Kingdom Come: Deliverance

Raport z premiery Kingdom Come: Deliverance

© Warhorse Studios

Dawniej “czeski film”, dzisiaj “czeska gra”?

“Dungeons & NO Dragons”. Z tym niezwykle chwytliwym – a przy okazji zgrabnie nawiązującym do “Lochów i Smoków” znanych i lubianych w środowisku papierowych RPGów – hasłem na ustach, deweloperzy z Warhorse Studios rozpalili umysły graczy na całym świecie już w 2013 roku. No bo jakże to tak – ma wyjść epicka gra, ale z założenia bez mitycznych przeciwników, magii i innych udziwniaczy, które tak pokochaliśmy w erpegach?! Szybko (bo już rok później) okazało się, że zapotrzebowanie na tego typu produkcje jest, a nisza jest przeogromna – zakończoną z sukcesem kampanię crowdfundingową wsparło ponad 35 tysięcy ludzi, a budżet deweloperski zwiększył się o ponad 1,1 miliona funtów. I jak wyszło? W skrócie można powiedzieć o Kingdom Come: Deliverance, że jest jak wybornie przyrządzona przepiórka w sosie szafranowym – nie każdy jednak przepada za szafranem. A co jeśli szafran w dodatku nie jest szafranem, tylko… startą marchewką?

Kingdom Come: Deliverance
Kingdom Come: Deliverance

Warto na samym wstępie nadmienić, że gra po premierze nie zbiera pochlebnych opinii recenzenckich – wśród głównych bolączek tytułu wymieniane są między innymi ogromne spadki FPSów (nawet na najmocniejszych maszynach gra dławi się, a liczba klatek spada potrafi spaść do dwudziestu na sekundę), błędów dotyczących AI bohaterów i fizyki obiektów, bugujących się i niedoczytujących w odpowiednim momencie tekstur. I muszę przyznać, że na większość z tych błędów sam natknąłem się w czasie przemierzania czeskiej Bohemii – wirtualnie odwzorowanej krainy, w której toczy się akcja gry.

Gdy tylko zagryzie się wargi i spędzi nad tytułem parę godzin, to wchłonąć można na wiele godzin. I jest co w produkcji Czechów z Warhorse zachwalać, zdecydowanie!

W Kingdom Come: Deliverance – co nie mogło umknąć nie tylko recenzentom, ale i graczom używającym już sobie w internetowych komentarzach – istnieją błędy uniemożliwiające dalszą grę i wymuszające wczytanie poprzedniego stanu gry. Ja dla przykładu zeskoczyłem z olbrzymiej wysokości łamiąc przy tym nogi i wywołując śmiertelne krwawienie. Pech chciał, że nie mogłem się opatrzyć, gdyż… wskoczyłem w miejsce, dla którego przewidziano cut-scenkę, a tuż po niej turniej strzelecki (bez możliwości wkroczenia do menu z ekwipunkiem). Zanim turniej się skończył, zdążyło się protagoniście zemrzeć. W połączeniu z kulawym systemem sejwowania gry – postępy w rozgrywce są bowiem zapisywane wyłącznie, gdy śpimy w łóżku należącym do nas lub przez nas wynajmowanym, albo przy pomocy specjalnych napojów, tzw. “Zbawiennych Sznapsów” – zakończyło się na konieczności powtarzania całej sekwencji, której przejście trwało… 1,5 godziny. Niedopuszczalne, prawda?

Kingdom Come: Deliverance
Kingdom Come: Deliverance

“Festiwal błędów”, o którym czytamy w jednej z zagranicznych recenzji, wesoło rozbrzmiewa również przy wyborze poziomu jakości grafiki, która – niezależnie od wybranych ustawień – uwielbia płatać figle. Jednym razem zdarzało się, że gra na minimalnych ustawieniach graficznych dławiła się (licznik FPSów wskazywał 22-24 klatki na sekundę), ale przy ustawieniach ultra osiągała stabilne 40 kl/s – innym razem natomiast odwrotnie.

Kolejnym – bolesnym jednak w wersji polskojęzycznej – elementem produkcji jest rodzima lokalizacja. Mam ogromne wrażenie, że tłumacze poszli na łatwiznę i skorzystali z googlowskiego translatora, dopieszczając jedynie przekonwertowane z angielskiego zwroty i wyrażenia – do tego stopnia, że prawdziwego tłumaczenia czasem należy się domyśleć ze słuchu (lub kontekstu sytuacji). Błędów jest – przynajmniej w momencie pisania tych słów – olbrzymia wręcz ilość, a niektórzy w swych recenzjach stwierdzają wprost, że gra została wydana w stanie nieakceptowalnym przez klienta.

Kingdom Come: Deliverance
Kingdom Come: Deliverance

Niemniej jednak należy w moim odczuciu spojrzeć na powyższe problemy przez palce – bo, gdy tylko zagryzie się wargi i spędzi nad tytułem parę godzin, to wchłonąć można na wiele godzin. I jest co w produkcji Czechów z Warhorse zachwalać, zdecydowanie! Pierwszym z brzegu argumentem na poparcie mojego zauroczenia Kingdom Come: Deliverance jest obłędna grafika – niemalże w każdej recenzji branżowej aspekt wizualny wynoszony jest na piedestał. Oświetlenie, roślinność, detale na elementach otoczenia (takich jak chociażby sztandary powiewające na wietrze), odzieży, czy przedmiotach codziennego użytku – w tak przedstawionym świecie można się po prostu rozkochać, a obłędności szaty graficznej towarzyszy fantastycznie skomponowana, wzorowana na epoce ścieżka audio.

W ogóle wzorowanie się na epoce jest punktem honorowym devów z czeskiego studia, którzy przenieśli na ekrany monitorów fragment czeskiej historii – fabuła wsparta jest bardzo mocno na wydarzeniach, które u naszych południowych sąsiadów miały naprawdę miejsce w przeszłości. Opiewać peanami można również unikalny system starć w zwarciu przypominający troszkę “kierunkowe ataki” znane fanom Mount & Blade – można bowiem wykonywać uniki, kontry, a także kierować atak z pięciu różnych stron (plus pchnięcia), łączyć ciosy w kombinacje i uczyć się nowych technik, parować natarcia nieprzyjaciela. Wszystko to oczywiście jest trudne do wyuczenia się – nawet twórcy na pokazach mieli czasem problem z okiełznaniem tego systemu – przez co jednak każdy dobrze wykonany cios jest niezwykle satysfakcjonujący. W Kingdom Come: Deliverance nie biega się cały czas z mieczem na wierzchu, dlatego każda potyczka przyjmuje rangę “wydarzenia” – czegoś, na co się cały czas czeka.

Kingdom Come: Deliverance
Kingdom Come: Deliverance

Nie będzie wytartym frazesem stwierdzenie, że “wszystko w tej grze jest rozbudowane”. I nie chodzi tu wcale o budowle średniowiecznych katedr (których monstrualizm rzeczywiście robi wrażenie), ale zaimplementowane do gry systemy. Przykładem może być retoryka, która pozwala na przekonywanie rozmówców do własnych racji nie tylko przy pomocy siły, ale i umiejętności krasomówczych, czy ogólnego wrażenia wywoływanego na interlokutorze. Pomyślność dyskusji zależy więc nie tylko od wyboru “dobrej” lub “złej” odpowiedzi, ale i jakości naszego ubrania, jego stanu (może być np. rozprute, co obniża nasze statystyki), dodatków (jak chociażby pierścienie, czy inne wisiory) wskazujących na wysoko postawioną pozycję społeczną, a nawet to czy jesteśmy czyści, a nasze uzbrojenie nie nosi (lub właśnie przeciwnie) śladów czyjejś krwi. Istna rzeźnia statystyczna i chociaż nie działa to w stu procentach prawidłowo, to i tak jest to bardzo ciekawy patent dla całości rozgrywki.

Warto też zwrócić uwagę na zachowanie NPC, którzy – pomimo wielu błędów z algorytmami – zaprogramowani są w sposób imitujący “prawdziwy świat” – nie jest to średniowieczne miasto duchów z wklejonymi, bezpłciowymi postaciami. Kilka razy zdarzyło mi się bowiem, że wtargnąwszy nocą do chaty jednego z mieszczan, zostałem… leniwie poproszony o wyjście i nieprzeszkadzanie w drzemce – zamiast tego mógł przecież z automatu wstać i potraktować mnie mieczem, jak to w innych RPGach się nagminnie zdarza.

Kingdom Come: Deliverance jest olbrzymim – i należy zaznaczyć, że dziewiczym – projektem studia Warhorse. I można tu narzekać na wszystko, począwszy od bugów i glitchy, nierzadko głupkowatego AI i problemów z optymalizacją – i we wszystkim ma się rację, bo developerzy tej kwestii nie dopieścili. Liczę jednak na szereg poprawek i produkt, który w przyszłości może być doskonałą grą do przejścia – szczególnie, że moderzy zapowiedzieli swoje trzy grosze, planując przenieść KC:D w uniwersum Gry o Tron. I tego życzę nie tylko moderom, czy graczom, ale przede wszystkim sobie.

O autorze: Michał "Pajdos" Pajda studiuje reżyserię filmową w krakowskiej AMA Film Academy oraz dziennikarstwo i komunikację społeczną na Uniwersytecie Śląskim. Współpracuje z wieloma czołowymi portalami branży growej w Polsce – poza tym prowadzi YouYube'owy kanał let's play'owy.