Odpowiednia ekipa - klucz do sukcesu!
© Piotr Drzastwa
Surfing

Polski Hat trick - czyli jak zaliczyć snowboard, surf i deskę w 24 godziny

Snowboard, surfing i deskorolka w 24 godziny. I to w Polsce! Czy to w ogóle możliwe? Zobacz zapowiedź filmu "Here N There" i poznaj kulisy szalonej akcji!
Autor: Maciej Świerz
Przeczytasz w 11 min

Zobacz zapowiedź produkcji i przeczytaj wywiad, żeby poznać kulisy akcji. Premiera filmu odbędzie się w CHAŁUPACH na Kampingu CH6, 16go lipca o 21:00

Maciej Świerz: Chłopaki. Obejrzałem trailer, moja głowa eksplodowała. Mówcie skąd wziął się pomysł na akcję.
Piotr Drzastwa: Sama idea pojawiła się w mojej głowie już dość dawno. Widziałem podobne nagrywki zrealizowane w Ameryce Południowej. Ekipa ziomali w ciągu jednego dnia zaliczała surfing i snowboard. Przez kilka lat zastanawiałem się, czy coś takiego dałoby się zrobić u nas. Wszystko jest dość skomplikowane, bo ten surfing u nas dopiero raczkuje, mnie ciągle nie ma w Polsce, a z warunkami, to jak wiadomo u nas w kraju różnie bywa.
No ale gdzieś tak sobie siedziałem pewnego dnia, sprawdzałem prognozę na dalszą część tygodnia i okazało się, że nad morzem ma wiać, a w górach ma spaść sporo świeżego śniegu. Zastanawiałem się czy jechać popływać czy polecieć na snowboard i wtedy przypomniało mi się o tej całej akcji. Pomyślałem, że może warto spróbować. Złapałem za telefon i zadzwoniłem do Rogera. Przewinąłem mu temat, a on stwierdził, że musi się nad tym chwilę zastanowić. To był poniedziałek i następnego dnia dostałem informacje, że możemy działać.
Zebraliśmy ekipę. Nie mieliśmy napinki na to, żeby robić z całej akcji jakiś konkretny materiał. Chodziło nam bardziej o samą zajawkę i zrobienie czegoś fajnego. Bardzo rzadko zdarzają się w Polsce warunki, które umożliwiają pływanie na surfie i jazdę na snowboardzie jednego dnia, a jak się później okazało, do tego wszystkiego dorzuciliśmy jeszcze deskorolkę.
Roger Wanke: Całą akcję mieliśmy przeprowadzić w czwartek, ale totalnie się nam to nie spinało. Ostatecznie przemyśleliśmy wszystko i przerzuciliśmy atak na piątek, co dało nam dodatkowy dzień na skompletowanie ekipy i ogarnięcie całej logistyki.
Zaczęliśmy powoli łączyć wszystkie kropki i rozkminiać jak to wszystko zorganizować. Dwa dni to nie za dużo czasu na tego typu tematy, ale więcej po prostu nie mieliśmy. Taka sytuacja zdarza się bardzo rzadko, a całą akcję da się zrealizować tylko w kwietniu. W innych miesiącach dzień jest zdecydowanie za krótki. Nikt o tym nie myśli, bo też mało kto zastanawia się, czy w jeden dzień można pojeździć na snowboardzie, przejechać z gór nad morze i zaliczyć jeszcze sesje na surfie. Takich tematów się po prostu nie rozkminia. (śmiech) Nie da się powiedzieć: "a dobra spróbujemy za dwa tygodnie, albo kiedyś tam". Taka sytuacja zdarza się raz na parę lat i bardzo wiele czynników musi się poskładać, by ostatecznie udało się to wszystko ogarnąć.
Zbieranie ekipy na taką akcję, to pewnie nie najprostsza sprawa.
Ekipa w drodze nad może Here N There
W takich akcjach, najtrudniejsza jest zawsze logistyka
Roger Wanke: Zanim Piotrek do mnie zadzwonił, miał już dogranego Kubę Kuzię. Dla mnie to była mega istotna informacja, bo wiadomo jak ten nasz polski surfing wygląda. Jeśli już mamy rzucać się na taką akcję to zdecydowanie potrzebny jest taki ktoś jak Kuba. Ktoś kto złapie każdą falę i poradzi sobie w każdych warunkach. Mieliśmy więc jednego ziomeczka, który wykaże się na surfie i nas dwóch. W ciągu 48 godzin musieliśmy skompletować resztę ekipy, która nie mogła być przypadkowa. To musieli być pewni ludzie, którzy wiedzą na czym polegają takie akcje.
Muszę tutaj od razu wspomnieć o naszej ekipie, bo zrobiła niesamowitą robotę. Nikt nie zadawał pytań, nikt się nie zastanawiał. Cały team zebrał się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i zrobił wszystko co się dało, żeby cała akcja doszła do skutku. Naszą misję realizowali z nami: Kuba Wolak, Kuba Kuzia, Mateusz Zielonka, Janek Korycki, Filip Wilczyński, Maciek Misztal i Szymon Rzankowski.
Ostatecznie wszyscy zaczęli się zjeżdżać na miejsce już w czwartek wieczorem. Nie skłamiemy, jeśli powiem, że ekipa dojeżdżała z całej polski, bo dokładnie tak było. Piotrek jechał z Warszawy, ja jechałem z Karkonoszy, ktoś jechał z pod Lubania, ktoś z Bielska - ruszaliśmy z najróżniejszych miejscówek. W Tarnowskich Górach mieliśmy taki pierwszy meeting point, z którego lecieliśmy już do Bukowiny. Na miejscu mieliśmy dogranego Kubę Wolaka, czyli naszego górskiego wyjadacza, który dołączył do naszego projektu. Startowaliśmy o różnych godzinach i ostatecznie cały skład pojawił się na miejscu już w piątek 30 minut po północy. W ten sam piątek wstawaliśmy o 3:30, żeby zacząć całą akcję, więc jak łatwo się domyślić, było naprawdę grubo.
Gdy Kuba dostał ode mnie telefon i dowiedział się że jednak nie będziemy o 20, tylko bardziej o 24, nie był zbyt zadowolony, ale co miał zrobić. Wiedział, że taka okazja zdarza się raz na kilka lat, więc zabrał się za ogarnięcie całego wyjścia w góry i pokierował całą ekipą.
Piotrek: Ja tylko muszę jeszcze powiedzieć o “Zielonym”, który jechał do nas z Wrocławia, przez Bydgoszcz i później jeszcze raz przez Wrocław. On natrzaskał chyba najgrubszy kilometraż z całej ekipy. (śmiech)
Okej. Mamy piątek, godzinę 3:30 rano. Jak dalej rozwijała się wasza akcja?
Wyjście w góry
Wszystko zaczęło się o 3:30 nad ranem
Piotrek: Cofnę się jeszcze na moment do godziny 24:00. Zanim poszliśmy w góry zrobiliśmy sobie taką godzinną odprawę i zaplanowaliśmy co się będzie działo w górach. Wiedzieliśmy, że jest bardzo trudny warun lawinowy, więc musieliśmy działać mądrze i nie narażać się na zbędne ryzyko. Bardzo ważna była też kwestia łatwej dostępności miejscówki. Cała akcja musiała przebiegać mega sprawnie, bo przecież mieliśmy się wyrobić, na wieczorny surfing nad morzem. Gdyby cokolwiek poszło nie tak, stracilibyśmy szansę na ogarnięcie całej misji. Na szczęście nasz lokales zabrał nas w kozacką miejscówkę, na którą dostaliśmy się dosłownie w mgnieniu oka...
Roger: I wszystko szło całkiem sprawnie. Pojeździliśmy w wymagających warunkach, ale trzymaliśmy się linii lasu, żeby nie narażać się na niebezpieczeństwo związane z lawinami. Gdy czas zaczął się kurczyć, daliśmy sygnał do odwrotu i wdrożyliśmy w życie kolejny etap naszego planu.
Żeby wyrobić się z wszystkim tak jak zaplanowaliśmy, postawiliśmy sobie jeden deadline - wyjechać z Zakopanego nie później niż o 9:30. Oczywiście ruszyliśmy o 10:00 więc byliśmy już delikatnie zdenerwowani, ale stwierdziliśmy, że nie odpuścimy i lecimy dalej.
Piotrek: Nawigacja pokazywała nam, że na miejscu będziemy o 19:00, a zachód słońca wypadał wtedy około 19:50. Do pokonania mieliśmy trasę z jednego krańca Polski na drugi. Po drodze musieliśmy przejechać kilka dużych miast, więc wiedzieliśmy, że prędzej czy później wpakujemy się w korki lub jakieś godziny szczytu. Ekipa musiała też zaliczać drobne postoje, więc te 9 godzin, które mieliśmy na nawigacji, były dla nas sztywnym wyznacznikiem, od którego zależało powodzenie całej misji.
Zmotywowani i lekko zdenerwowani ruszyliśmy. Ograniczyliśmy postoje na sikanie do minimum i jechaliśmy ile fabryka dała. Wiedzieliśmy, że gdy pojawimy się na miejscu, po 19:00 zostanie nam jakieś 50 minut na ogarnięcie akcji z surfingiem, zanim zrobi się całkiem ciemno. Gdybyśmy ruszyli jakieś 30 minut później, prawdopodobnie zawrócilibyśmy w połowie drogi...
Trochę boję się zapytać, ale powiedzcie. Jak wyglądała wycieczka z jednego końca Polski na drugi, z ekipą szalonych freestyle’owców w wesołym busie?
Dwie godziny snu, szybkie wyjście w góry, podróż busem i atak na surfa!
Dwie godziny snu, szybkie wyjście w góry, podróż busem i atak na surfa!
Piotrek: Na początku musieliśmy się rozdzielić, bo mieliśmy dużego busa i dodatkową osobówkę. Ponieważ czasu nie mieliśmy w zasadzie na nic, to część ekipy przepakowała sprzęt w Bukowinie, a reszta w busie, ruszyła już w trasę. Mieliśmy się spotkać w drodze.
Roger: Oczywiście od razu wprowadziliśmy system zmianowy. Każdy członek ekipy musiał chociaż chwilę przespać się po tym intensywnym czwartku. Wyjście w góry, dało nam mocno w kość, bo trwało dłużej niż sam sen. Wychodziliśmy na szczyt w splitach trzy i pół godziny, a spaliśmy pewnie półtorej, może dwie. Każdy chciał jeszcze zaliczyć surfa, więc dobrze było się chociaż na chwilę zrelaksować.
Rzecz jasna o spokoju w busie nie było mowy. Wjazdy energii, zjazdy energii, głupie żarty - te 9 godzin dłużyło się tak, jakbyśmy byli ze sobą już ze trzy doby. Napięcie cały czas rosło. Tu jakiś korek, tu roboty drogowe, wypadek, cały czas balansowaliśmy na marginesie błędu. Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce i okazało się, że się wyrobimy, znów dostaliśmy dodatkowy zastrzyk energii.
Gdybyśmy dojechali na miejsce i wypadli prosto na plażę, byłoby zdecydowanie za łatwo. Większość ekipy nie miała skompletowanego sprzętu - brakowało nam deski, butów neoprenowych, kilku par rękawiczek na ten zimny warun, więc jadąc na miejsce cały czas byliśmy w kontakcie z naszymi kumplami z nad morza, którzy uzupełniali nasze braki w asortymencie i ogarniali nam wszystko czego potrzebowaliśmy. Dostawaliśmy info z pierwszej ręki o warunkach i o tym co dzieje się nad morzem, a gdy tylko pojawiliśmy się we Władysławowie, zgarnęliśmy fanty z innego busa zaparkowanego na parkingu i ruszyliśmy na spot.
Udało się.
Roger: Ale to wszystko, to jest jeszcze nic! W trakcie samej podróży cały czas pojawiały się pytania - gdzie śpimy, jak śpimy, jak w ogóle ogarniemy powrót do domu i kiedy planujemy wrócić.
Piotrek: Tego prawdę mówiąc już nie było w naszym planie. (śmiech)
Roger: My z Piotrkiem ciągle odbijaliśmy te pytania i przekładaliśmy je na później. No bo przecież, żeby martwić się o powrót, to trzeba jednak najpierw dojechać na miejsce. (śmiech)
Piotrek: Najważniejsze było dla nas zrealizowanie tego projektu, a cała reszta mogła poczekać. To jest w ogóle mega zabawna historia, bo na miejsce jechaliśmy dwoma samochodami, a doskonale wiedzieliśmy, że będziemy musieli wrócić jednym. Było za dużo ludzi, żeby spakować się do fury, więc mieliśmy jakieś drobne zagwozdki logistyczne do rozwiązania. Spaniem w ogóle się nie przejmowaliśmy, bo to przecież mogło poczekać.
Na szczęście na miejscu pojawiła się ekipa z Undy, która podrzuciła nam na spot trochę sprzętu. Chłopaki pomogli nam z zaopatrzeniem, a po wszystkim, rozwiązali jeden z naszych problemów i ogarnęli nam spanie.
Roger: Wracając jeszcze do naszego lądowania na plaży... My z Piotrkiem niestety nie popływaliśmy, bo ktoś to wszystko musiał udokumentować. W przyszłym roku musimy to powtórzyć i tym razem my będziemy surfować. (śmiech)
Piotrek: Tak zdecydowanie!
Roger: Wszyscy byliśmy zmęczeni, ale zachwyceni - jak dzieci, które pierwszy raz zabierają się za nową zajawkę. Ekipa spędziła w wodzie ponad godzinę i wyszła z morza jak było już totalnie ciemno. Tego słońca to i tak prawie nie widzieliśmy, ale poziom euforii był nie do opisania. Kuba Kuzia to w ogóle walczył do samego końca, ale to jest przecież jego żywioł.
Kuba Kuzia w akcji
Kuba Kuzia w akcji!
Piotrek: Tak on pływał nawet po ciemku. (śmiech)
Roger: Jak już wyszliśmy z plaży i spotkaliśmy się całą ekipą na parkingu, zaczęliśmy zbijać piątki i cieszyć się, że udało nam się zrealizować tą szaloną akcję. Pojawiły się pierwsze pytania o powrót, ale wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że najpierw trzeba zjeść, bo w ciągu dnia, trochę o tym zapomnieliśmy.
Oczywiście niczego nie zjedliśmy, bo wszystko było już zamknięte, a zostało nam jeszcze dogranie segmentu skate. Na szczęście wiedzieliśmy, że to już tylko formalność. Skoczyliśmy na skatepark we Władku i chwilę pochilowaliśmy na miejscu. Deskorolkowa część naszej ekipy odpaliła tam kilka kozackich numerów i cała akcja zaczynała powoli dobiegać do końca.
Zaliczyliśmy jeszcze szybką sesyjkę na quaterze, a reszta to już historia. Zapraszamy na film!
Ekipa Here N There na deskorolce
Wieczorna sesja na desce i mamy Hat tricka!
A kiedy Ty ostatni raz przeżyłeś tak intensywne 24 godziny? Kiedy zdarzyło Ci się wstać o 3 rano i po dwóch godzinach snu zaatakować góry? Kiedy ostatni raz zamknąłeś laptopa, rzuciłeś w kąt telefon i ruszyłeś nad morze popływać trochę z ekipą ziomków? Kiedy zaliczyłeś sesję na skateparku w środku nocy? Czas złośliwego wirusa dobiegł końca. Teraz nie masz już żadnych wymówek. Zbieraj ekipę, szykuj plan i bierz się za organizację kolejnej epickiej przygody! Pamiętaj, że jakiekolwiek ograniczenia, istnieją tylko w Twojej głowie.