Muzyka

Obywatel MC: Uciułane Północ Centrum Południe

© Piotr Sikora
Razem z Obywatelem MC, raperem z trójmiejskiego składu Deluks wspominamy, jak powstawał album „Północ Centrum Południe” i z kim niestety przegrał „Uciułany giecik”.
Autor Marcin Misztalski
„Skoro mam żyć w getcie, to niech to getto będzie deluks" – to twoje słowa. Jak powiedziałeś, tak zrobiłeś, i wraz z Centem oraz Rybsonem założyłeś skład Deluks. W jakich okolicznościach on powstawał?
Obywatel MC: Głównym czynnikiem założenia Deluks była nasza miłość do hip-hopu. Z Rybsonem poznałem się w drugiej połowie lat 90. na jamie w Elblągu, tuż przed moją spontaniczną przeprowadzką do Gdańska. Wylądowałem w tym mieście w wieku 18 lat, bo miałem spięcie z moim tatą, który kazał mi się pakować... No to go posłuchałem. Można uznać, że moja przygoda z gdańską sceną rozpoczęła się w skateshopie „Trip 24”, w którym pracowałem. Przebywając tam, poznawałem lokalsów, którzy malują lub rapują. Tym tropem trafiłem do DJ-a Centa i - znanego mi już wcześniej - autora nazwy zespołu Rybsona. Zaczęliśmy rozmawiać, wymieniać się spostrzeżeniami, pisać pierwsze rymy i z czasem założyliśmy zespół. W pierwotnym składzie był jeszcze Radek - znany trójmiejski miłośnik ekstremalnej jazdy na rolkach, ale on dość szybko przestał rapować. Co ciekawe, na imprezy DJ-a Centa jeździłem już około 1995 roku. Byliśmy w stanie przejechać, w 15 osób, pociągiem 100 km z mojej rodzinnej miejscowości, Prabut, tylko po to, by przez kilka godzin posłuchać muzyki, jaką puszczał Cent, pobawić się i nad ranem wrócić do domu pierwszym powrotnym.
A jak wyglądała praca nad waszą pierwszą demówką „Przedsmak”?
Brakowało nam przede wszystkim świadomości. Nie mieliśmy pod ręką żadnego hiphopowego realizatora czy profesjonalnego studia, w którym mogliśmy odpowiednio nagrać wokale. Miksem i masterem albumu zajął się gość, który tak naprawdę o hip-hopie wiedział niewiele. To sprawiło, że nie do końca byliśmy zadowoleni z finalnego brzmienia materiału. Jednak – mimo wszystko – zdecydowaliśmy się wytłoczyć demówkę własnym sumptem i wpuścić do niezależnego obiegu w nakładzie 500 sztuk. Kompakty znalazły swoich nabywców nie tylko w Trójmieście, ale także w innych zakątkach naszego kraju. Już wtedy mieliśmy sporo znajomych w całej Polsce. W związku z tym często gościliśmy na różnych jamach graffiti, gdzie zdarzało nam się zagrać koncert, no i oczywiście puścić w świat trochę CD-ków. Sukces „Przedsmaku” spowodował, że na swój producencki album zaprosił nas Waco.
Pojawiacie się tam z utworem „Graffiti”, który chyba do dzisiaj jest waszą wizytówką.
Waco wysłał nam super podkład. Temat dotyczył materii, w której mieliśmy sporo do powiedzenia. Wzięliśmy się do roboty i bez problemu napisaliśmy swoje zwrotki. Pamiętam, że bezpośrednio po nagraniu wokali, ogarnęło nas takie wyjątkowe uczucie, że zrobiliśmy coś naprawę fajnego. Ciężko mi to nawet dziś racjonalnie wytłumaczyć... Był to nasz pierwszy kawałek, który zagościł na oficjalnym wydawnictwie i od razu „rozbił bank”. Magazyn „Ślizg” wybrał go singlem roku i otrzymaliśmy za niego „Ślizgera”, co wówczas było czymś nobilitującym. Nikt się nie spodziewał, że zostaniemy w ten sposób wyróżnieni - byliśmy przecież debiutantami, a konkurencja była spora. W podobnym czasie ukazały się albumy: Grammatika, Paktofoniki, Kalibra 44, Fisza, Tedego czy Ostrego. Zdaję sobie sprawę, że pomógł nam fakt, że jest to utwór ze świetnej płyty Waca i że w kawałku gościnnie pojawił się Kosi. Chwilę później otrzymywaliśmy nawet propozycje, by zostać w Warszawie i robić tam karierę. (śmiech) Pojawiło się koło nas też kilku menedżerów, ale stwierdziliśmy, że nie do końca chcemy świecić twarzami w telewizji. Nie mieliśmy na to kompletnie parcia. Woleliśmy undergroundową drogę i spędzanie czasu na malowaniu pociągów.
Przejdźmy do albumu PCP – Północ, Centrum, Południe – który wydaliście trzy lata później, a który odbił się głośnym echem na polskiej scenie. Projekt połączył siły trzech ekip: Deluks, JWP i Intoksynator.
Geneza naszego projektu jest dość prosta. Połączyły nas trzy rzeczy: przyjaźń, hip-hop i melanż. Pomysł na wspólny album wpadł nam do głów podczas imprezy sylwestrowej u Kosiego, a ściślej - w drugiej fazie tego melanżu. (śmiech) Siedzieliśmy nad ranem, gadaliśmy o hip-hopie i uznaliśmy, że powinniśmy połączyć nasze trzy składy i stworzyć coś, czego jeszcze nie było. Wyszedł z tego taki trochę „polski Wu-Tang”. Lubiliśmy się, szanowaliśmy i chcieliśmy zobaczyć, co wyniknie z naszych działań. Przyznam, że praca nie należała do najlżejszych, gdyż PCP tworzyło wielu indywidualistów. Towarzyszyło nam też trochę spontaniczności i przypadku. Nie pomagał również fakt, że na co dzień mieszkaliśmy w innych częściach kraju. Nie ukrywam, że momentami brakowało też profesjonalizmu i takiego studyjnego skupienia, bo w studiu toczyły się poważne imprezy. Często wyglądało to tak, że spotykaliśmy się na trzy dni nagraniowe, z czego dwa spędzaliśmy na integracji. Nieraz ktoś wbijał do kabiny 20 minut przed odjazdem jego pociągu do domu. Teraz nawet mi się przypomniało, że Bastek z Intoksynatora pewnej nocy skasował cały album i udało nam się odzyskać jakieś 75 procent ówczesnej płyty. (śmiech) Był to z pewnością mocno rock'n'rollowy czas. Z perspektywy czasu, momentami dziwię się, że udało nam się ostatecznie domknąć album.
Inna sprawa, że 2004 rok nie był chyba łatwym czasem do wydawania płyt?
Wysłaliśmy w świat kilka zapytań do wytwórni płytowych, ale byliśmy wówczas nie do końca znanymi raperami. Bliżej nam było do undergroundu niż mainstreamu. Dlatego też nikt w innych labelach nie widział w materiale potencjału na sukces komercyjny. To był okres, kiedy płyty hiphopowe rozchodziły się w średnich nakładach. Naszej płyty sprzedało się około 8 tysięcy. Może fizyków sprzedałoby się więcej, gdybyśmy wydali to w dużej i doświadczonej wytwórni? Nie wiem, nie ma co gdybać. Poza tym wtedy swoje triumfy święcili trochę inni wykonawcy. Do głosu dochodzili tacy ludzie jak Mezo czy grupa Ascetoholix. Ja w ogóle w 2005 roku trochę wku*wiłem się na polski hip-hop. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że niektórych nazywało się hiphopowcami i stawiało nami w jednym rzędzie. Było mi wstyd z tego powodu! Dziś dostrzegam w tym niedojrzałość, ale tak wtedy czułem. Na naszym krążku ubraliśmy się trochę w szaty obrońców prawdziwego hip-hopu – rapowaliśmy o graffiti, mieliśmy w składzie DJ-ów, chwaliliśmy się swoimi rapowymi umiejętnościami i ogólnie hołdowaliśmy korzennemu hip-hopowi. W PCP fajne było na pewno to, że bardzo między sobą, zdrowo, rywalizowaliśmy. Tutaj jeden chciał być lepszy od drugiego. Nakręcaliśmy się i nawzajem napędzaliśmy do działania.
We wkładce do płyty PCP wyczytałem, że byłeś producentem wykonawczym projektu. Na czym polegała twoja praca?
W skrócie: na koordynowaniu naszych działań i doborze odpowiednich ludzi pod konkretne zadania. Musiałem zadbać o to, by okładka była na odpowiednim poziomie, by miks i master brzmiał, jak należy, byśmy mieli klipy na czas, budżet na nie oraz odpowiednią promocję. Już wtedy przejawiał się we mnie tzw. ciąg do ogarniania takich tematów. Doświadczenie zebrane przy projekcie na pewno zaprocentowało kilka lat później, gdy pracowałem w Diverse Extreme Team jako menedżer, a następnie, kiedy założyłem własną agencję eventową, w ramach której wspólnie z zespołem ludzi organizowaliśmy m.in. 12 razy mistrzostwa świata we freestyle-motocrossie, mistrzostwa Europy w supercrossie czy mistrzostwa świata SuperEnduro. Zajmowałem się tym między 2011 a 2017 rokiem. Wracając jeszcze do naszej płyty... Nie twierdzę, że przy projekcie od strony wydawniczej nie popełniliśmy błędów i że wszystko poszło zgodnie z planem. Wiem natomiast, że daliśmy z siebie wszystko.
We wkładce wyczytałem również, że pozdrawiacie znanego polskiego fotografa - Piotra Sikorę.
To gość, który fotografował m.in. Kobe Bryanta, Rakima, Eminema, Nasa, Snoop Dogga, 50 Cena, D'Angelo i wielu, wielu innych artystów ze świata sztuki. Cieszę się, że mogliśmy z nim współpracować. Jeśli pamięć mnie nie myli, to poznaliśmy się na wystawie jego zdjęć, która odbyła się w Warszawie. Zapytaliśmy go o możliwość zrobienia dla nas sesji zdjęciowej na potrzeby projektu PCP. Współpracowaliśmy tak naprawdę na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to wspólna, grupowa sesja zdjęciowa, która wcześniej nigdzie się niestety nie ukazała. A druga: sesja portretowa, robiona na studyjnym tle. Piotr ujął w swoim obiektywie każdego z nas i akurat te zdjęcia można zobaczyć we wkładce do „Północ, Centrum, Południe”. Swoją drogą, znalazłem ostatnio w mieszkaniu klisze z naszej grupowej sesji, więc możliwe, że zaprezentuję te zdjęcia światu. Tamtego dnia był z nami również Popek i Pomidor, którzy mieszkali przez jakiś czas w naszym studiu nagraniowym w Gdańsku.
Północ Centrum Południe na zdjęciu z niepublikowanej wcześniej sesji
Północ Centrum Południe na zdjęciu z niepublikowanej wcześniej sesji
Obywatel MC ze składem Deluks
Obywatel MC ze składem Deluks
W tym studiu zostały wam jakieś odrzuty z sesji nagraniowej?
Tak. Mieliśmy gotowych jeszcze kilka „śmiesznych kawałków” – śmieszniejszych niż „Uciułany giecik”. (śmiech) Nagrywaliśmy je pod mocnym wpływem. Niestety nikt z nas nie ma ich już na dysku, więc nie możemy ich odkurzyć i wrzucić choćby do sieci. „Uciułany giecik” to w ogóle utwór, który na początku miał nie wejść na płytę. Część ekipy uznała go za taki hmm... śmieszny i nie do końca hiphopowy. Później okazało się, że był to w 2004 roku, zdaniem smsujących ludzi, najczęściej odtwarzany polski kawałek w stacji 4fun TV, a trzeci bez podziału na kraje. Przegraliśmy z Robbie Williamsem i jakimś rumuńskim boysbandem. W naszych tekstach było tyle slangu, że ludzie w telewizji nie do końca wiedzieli, o czym kawałek opowiada. Później Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nałożyła na 4fun mandat za to, że emitowali spot zapowiadający album i ten klip. (śmiech)
Domyślam się, że w Amsterdamie, podczas realizowania klipu, było ciekawie.
Kręciliśmy go w czasie, kiedy polscy raperzy raczej nie nagrywali teledysków za granicą. Dziś jest to standardem. Z perspektywy czasu uważam, że mieliśmy dość optymistyczne założenia - liczyliśmy, że pojedziemy taką ekipą i na miejscu nie będzie żadnych komplikacji. Wybraliśmy w zasadzie „najgorzej”, jak tylko mogliśmy, bo klip realizowaliśmy w Amsterdamie. (śmiech) Mieliśmy rozpisany ciekawy scenariusz. Główną rolę miała „zagrać” walizka, którą ktoś miał porwać, a my mieliśmy jej szukać po całym Amsterdamie... długa historia. Przyjechaliśmy do stolicy Holandii i przez pierwsze 72 godziny szukała nas grupa filmowa. (śmiech) Działy się cuda. Jeden się zgubił, drugi pobił z trzecim, a czwarty zjadł za dużo grzybów i miał ciężko. Ciężko miała też ekipa od teledysku, która wkurwiała się coraz bardziej. Ostatniego dnia, na kilka godzin przed wyjazdem do kraju, zaczęliśmy się zastanawiać, co robimy. Szliśmy sobie koło kanału i wpadliśmy na – jakże odkrywczy – pomysł, by wziąć barkę i nagrać w niej ujęcia. Później odwiedziliśmy kilka sklepów z lokalnymi wyrobami i kultowy, nieistniejący już, sklep z winylami Fat Beats. Takie są kulisy powstania jednego z najpopularniejszych polskich teledysków 2004 roku. (śmiech) Współczuję Grupie 13, która musiała się z nami wtedy użerać. Jeśli już mówimy o klipach, to muszę jeszcze dodać, że nasze graffiti z teledysku do „Globtrotera” można było zobaczyć w końcowej scenie jednego z filmów Andrzeja Wajdy.
Z perspektywy czasu uważasz, że album został doceniony w środowisku?
W ciągu ostatnich lat widywałem jakieś subiektywne hiphopowe rankingi, w których nasz krążek się pojawiał. Więc pewnie gdzieś tam zapisaliśmy się na kartach historii polskiej sceny. Album na pewno został doceniony w środowisku grafficiarzy i w środowisku ludzi, którzy jarają się czterema elementami. Jasne, że fajnie byłoby, gdyby płyt sprzedało się np. 50 tysięcy. Wtedy może bylibyśmy zmobilizowani do nagrania drugiej części... Nie wiem. Nigdy nie mieliśmy zarejestrowanych żadnych kawałków na „dwójkę”. Były jakieś zrywy, ale na tym się skończyło. Niektórych członków naszej ekipy dopadły kłopoty osobiste, co wychodziło np. podczas naszych koncertów: ktoś się za bardzo naje*ał, ktoś spadł ze sceny. Bywało naprawdę różnie. To wszystko powodowało, że niektórzy nie mieli już ochoty nagrywać kolejnego albumu. Dziś jest to w sumie nieważne. Cieszę się, że nagraliśmy ten krążek, bo to kawał wspomnień. PCP otworzyło trochę drzwi chłopakom z JWP. Na krążku wszyscy się spisali i zrobili duży krok do przodu.
Słowo na koniec?
Mam dobrą informację dla wszystkich miłośników płyt winylowych. Za jakiś czas do sprzedaży w końcu trafią winyle PCP.