Witamy w rodzinie zawodników Red Bulla. Jakie to uczucie?
Piotr "Grabo" Grabowski: Nie jest łatwo stać się częścią takiej ekipy. Jest to dla mnie duży wyczyn. Bardzo dobrze pamiętam moment, gdy robiliśmy grupowe zdjęcie, a ja do niego wyskoczyłem. Popatrzyłem w lewo i prawo, poczułem niesamowitą dumę z tego, w jakim gronie się znalazłem. Bardzo miło rozmawiało mi się z Adamem Małyszem, który dopytywał mnie o to, jak trenuję wyskok. Wymieniliśmy się doświadczeniami, pomysłami, treningami. Dało mi to niesamowitego motywacyjnego kopa do jeszcze cięższej pracy.
Czy w rozmowie z Adamem Małyszem padła propozycja pojedynku na wsady lub na skoczni narciarskiej?
Takich wyzwań sobie jeszcze nie rzucaliśmy. Myślę, że w moim wykonaniu skok na nartach byłby prawdopodobnie moim ostatnim skokiem w życiu, ale bardzo podziwiam skoczków narciarskich. Ogromne wrażenie robi na mnie ta ich umiejętność utrzymywania się w powietrzu z psychologicznego punktu widzenia. W mojej dyscyplinie wszystko trwa sekundę i znów jestem na ziemi.
Skaczesz naprawdę wysoko i Twoje wsady robią ogromne wrażenie. Jesteś zaprzeczeniem tezy z tytułu kultowego już filmu „Biali nie potrafią skakać”.
Tak, jestem dowodem na to, że można skakać naprawdę wysoko i jeszcze efektownie zapakować piłkę do kosza. To oldschoolowy film, ale zdarza się, że ktoś właśnie do niego nawiąże, czy mnie w ten sposób zaczepi, ale są to raczej starsze osoby, pamiętające kultowe konkursy wsadów z Meczów Gwiazd NBA z lat 80. czy 90.
W zawodowej koszykówce wsady to dodatek. A to, czym ja się zajmuję może być już traktowane jako oddzielna konkurencja. Już 25 lat temu pojawiła się specjalizacja i pierwsi profesjonalni dunkerzy. Ostatnie 10 lat to bardzo dynamiczny rozwój tej dziedziny i coraz większa liczba zawodników. Zajmujemy się tym zawodowo, nasze treningi są skoncentrowane na przygotowaniach do tego, by wykonać jak najefektowniejsze wsady, a niewielu z nas gra w koszykówkę halową czy w streetball. Liczą się tylko wsady.
A Ty jak trafiłeś do tej dyscypliny?
Pierwsze sukcesy we wsadach zaczęły się od wielkiej porażki. Chciałem zostać koszykarzem, marzyłem o grze w NBA, ale po 1,5 roku grania w kosza cały czas grzałem ławę i nie widziałem szans na poprawę swojej sytuacji. Kochałem ten sport i szukałem dla siebie nowej drogi. Wsadami zainspirowałem się oglądając nagrania wideo, a prawdziwy ogień rozpaliły pierwsze zawody na żywo. Wtedy zdecydowałem, że biorę się za to na poważnie. Jako 15-latek nie skakałem jeszcze tak wysoko, pierwsze próby wykonywałem na obniżony kosz. Z biegiem lat poprawiałem koordynację, dynamikę, szlifowałem wyskok na siłowni i podnosiłem obręcz coraz wyżej.
A kto był lub może nadal jest Twoim idolem?
Jeśli chodzi o koszykówkę to od początku Kobe Bryant, do dziś jest dla mnie ważny. Zauważyłem ostatnio, że nie mam o tyle idoli, co ludzi, których podziwiam za osiągnięcia i podejście do swojej profesji i dyscyplinę. Ostatnio czytałem książkę Davida Gogginsa i już sporo zmieniłem w swoim podejściu nawet do tradycyjnego treningu. Często też widać u mnie Mariusza Pudzianowskiego. Jego siła z czasów startów i dyscyplina treningów to jest coś co daje mi kopa do działania. Nie zawsze znamy kogoś życie prywatne, czy poglądy, ale np. możesz go podziwiać za osiągnięcia sportowe i profesjonalizm.
Czy miałeś naturalne predyspozycje do tego, by pakować do kosza?
Nie pochodzę ze sportowej rodziny, do tego przez lata wydawało mi się, że mam dwie lewe ręce do sportu, bo często w szkole do drużyn w grach zespołowych byłem wybierany jako ostatni. Gdy zacząłem trenować koszykówkę w klubie, to ledwo doskakiwałem do tablicy zawieszonej na 290 cm, ale później nauczyłem się odpowiednio pracować nad wyskokiem przy pomocy treningu siłowego i zwiększać swoje możliwości.
Oczywiście, jest część zawodników, którzy mają „windę w nogach”, nie muszą tego trenować. Wychodzą na boisko i latają nad koszami. Ja jestem w grupie, która cały czas musi dbać o swój organizm i trenować wyskok, bo przekłada się to na moje wsady. Widzę to doskonale po przerwie zimowej, gdy potrzebuję kilku tygodni, by wrócić do optymalnej formy. Najlepszy przykład to tzw. windmill, czyli wsad, podczas którego wykonujemy korbę z piłką. Poza sezonem jestem w stanie wykonać ten wsad, ale nie wygląda on jakoś spektakularnie. Gdy jestem już w gazie w trakcie sezonu to zgarniam piłkę spod obręczy, głowę mam przy obręczy i z większym impetem pakuję piłkę do kosza.
Oprócz samej siły do skakania potrzebna w Twojej profesji jest też gibkość i koordynacja.
Dokładnie. Gibkość też trzeba wypracować, nie można skupić się tylko na treningu siłowym, bo nasze wsady będą wyglądać dość ciężko, a to przekłada się na niższe noty na zawodach. Najważniejsze jest, by wsad nie wyglądał na wymuszony, a na lekki i naturalny.
Koszykarze to raczej wielkoludy. Ty masz 184 cm. Podkreślasz wszem i wobec. To optymalne warunki fizyczne do tego sportu?
Tak. Myślę, że u osób w granicach 185 - 190 cm wzrostu wsady wyglądają najbardziej efektownie. Widać wtedy, jak wysoko odrywamy się od ziemi, nasze ewolucje też robią większe wrażenie niż o osób o wiele wyższym wzroście. Ale oprócz samego wzrostu ogromne znaczenie ma także zasięg ramion. Dwie osoby o tym samym wzroście może w tej kwestii różnić nawet kilkanaście cm, a to automatycznie daje im przewagę, bo wiele wsadów jest łatwiejszych do wykonania.
Jak wygląda kariera dunkera?
W mojej konkurencji każdy może wybrać odpowiednią dla siebie drogę. Część dunkerów nie skupia się na zawodach, a ich główną motywacją jest wymyślanie i doskonalenie coraz to nowszych i trudniejszych ewolucji, choć wydaje się, że już trudno wykombinować coś nowego. Druga grupa, do której ja się zaliczam, to dunkerzy konkursowi, dla których liczy się tylko zwycięstwo w zawodach. Skupiam się, by jak najczęściej rywalizować. Lubię wygrywać i tak też mam w codziennym życiu. Gdybyśmy zaczęli teraz grać w karty czy w cokolwiek innego, chciałbym Cię pokonać, za wszelką cenę.
I pewnie nie wstalibyśmy od stołu, do momentu aż nie wygrasz.
(śmiech). Dokładnie. Nie lubię uczucia porażki. Natomiast rywalizacja to jest coś wspaniałego. Lubię uczucie tej konkursowej presji. To jest absolutnie unikalne doświadczenie, które rozumieją osoby mierzące się ze sobą w konkursach. Ta presja na pewno zabiera część energii, ale chodzi też o to, by sobie z nią poradzić i ją opanować.
Jesteś mistrzem świata we wsadach. Co chcesz osiągnąć w tym roku?
Jedni chcą wymyślić coś nowego, drudzy marzą o sławie dzięki wsadom, a ja chcę wygrać każdy konkurs, na którym się pojawię. Czasem zrobię lepsze wsady, czasem gorsze, ale liczy się dla mnie tylko zwycięstwo w konkursie. Chcę wygrywać zawody i mam nadzieję, że w tym sezonie w konkursach Red Bull doda mi skrzydeł.
Jak wygląda konkurs wsadów z Twojej perspektywy? Masz przygotowaną strategię czy improwizujesz?
Na każdy konkurs mam przygotowany plan, który zamierzam realizować, ale każde zawody mają swoją historię. Zdarza się tak, że rywal “zabierze” mój wsad lub wykona coś naprawdę trudnego i niesamowitego. Wtedy muszę się do tego błyskawicznie dostosować, a czasu na zmianę koncepcji mam niewiele, około 20-30 sekund. Jest w tym odrobina improwizacji, ale zazwyczaj decyduję się na wsady-pewniaki, które zagwarantują mi awans do kolejnej rundy. Pomyłki są kosztowne - trzy nieudane próby danego wsadu niemal od razu eliminują cię z zawodów. Często chcąc wygrać zawody, sięgam po wsady, które mam doskonale wytrenowane, a przez to pewność, że zaliczę je przy pierwszym podejściu.
Czy na konkursach lepiej punktowane wsady są takie, które Tobie jest paradoksalnie łatwiej wykonać?
Jest cała pula wsadów, która jest niesamowicie skomplikowana technicznie, ale w konkursie nie przyniesie wielu punktów. Dla jury i publiczności na miejscu te wsady dzieją się w mgnieniu oka. Niektóre aspekty są nie do wychwycenia bez powtórek czy obrazów z różnych kamer. Do konkursów trzeba wybierać takie wsady, by wywołać efekt „wow” u sędziów i poderwać kibiców z miejsc, co nie musi oznaczać, że ten wsad zachwyci innych dunkerów.
A Twój popisowy wsad, z którego jesteś najbardziej dumny to...
„Double up honey dip”, czyli przełożenie piłki pod nogą nad stojącą osobą z zawiśnięciem na łokciu. Pięć lat temu ten wsad zwrócił moja uwagę, jeden z rywali próbował go wykonać na zawodach i mnie zainspirował. To jest naprawdę coś. Pierwszy raz wykonałem go publicznie podczas pokazów w 2022 roku. W zeszłym roku na mistrzostwach świata 3x3 sięgnąłem po niego w dogrywce. To dość trudny technicznie wsad - samo przeskoczenie osoby i przełożenie piłki pod nogą wykonuje wiele osób, ale włożenie łokcia do obręczy wymaga innej szybkości i innego wyskoku. Mi często lewa ręka z automatu idzie za siatkę, by zabezpieczyć łokieć, bo przy minimalnym nawet błędzie nie trudno o kontuzję.
Widziałem na Twoim Instagramie, że skaczesz również nad osobami, nawet gwiazdami NBA. Masz swoich ulubionych graczy, drużyny? Czyjeś wsady z meczów robią na Tobie wrażenie?
Już wspomniałem o NBA, to zdecydowanie Kobe Bryant. Oczywiście są to wyjątkowe okoliczności, w których mam okazję na kontakt z np. koszykarzem NBA - to niesamowite, czasami wciąż ciężko mi uwierzyć, że zbijam piątkę po wsadzie nad np. Donavanem Mitchellem. Z nim akurat to ciekawa historia, wyobraź sobie, że założyliśmy się o chyba milion dolarów, że nic mu się nie stanie. Wiadomo, takie osoby mają kontrakty i ich zdrowie jest pilnie strzeżone, także tutaj musiałem stawić czoła warunkom Mitchella. Wszystko wyszło super i zdjęcie, jak nad nim skaczę, obiegło świat. To są świetne chwile, dają kopa do dalszego działania.
Przy okazji konkursów poznajesz chyba nie tylko świat, ale i wiele osób?
Tak, to jest piękne. Robiąc to co kocham mogę podróżować, odkrywać nowe miejsca i poznać świetnych ludzi. To bardzo inspirujące. Bardzo mi miło, kiedy mogę zbić piątkę np. z graczem NBA, ale najbardziej cieszą mnie spotkania z kibicami, którzy czasami po moim występie dopiero zaczynają interesować się koszykówką. Pozdrawiam wszystkich moich fanów, którzy pewnie czytają ten wywiad – pamiętajcie, każdego dnia doceniam to, że jesteście ze mną i pamiętam o Was.
Publiczność reaguje naprawdę żywiołowo, a jak to jest między zawodnikami?
Przed zawodami panują fantastyczne relacje, ale im bliżej zawodów tym atmosfera robi się coraz bardziej napięta. Na boisku liczy się rywalizacja, chęć wykonania lepszego, wyżej punktowanego wsadu. Każdy chce być jak najlepszy, dać z siebie 100 procent, jest niesamowicie skupiony i skoncentrowany.
Wsady często pojawiają się przy okazji imprez koszykówki 3x3. Miałeś okazję być na polskiej edycji Red Bull Half Court. Jak wspominasz to wydarzenie?
Ucieszyłem się, że ta impreza zawitała do Polski. Turniej Red Bull Half Court to globalny projekt, mieliśmy pierwszą edycję, a drużyna z Polski dotarła do światowego finału - niesamowite! Przed nami finał edycji 2024 w Nowym Yorku, jestem bardzo ciekaw tej lokalizacji. Ja jeszcze nie byłem w USA, będą naprawdę szczęśliwy, kiedy w końcu tam polecę i uda mi się poskakać.