Gedz
© Multi
Muzyka

Producenci rządzą!

Które płyty (około)hiphopowe okazały się najlepsze w ostatnich latach? Oczywiście, że instrumentalne! 2018 rok już zdążył dobitnie pokazać, że na tej scenie to producenci rządzą.
Autor: Marcin Flint
Przeczytasz w 11 minPublished on
Jakiś czas temu opublikowaliśmy już tekst poświęconym kanonowi polskiemu abstract hip-hopu, teraz pora zobaczyć jaki plon zbieramy po ziarnie zasianym przez świetnych, wymykających się szufladkom producentom. Jest tu miejsce na klasyczny hip-hop, trap, cloud, narkotyczny ambient, chillout... co się tylko zamarzy! Do pięciu tegorocznych pozycji dorzucamy perły z dwóch ostatnich lat. W selekcji pomagają sami producenci, pewien zdolny raper/producent oraz admin profilu dbającego o hiphopową edukację i przybliżanie twórców będących dalej od świecznika.

Plash „Out of line” (2018)

Plash był przed laty DJ-em Przeplachem znanym ze Stylowej Spółki Społem, najbardziej staroszkolnej na scenie i wiernej czteroelementowej (składającej się z breakdance’u, graffiti, rapy i DJ-ingu) wizji hip-hopu ekipie. Dużo było w tym beztroski i radości, ale „Out of line” jest dziś inne, antysystemowe. Numery mają swój ciężar, dla fanów rapu głównego nurtu mogą uchodzić za zamulone i napastliwe zarazem, bo przez głośniki wręcz przetaczają się, nie przelatują (nie licząc może śpiewanego numeru z Malevem). O albumach instrumentalnych (tutaj lekkie oszustwo, bo jednak cztery numery mają wokalnych gości) często mówi się, że brzmią kosmicznie i o tym też można, choć to kosmos z „Expanse”, nie ze „Strażników Galaktyki”. Ani wokale (zmęczony, stonowany flow Hubbsa kontrastuje z żywiołową E-Turn i zaangażowanym raggamuffin Jamalskiego), ani cuty z gramofonów nie są tylko po to, żeby fajnie brzmiały. Mówią o kontroli, praniu mózgu, świadomości, wojnie na zewnątrz, rządowych kłamstwach i prawdzie niesionej przez rap. Plash wycina wersy w randze manifestów i powtarza je, żeby zostały w głowie. „Nie robię z siebie wielkiego buntownika, który totalnie olewa system, bo całkowicie nie da się go olać, ale można mieć otwartą głowę i swoje spojrzenie na świat, jak i wartości, których nikt ci nie zabierze. Dlatego pozostaję poza linią, którą wyznacza nam władza i społeczeństwo. To moje życie” – mówił sam zainteresowany Misztalowi z Dustyroom.pl. Warto je poznać.

Minoo „Bangers must die!” (2018)

Minoo: Podczas tworzenia tej płyty dałem upust swoim elektronicznym zajawkom. W miejsce raperów, którzy pojawiali się w poprzednich wydawnictwach, wstawiłem syntezatory. Starałem się przy tym nie wpaść w maszynową bezduszność. Dlatego nie zrezygnowałem z samplingu, czy też przewijających się przez utwory melodii. Całość to trochę muzyczna odpowiedź na pytanie: co u ciebie?. Starałem się opowiedzieć po swojemu, trochę nie wprost. Moim celem nie było wygenerowanie serii bangerów w odniesieniu do tytułu albumu, lecz pokazanie tego, co w danym czasie mnie kręci.

ΤΞ₭ƎИ |Take Apart” (2018)

Tak jak Quebonafide wyruszył na „Egzotyce” w podróż po krajach, przyglądając się im od środka, tak płyta gorzowskiego producenta ΤΞ₭ƎИa, współpracownika Que, była zapowiadana jako podróż po „11 różnych światach”. „Take Apart” rzeczywiście umie zabrać daleko, jest huśtawką brzmień i nastrojów, niby zaskakującą mnóstwem przejść, ale pozwalającą na relaks. W skład „Ŧoɍeveɍ Ʀide” wchodzą piskliwe dżingle, robotyczne, dubstepowe wstawki, naciekający bas w połączeniu ze słodkimi, kilkudźwiękowymi motywami. Następne „Warm uƿ” przynosi dla odmiany lekkość, jasność i przestrzeń, zabawy wokalnym samplem w czym jest zupełnie sielskie, przynajmniej dopóki ΤΞ₭ƎИ się nie znudzi, nie złamie mocniej rytmu i nie warknie synthem. Gra kontrastów to częsta zabawa – przechodząc z „Blvcksoul” do „L i f e”, czujemy się jakbyśmy wprost z siarkowego bagna wczołgiwali się pod tropikalny wodospad, bywa zresztą, że i pojedynczy utwór jest niezłą sinusoidą (stworzone z Nocnym „Butterfly”). Choć to równa, dobra płyta, mam na „Take Apart” faworytów – numer „Expanse”, który kilka lat temu mógłvt się znaleźć na stronie B singla Kixnare'a i gęsty, wolny „Nightmare", w którym rockowy wokal obudowują zimne syntezatory.

Zone „Minimalizm” (2018)

Inspiracje? Lord Finesse, Pete Rock, DJ Spinna i Hi-Tek. Sprzęt? Akai MPC 2000, Emu Emax, Akai S950. Miasto? Częstochowa, jak DJ Haem, Sensi, Tytson i Centrum Stona. Label? Queen Size Records, jak Metro i Graf Cratedigger. Na facebooku żadnych słodkich zdjęć, w opisie krótkie „hiphop producer”, pod płytą w sklepie zero PR-owej notki, po prostu snippet z Soundclouda. Łącząc te kropki raczej wiadomo, że Zone dostarcza „prawdziwy hip-hop” i vibe jak kiedyś. I tak jest: matowe bębny, kleisty bas, winylowy szum, rozliczne repetycje, z wyczuciem i rozwagą wpuszczane z gramofonu sample. Bity gęsto usiane skreczami didżejów (Bulb, Pstyk, Ace, Slime), w których roi się od „fresh” i „real”. Lata 90 w pełnej, minimalistycznej okazałości.

Emapea „In the zone vol.1” (2018)

Oddychający pełną piersią boom-bap, który z miejsca chce się nazwać soczystym, przygotowany przez producenta brzmiącego jakby wychował się na Krzysztofie Komedzie i D.I.T.C. (choć tu już może bardziej Buckwild niż Lord Finesse). Słyszalna słabość do perlistych, deszczowych pianin i spójność większa niż na poprzednim krążku. O nim, jak i o jego autorze poniżej, opowie jeden z poproszonych o opinię ekspertów.

Emapea „Seeds, Roots & Fruits” (2016)

The Main Ingredient: Biały chłopak na japońskim systemie, produkujący czarną muzę, którą wydaje kalifornijski label Cold Busted specjalizujący się w instrumentalnym odłamie hip-hopu to pochodzący z Lublina producent Emapea. Na przestrzeni ostatnich kilku lat jest to nasz najlepszy „towar” eksportowy spod znaku polskiej myśli producenckiej. Z tym, że te produkcje nie przypominają niczego, co robi reszta rodzimych beatmakerów, operujących w obszarach klasycznego brzmienia. Przede wszystkim ich poziom jest światowy, o czym najlepiej może świadczyć fakt, że zainteresowanie materiałem było tak duże, że label z Cali był zmuszony kilkukrotnie dotłaczać „Seeds, Roots & Fruits” – debiut Polaka. Przeważającym gatunkiem, z jakiego czerpie Emapea jest jazz, który chwilami lubi przejść w acid jazz, a także zahaczyć o mroczniej brzmiący psychadelic hip-hop. Tylko po to, by po chwili wyciszenia rozbujać dwoma jamajskimi numerami i uderzyć funkową bombą. Produkcja niby klasyczna, ale brak tu utartych schematów znanych z dziesiątek innych beatów i na przestrzeni całego krążka dzieje się na tyle dużo, że nie sposób się nudzić. Zgranie ze sobą próbek pianina, bądź saksofonu, i położenie ich na melodycznych liniach dało hipnotyzujący efekt.

Liście „Liście” (2016)

Lu: Materiał powstawał etapami. Pierwszy to szkice, które kiedyś zrobiłem nie myśląc o ich przeznaczeniu. Czekały na swój moment i stały się fundamentem, na którym wyrosły Liście. Drugi to początek współpracy z Magierą: ustalenie zasad, jak i po co to robimy. Dogadaliśmy się w trzy minuty i to był najkrótszy etap. Kolejny to selekcja szkiców: „zajebiste – ch**owe – fajne – fajne, ale może innym razem – sztos!”. Bez sentymentów, chirurgiczne „tak” lub „nie”. Następny ruch należał do Magiery, który dogrywał swoje partie i odsyłał później do mnie. I to było inspirujące. Kiedy dostawałem od niego dźwięki, wchodziłem w numer na nowo. W ten sposób każdy utwór krążąc między nami wzrastał osiągając finalną wersję, ale zanim to nastąpiło mijały długie miesiące. Jednym z założeń był całkowity brak ciśnienia, pośpiechu i tego wszystkiego, co mogłoby zepsuć relacje dwóch typów, którzy po 15 latach chcą wrócić z nowym materiałem. Godząc się na takie warunki każdy cierpliwie czekał aż przyjdzie wena, aż wyjdzie słońce, aż będzie odpowiedni flow. Mówiąc krótko tworzyliśmy w zgodzie z prawami natury.

Bitamina „C” (2016)

Klarenz: Wydaje mi się, że największe wrażenie Bitamina może zrobić na osobie, która sama miała dłuższą lub krótszą przygodę z prawdziwym, bezpaczkowym „robieniem bitów”, a jeszcze lepiej kiedy ta osoba robiła to przy pomocy rozmaitych bitmaszyn. Wtedy jeszcze pełniej ujawnia się doskonałe wyczucie smaku i skillu. Na płycie o wdzięcznym tytule „C” znajdujemy świetnie wyważone proporcje. Wokale pojawiają się nieczęsto i są jakby kolejnym instrumentem w panoramie świetnie dopasowanych dźwięków. Słuchając tej płyty miałem wrażenie, że jest przemyślana i dojrzała, a z tego co wiem, jej twórcy nie mają jeszcze siwych włosów. Pojawia się też niejednokrotnie wzmacniający klimat smaczek, który zawsze bardzo mi się podobał, a jest już mało używany, czyli urywki ze starych polskich słuchowisk, dawkowanych z poczuciem humoru. Są też klimatyczne fragmenty wywiadów z ciekawymi cytatami z amerykańskich muzyków. Całość jest kojącą odskocznią muzyczną, idealną na spacer po mieście nocą. Słyszę też przenikającego całość zadymionego ducha J Dilli, co dla mnie jest dużym pozytywem. Reasumując – bardzo to smaczna mieszanka tego co lubię, w trzeszczących bitach z sercem i duszą.

Blossom „Where are you hiding?” (2017)

„Where are you hiding?” to – jak można wywnioskować z towarzyszącej jej informacji – płyta, która wzięła się z małych odkryć i sporo większej miłości (do żony i syna). Producent z Rybnika znalazł miejsce w labelu Project Mooncircle (patrz m.in. Arts The Beatdoctor i Robot Koch), grywał na ważnych festiwalach, a nawet doczekał się etykietki „polskiego Bonobo”. Opisywana płyta zdradza fantastyczną rękę do melodii i aranżacyjny kunszt. Bębny nie cierpią na anemię, zaś marzycielskie motywy przewodnie są nie lada urody, do tego w tej filmowej, naturalnie płynącej muzyce dzieje się tyle, że nigdy nie czuć braku wokalu. Krążek porywa od klekoczącego, otwierającego numeru, potem broni doktoratu z reżyserii nastroju, trochę zagęszcza perkusje i stawia kropkę nad i w żywym energicznym finale, tłukąc na przemian stopą i werblem, dążąc do harmonijnej kumulacji. Instant classic.

Gedz „Limitless808” (2017)

Gedz słusznie kojarzony jest jako ten, który wraz z Quebonafide pokazał najmłodszemu pokoleniu, jak nawijać. Ale potrafi też świetnie produkować. Jego „Limitless808” to festiwal drumrolli, slide'ów i sampli, gdzie znalazło się miejsce na trap, chillwave, EDM, ale i – co zaskakujące – brzmienia IDM („Random” z Robertem Dziedowiczem). Gospodarz bawi się strzępkami wokali, m.in. The-Dream i Maxa Romeo, zaprasza współpracowników („Fucked up” z ENZU rzeczywiście może zostawić serce w strzępkach), nie boi się ani patosu, ani ciepła i romantyzmu. Jego „Limitless80” nigdy przy tym nie wydaje się ćwiczeniem formalnym, bądź zbiorem szkiców, zawsze jest pełnoprawną muzyką. Przypomina o tym na koniec prowadzony po Noonowemu utwór „Alone” – ambientowa suita z tąpnięciami basu i odsładzającą, ostrą perkusją

Metro „Metroville” (2017)

Metro: Rzeczywiście ostatnie moje produkcje, to w większości muzyka instrumentalna, ale pamiętajmy, że zarówno na „Metroit City”, „Blunted Album” czy „Metroville” pojawiali się raperzy i didżeje. Artyści nie dominowali jednak całych projektów. Dlaczego zdecydowałem się na takie formy? Po pierwsze, po długich kilku latach współpracy z raperami trochę się zmęczyłem, a po drugie u każdego muzyka, nawet takiego amatora jak ja, pojawia się chęć rozwinięcia skrzydeł. Ileż można, k***a, zapętlać jeden patent przez 3-4 minuty? O ile na „Metroit” i „Blunted…” wszystkie produkcje były samplowane, a digging [grzebanie za próbkami – przyp. red.] zajmował mi sporo czasu, „Metroville” to już moc niemalże autorskich produkcji. Odkąd zafascynowały mnie wirtualne instrumenty, trochę się pozmieniało. Rzuciłem sample w kąt i zacząłem grać z łapy. Hiphopowa płyta instrumentalna to dziś moim zdaniem wyzwanie dla każdego producenta. Staram się grać tak, by główny temat każdego „jointa” się zmieniał, mieszam bębny, dodaję miliony kosmicznych dźwięków i to sprawia, że całość brzmi prze***biście, ale to wymaga czasu. Współpraca z raperem jest jednak łatwiejsza, zapętlasz bit, on zakłada łańcuch i po temacie. Choć, gdy zdejmiesz wokale z ostatniej płyty Proceenta, to dostaniesz naprawdę zróżnicowaną płytę instrumentalną. Podsumowując… Siedzisz kilka miesięcy nad 14-15 kompozycjami, tłoczysz, wydajesz i wiesz, że to album niszowy, że sukcesu komercyjnego nie osiągniesz. Dlatego… w grudniu wypuszczam nieinstrumentalne „Antidotum 3”.

1988 „Gruda” (2017)

„To o przystankach autobusowych, stacjach benzynowych, sklepach nocnych z alkoholem i innych nie-miejscach na polskich przedmieściach w chłodną, pustą noc w środku tygodnia” – pisał Piotr Kowalczyk dla Beehype, gdy „Gruda” znalazła się głosami dziennikarzy muzycznych w gronie najlepszych płyt 2017 roku. Dla mnie ten psychoaktywny, mroczny i oszczędny w środkach wyrazu materiał sprawdziłby się z kolei jako ścieżka dźwiękowa „Alienisty”, serialu dostępnego na Netfliksie i pokazującego stary, brudny, zdeprawowany Nowy Jork przesądów, nałogów i paranoi. Jest w tym klaustrofobia, zła energia i słysząc rytm bicia serca w „Synu”, albo duszące uderzenia basu w „Strobo”, rzeczywiście można się przestraszyć. Ale my lubimy tak się bać... 1988 (dawniej Etamski, dziś współtwórca duetu Syny) splata duby, lo-fi czy ambient hiphopową klamrą, będąc w swej twórczości o wiele bardziej komunikatywnym niż wcześniej. Mam nadzieję, że to nie będzie już dla nikogo żadna tajemnica.