Muzyka

Polacy nie byli gotowi. Przypominamy historię hiphopowej ekipy Obóz TA

© archiwum zespołu
„Polscy słuchacze nie byli gotowi na takie klimaty. Na naszych płytach nie mówiliśmy o trudach egzystowania na blokach” - mówi nam Miko z Obozu TA, z którym nagrywali O.S.T.R., Spinache czy Red.
Autor Marcin Misztalski
To z pewnością jeden z tych składów, który dawał polskiej scenie hiphopowej wiele kolorytu, ale jego muzyka jeśli została doceniona, to raczej po latach. Dzisiaj do niej wracamy.
Słyszałem, że Obóz TA pozdrawiał kiedyś amerykański raper Common. Co on miał z wami wspólnego?
Miko (Obóz TA): W zasadzie to niewiele. (śmiech) Prowadziłem przez wiele lat audycję radiową „PHAT! Show” w niemieckim radiu Galaxy i pewnego dnia zjawiłem się na koncercie Commona w Norymberdze, gdzie promował wtedy album „Like Water for Chocolate”. Zrobiłem z nim wywiad i poprosiłem o to, by nagrał krótkie pozdrowienia dla Obozu TA oraz firmy Mass Denim. Na moim Instagramie można znaleźć zdjęcie z tego wieczoru - Common ma tam na sobie koszulkę z Massa, którą ode mnie dostał. Swoją drogą był to pierwszy wywiad, jaki zrobiłem dla tego radia.
A ty jak znalazłeś się w Obozie TA?
Musimy się cofnąć do 1997 roku, kiedy w Warszawie odbywał się „Rap Day”. Tam poznałem chłopaków z łódzkiego Thinkadelica. Dzięki nim wkręciłem się trochę w polską scenę. Mieliśmy, i do dziś mamy, podobne spojrzenie na muzykę, więc nadawaliśmy na tych samych, nie tylko muzycznych, falach. Było mi bliżej do nich niż do tego, co wówczas - w większości - proponowali polscy raperzy. Trzeba pamiętać, że ich podejście do rapu było wtedy bardzo odmienne i ciekawe. Do dziś ze Spinachem i Cezet łączy nas przyjaźń. Nie pamiętam już dokładnie, jak stałem się oficjalnie członkiem Obozu TA, ale chyba zadzwonił do mnie Spinache i powiedział, że pracują nad pierwszą płytą zespołu i że chciałby, abym się na niej znalazł. Jeszcze wcześniej nagraliśmy wspólny utwór na „Wspólną scenę” zatytułowany „Twoja twarz”.
Reda poznałeś pewnie w podobnym czasie?
Pamiętam dokładnie dzień. Chłopaki z Thinkadelica grali andrzejkowy koncert w Krakowie. 30 listopada 1998 roku. Tak się jakoś złożyło, że też – zupełnie przypadkowo – znalazłem się tego dnia w stolicy Małopolski. Zobaczyłem na mieście plakat, że Thinkadelic grają wieczorem koncert, więc wiedziałem, że muszę tam być! Wchodzę z zaskoczenia do klubu, chłopaki trochę zdziwieni, ale już po chwili zaprosili mnie, żebym zarapował z nimi na scenie „Twoją twarz”. Już po koncercie podbił do nas gościu, którego na początku odebraliśmy ze sporym dystansem. Wyobraź sobie, że jest 1998 rok i nagle podchodzi do ciebie typ, który twierdzi, że mieszkał w Nowym Jorku i że pracował w Def Jamie. Nie wiem jak chłopaki, ale ja kompletnie mu w to nie uwierzyłem! Pomyślałem sobie: „Jasne, a ja jestem Rick Rubin”. (śmiech) Wtedy właśnie w życiu Cezeta, Spinache'a i moim pojawił się Ernest, Red.
W tamtym czasie sporadycznie pojawiałeś się w Łodzi.
Spędziłem tam kilka weekendów i zagrałem z Kevinem, jako P'Am [macierzysty zespół Miko - przyp.red.] trzy koncerty,. Powiem ci szczerze, że wtedy - ponad 20 lat temu - nie do końca zwracałem uwagę na takie rzeczy jak architektura, zabytki czy klimat miasta. Byłem bardziej skupiony na muzyce i imprezowaniu. Pamiętam, że poza ulicą Piotrkowską, nie działo się tam zbyt wiele. Mało ciekawe miasto w porównaniu chociażby z ówczesną Warszawą. Nawet nie do końca mogę ci coś powiedzieć więcej o łódzkiej scenie hiphopowej - nie pamiętam, kto poza Obozem i ich ziomkami wtedy tam działał. Jakoś niespecjalnie był to dla mnie czas na poznawanie nowych ludzi. Oczywiście poza tymi, którzy robili coś z Thinkadelicami, Emesem i Mizonem.
Wśród nich był zapewne O.S.T.R.
Z Ostrym mam to samo, co z Redem - też dokładnie pamiętam dzień, w którym go poznałem. (śmiech) W 1999 roku w Łodzi odbywała się jakaś impreza hiphopowa, na której występowaliśmy z Kevinem. Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale Kevin jest czarnoskórym raperem, który urodził się w Stanach Zjednoczonych, więc w latach 90. budził spore zainteresowanie wśród polskich słuchaczy rapu. Był atrakcją. (śmiech) Nie chciałbym teraz przesadzać, ale naprawdę tak zapamiętałem ten wieczór... Jakiś młody koleś w czapce Florida Marlins cały czas zaczepiał Kevina, zagadywał, a czasami nawet chyba do niego rapował. Kiedy się tylko odwróciłem, to widziałem, że Kevin jest zajęty tym gościem. (śmiech) Okazało się, że to mało komu znany wtedy Ostry. Tłumaczyłem to sobie w taki sposób: OK, jesteś młodym, zajaranym słuchaczem rapu z Polski, zobaczyłeś rapera ze Stanów, który wygląda jak goście stamtąd, więc kumam, że chcesz z nim pogadać. Później, gdy już się zakumplowaliśmy, to moją uwagę zwrócił fakt, że Ostry interesuje się hip-hopem I... gra na skrzypcach. Zaciekawiło mnie to dlatego, że mój tata jest zawodowym skrzypkiem. A Adam nie wyróżniał się wtedy jakoś szczególnie na tle innych raperów, których znałem - nie miał jakiś zapadających w głowę linijek czy szalonego flow. Normalny ziomek, który rapował tak samo jak reszta ekipy.
To prawda, że Ostry dostawał - nazwijmy to umownie - lekcje hip-hopu od poszczególnych członków Obozu TA?
Ode mnie na pewno nie. Być może Kevin przeprowadził z nim kilka lekcji na koncercie w Łodzi. (śmiech) Odpowiadając zupełnie poważnie: Ostry był z nas najmłodszy, jest to więc bardzo prawdopodobne. Ja też miałem starszych ziomków, którzy pożyczali mi kasety Run-DMC. Red miał wówczas bardzo wiele płyt winylowych z rapem i ogromną wiedzę, a że swego czasu było im po drodze, więc mogło tak być, że Ostry dowiadywał się jakichś rzeczy od Ernesta i innych członków Obozu.
Dokładnie w lipcu 2000 roku ukazała się debiutancka płyta Obozu TA. Pamiętasz, jak wyglądała praca nad nią?
Moje nagrywki odbywały się w amatorskich warunkach. Nagrywałem w domowym studiu u Kuby Raczyńskiego i nie mieliśmy raczej możliwości skonfrontowania naszej wiedzy z jakimś inżynierem dźwięku. Mogłem jednak na to patrzeć z dwóch perspektyw: niemieckiej, gdzie wówczas już mieszkałem, i polskiej. I powiem tak: miałem przyjemność przebywać w wypasionym niemieckim studiu, ale realizator nie miał chyba zbyt dużej wiedzy na temat sprzętu, jaki się tam znajdował. A kiedy wcześniej pracowaliśmy w Polsce nad kawałkiem na „Wspólną scenę”, to nagrywaliśmy się w studiu, w którym sprzętu było mało, na taśmę, ale przynajmniej gość, który siedział z nami wiedział, co robi. Wiedzy mu nie brakowało. Efekty były nawet lepsze niż te w wypasionym studiu gdzieś w Niemczech.
Pierwszy Obóz TA to ważny album dla polskiego rapu?
Wiem, że zarówno pierwsza, jak i druga płyta Obozu trafiły na półki sklepowe zbyt wcześnie. Polscy słuchacze nie byli jeszcze gotowi na takie klimaty. Na naszych płytach nie mówiliśmy o ulicznym życiu i trudach egzystowania na blokach. Więcej miejsca zostawialiśmy na rapowanie o imprezach, dziewczynach i pozytywach. Nie pasowaliśmy do tego, co ludzie chcieli wówczas usłyszeć. Odniosłem wrażenie, że słuchacze mieli jeszcze małą świadomość, wiele rzeczy nie mieściło im się w głowie - np. to, że można imprezować do rapu. Interesował ich hardcore. A czy to ważny album? Nie mam za bardzo kontaktu z polskimi raperami i słuchaczami, ale Spinache mówił mi kiedyś, że są raperzy, który podchodzili do niego i opowiadali o tym, jak zasłuchiwali się w naszych tekstach. Myślę, że nasze nagrania miały jakiś wpływ na rodzimych artystów.
Wasze kawałki przetrwały próbę czasu?
Jak najbardziej. To zajebiste numery - zarówno pod kątem tekstowym, jak i samej muzyki. OK, nie byliśmy jakimiś turbo lirycznymi zawodnikami, ale też nie do końca o to nam chodziło. Udało nam się zebrać w zespole siedem osób z różnych światów. Byli MCs z Łodzi, pół-Polak pół-Chorwat mieszkający w Szwajcarii i rapujący po francusku, gość z Warszawy, który większość życia mieszka w Niemczech, czarnoskóry raper z Virginii... No kurde! Znajdź mi wtedy u nas drugi taki rapowy skład. Byliśmy wielkimi indywidualistami, a mimo to udało nam się znaleźć wspólny język. Też pewnie dlatego, że wszyscy mieliśmy podobne podejście do rapu.
Ostry w swojej biografii też pisał, że nagrania Obozu przechodziły bez echa.
Ja przede wszystkim od początku nie miałem żadnych oczekiwań i nie wiedziałem też, kto jest naszą „konkurencją” na rynku. Słuchałem wtedy tylko amerykańskiego rapu. Jedyne polskie rzeczy, o jakich istnieniu miałem wiedzę to Trzyha „Nastukafszy”, bo to naprawdę zajebisty materiał, i debiut Molesty. Chłopaki zagrali kilka koncertów po premierze, ale nic wielkiego więcej się nie wydarzyło. Wiem, że singel „Na zawsze” - promujący nasz drugi album - był bardzo często puszczany na kanale Viva! Polska, ale to też nie przełożyło się w większym stopniu na sprzedaż płyt i granie koncertów. Dlaczego? Nie wiem. Nie wnikałem w to, ale trochę mnie to zdziwiło. Chciałbym, by ktoś po latach powiedział mi, dlaczego nasze albumy nie odbiły się szerszym echem.
Zdziwiło cię, że Ostry odszedł z Obozu?
Dowiedziałem się, że nie będzie go na drugiej płycie i po prostu to zaakceptowałem. Nie drążyłem tematu. Nie czułem, że wewnątrz zespołu jest jakiś konflikt. Nie miałem z Ostrym żadnego beefu, z nikim innym zresztą też nie. Adama widziałem po raz ostatni jakieś 18-20 lat temu. Mimo że w międzyczasie przyjeżdżałem do Łodzi. Gdybym spotkał dziś Ostrego, to w pierwszej kolejności zapytałbym go, czy mnie w ogóle pamięta. (śmiech) Przybiłbym mu piątkę, pogratulował sukcesów i pogadał o starych czasach. Muszę ci też powiedzieć, że my nie byliśmy jakimiś super ziomkami. Byłem u niego w domu, graliśmy razem w kosza, imprezowaliśmy, ale raczej nic więcej. Jego odejście z zespołu na pewno nie miało nic wspólnego ze mną.
W jakich relacjach żyjesz dzisiaj z innymi członkami zespołu?
Mam bardzo dobry kontakt ze Spinachem. Trochę mniejszy z Cezetem. Z Redem nie rozmawiam, ale jakby do mnie zadzwonił i powiedział, że „jutro widzimy się w Warszawie” to zgodziłbym się bez problemu. Z Mizonem też nie utrzymuję kontaktu. Gdyby ktoś wyłożył kasę i zrobił koncert z okazji 20. urodzin Obozu TA, to myślę, że każdy z nas by się pojawił i panowałaby tam fajna atmosfera. No OK, może Ostrego by nie było, ale w sumie... kto wie?