje tu napięcia i gęstej atmosfery, niepozwalających oderwać się od ekranu.
„30 dni mroku” (2007)
Barrow to prawdziwe miasto położone na Alasce, będące najchłodniejszym miejscem w Stanach Zjednoczonych. Już samo to wystarczy, aby u niektórych widzów pojawiły się ciarki na plecach. Dodajmy do tego, że słońce niedługo tam zajdzie i nie wzejdzie przez najbliższy miesiąc, a wampiry rozpoczną swoje łowy. Biada wszystkim, którzy akurat znajdują się w okolicy. Przekonali się o tym bohaterowie powstałego na podstawie komiksu horroru „30 dni mroku”. Z ukrycia oglądają śmierć znajomych i nie bardzo wiedzą, co począć. Na szczęście na miejscu jest Josh Hartnett, gotowy stawić czoła niebezpieczeństwu. I chociaż głupotek tu nie brakuje, zabawa jest przednia. Reżyser eDavid Slade umiejętnie igra ze znanymi motywami i mitologią, nieraz zaskakując odbiorców. Mające ostatnio nieco nadszarpniętą reputację potwory ponownie przerażają. Mrożą krew w żyłach nawet bardziej niż temperatura panująca w Barrow.
„Pontypool” (2008)
To nie jest kolejny film o zombie. Bruce McDonald eksperymentuje z gatunkiem zamykając widzów wraz z kilkoma postaciami w rozgłośni radiowej, znajdującej się w małym kanadyjskim miasteczku. Na zewnątrz panuje mróz i grasują żywe trupy. O zaistniałej sytuacji wiemy jedynie tyle, ile zostaje podane w poszczególnych komunikatach. Niemniej napięcie można ciąć nożem. Reżyser rezygnuje z tanich chwytów, skupiając się na budowaniu klimatu zagrożenia i alienacji. Z niepokojem czekamy, aż żywe trupy pojawią się w siedzibie radia. A jeśli to się stanie, co wtedy zrobią bohaterowie? Opcje są dwie. Uciekać i zamarznąć albo zostać w śmiertelnej pułapce. Tak czy siak, o nudzie nie ma mowy. Morał produkcji jest jasny. Kiedy za oknem zimno i pada śnieg, nie warto jechać do pracy, a lepiej zostać w domu i posłuchać radia.
„Frozen” (2010)
Uwaga – nie chodzi tu wcale o Disneyowską wersję „Królowej śniegu”, która szturmem zdobyła serca zarówno dzieci, jak i dorosłych. „Frozen” Adama Greena to skromny dreszczowiec z trzema postaciami, mający miejsce… na wyciągu krzesełkowym. Miłośnicy zimowych sportów utknęli na wysokości na całą noc, bo obsługa zupełnie o nich zapomniała. Ich sytuacja jest beznadziejna i muszą walczyć o przeżycie do rana. Nie ma tu potworów, czy morderców, a największym zagrożeniem dla bohaterów jest mróz i wilki czekające na nich na ziemi. Reżyser jednak dobrze wie, jak takimi małymi rzeczami przykuć widza do ekranu. Jego film zadowoli zarówno fanów trzymających w napięciu thrillerów, jak i wielbicieli bardziej krwawej rozrywki.
„Zombie SS” (2009)
Grupka studentów wyjeżdża w góry. Zatrzymują się w chacie, gdzie mają zamiar imprezować do upadłego. Znajdują jednak skarb, ukryty tam przez nazistów. Właściciele złota powstają z martwych, a bohaterom przyjdzie zmierzyć się z zombiakami w niemieckich mundurach. I chociaż nie obiecujemy, że podczas seansu będziecie drżeć ze strachu, gwarantujemy świetną zabawę. Bywa brutalnie, nie brakuje napięcia, ale na pierwszy plan wysuwa się czarny jak smoła humor. Tommy Wirkola łączy ze sobą elementy pochodzące z wielu różnych konwencji, tworząc mieszankę wybuchową. Żeby jednak nikt się nie poparzył, wszystko zostało osadzone w śnieżnych, norweskich terenach. Po obejrzeniu będziecie wiedzieć, żeby nigdy nie ruszać drogich przedmiotów należących do dawno zmarłych osób. Bo umrzecie. Ze śmiechu.
„Pozwól mi wejść” (2008)
Zima w tym horrorze nie odgrywa takiej roli jak w wielu innych filmach, które trafiły do tego zestawienia. Zadaniem śnieżnych pejzaży jest podkreślenie, jak bardzo ponura jest znajomość między głównymi bohaterami. Dwunastoletni Oscar jest nękany w szkole. Zaprzyjaźnia się z tajemniczą Eli i wtedy zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Jak się okazuje, dziewczynka jest wampirem. „Pozwól mi wejść” jest zimną opowieścią o zemście za doznane krzywdy, niezwykłym koleżeństwie i dojrzewaniu. Ten szwedzki dreszczowiec bezlitośnie zmrozi wam krew w żyłach, podobnie zresztą jak jego amerykański remake z 2010 roku.
„Lśnienie” (1980)
Stephen King nie jest największym fanem tej ekranizacji swojej twórczości. Stanley Kubrick wybrał z powieści mistrza grozy to, co mu pasowało, nieco pozmieniał, trochę dodał. Tym samym jednak stworzył niekwestionowane arcydzieło filmowego horroru, które dopiero po latach zostało docenione. Jack Torrance rozpoczyna pracę jako stróż położonego na odludziu hotelu. Razem z rodziną ma tam spędzić kilka miesięcy do nadejścia wiosny. Ich pobyt szybko przemienia się w koszmar, przyprawiający o ciarki kolejne pokolenia widzów. Zima w tym wypadku podkreśla wyalienowanie postaci, ich całkowite odcięcie od świata zewnętrznego. Pokryty śniegiem ogród w formie labiryntu uchodzi jednocześnie za śmiertelną pułapkę, jak i daje szansę na przeżycie. Jednym z największych atutów produkcji jest gra Jacka Nicholsona. Aktor daje tutaj mistrzowski popis swoich umiejętności, wcielając się w opętanego psychopatę. Jego ekranowa szarża rozgrzeje was do czerwoności, niczym drogi alkohol wypity w wyimaginowanym barze, niedługo przed zamarznięciem na śmierć.
„Coś” (1982)
John Carpenter u szczytu swoich możliwości. Zapomnijcie o „Obcym”. „Coś” jeśli nie przebija tej całej serii, przynajmniej nie jest od niej gorsze pod względem napięcia, klimatu niepokoju i scen starć z kosmitą. Bo jeśli w kosmosie nikt nie usłyszy waszego krzyku, to na Antarktydzie tym bardziej. W śnieżnych pejzażach odciętego od reszty świata terenu, grupa naukowców musi stawić czoła tajemniczemu zagrożeniu, które przybyło do stacji badawczej pod postacią psa. Garstka bohaterów nie może ufać sobie nawzajem, a spirala niebezpieczeństw nakręca się coraz bardziej. I chociaż rzecz dzieje się w bardzo ujemnych temperaturach, Kurt Russell odpowiednio rozgrzeje atmosferę, tak zwykłą zapałką jak i miotaczem ognia.