Przygoński: Miarą sukcesu nie jest Wikipedia

© Orlen Team
Autor Tomek Dryła
Wywiad rzeka: Kuba opowiada o swoim największym sportowym triumfie.
W niedawno zakończonym Rajdzie Maroka Kuba Przygoński zapewnił sobie zwycięstwo w rajdowym Pucharze Świata 2018. Dokonał tego jako drugi Polak w historii i przed kolejnym startem w Dakarze wysłał rywalom jasny komunikat: „Przygon jest mocny!”. Zapraszamy na najświeższy wywiad z najlepszym rajdowcem cross – country tego sezonu. 
Kuba, jaki to był sezon?
Kuba Przygoński: Bardzo długi, pracowity, trochę dziwny i na pewno różnorodny. Zaczęliśmy od wizyty w Rosji, potem włóczyliśmy się po świecie, znów zaglądając m.in. do niezwykłego Kazachstanu, zaliczyliśmy oczywiście stałe pustynne punkty programu i skończyliśmy w Maroku. Wystartowałem w dziesięciu rundach, więc naprawdę nie było czasu na nudę, ciągle byliśmy z zespołem w ruchu.
Ok, to długość, pracowitość i różnorodność wyjaśniłeś. A czemu był dziwny?
Bo zaskakiwał. Wiesz, kiedy jedziesz w lutym do Rosji, to nie spodziewasz się tropików. I tak było – sezon zaczął się od mroźnego ścigania. Ale już w lipcu w Hiszpanii liczysz na piękną pogodę, prawda? A nas zlał tam deszcz! Nie sądziłem też, że półoś może iść w drzazgi z taką regularnością (śmiech). A tak właśnie było w Kazachstanie. Teraz się z tego śmieję, ale w trakcie sezonu bywało nerwowo.
Załoga Orlen Team w drodze po Puchar Świata
Załoga Orlen Team w drodze po Puchar Świata
Co cię ucieszyło w finałowym rajdzie?
Maroko to specyficzna impreza. Ostatnie tak poważne ściganie przed Dakarem co roku ściąga największe gwiazdy. Był Nasser Al-Attiyah, Cyril Derspres, Stephane Peterhansel, Carlos Sainz, czy Giniel de Villiers – same sławy! Potrafiliśmy z moim pilotem, Tomem Colsoulem, nie tylko trzymać ich tempo, ale pokonać większość z nich. To bardzo cieszy i dodaje pewności siebie. Minus 5 do poziomu baterii, ale plus 10 do satysfakcji!
To twój największy sukces w dotychczasowej karierze?
Na pewno. Na ten moment Puchar Świata FIA to najważniejsze wyróżnienie. Kosztowało mnie to mnóstwo pracy, zaangażowania, ale też stresu, niepewności i walki – nie tylko na oeasach. Start we wszystkich rundach to naprawdę ogromne przedsięwzięcie logistyczne i wielki wysiłek. Jestem bardzo szczęśliwy, bo przekonałem się, że taka harówka się opłaca. Świetne uczucie.
Zapytany o największy sukces, opowiadasz o pracy i zaangażowaniu. Jak w ogóle rozumiesz słowo „sukces” – jak mierzysz i klasyfikujesz swoje osiągnięcia? 
Dla mnie sukces to nie jest wpis w Wikipedii. Oczywiście, to jest bardzo ważne i fajnie gdzieś tam w internecie, czy encyklopedii przeczytać o swoich najlepszych wynikach. Ale w moim przypadku ważniejsze jest coś innego. Liczy się dla mnie praca włożona w dany projekt, to, czy zrealizowałem wszystkie jego założenia i jaki daje to ostatecznie rezultat. To jest istotne! Jeśli postawię sobie cel, zaangażuję się na 100%, zaplanuję przygotowania i zrealizuję założenia – czuję się spełniony. A jeśli to dodatkowo daje tak fantastyczne rezultaty, to czego chcieć więcej?! Sukces to złożony proces. I wiele zmiennych, które o nim decydują. Ważne, żeby nie mieć zastrzeżeń do siebie. Jeśli daję z siebie wszystko i wiem, że nie mogłem zrobić więcej – jest dobrze.
Tak było w tym roku?
Tak. Dziesięć razy stawałem na starcie i tyle samo razy meldowałem się na mecie. To podstawa. W dziewięciu ostatnich rajdach stawałem na podium, co z kolei świadczy o równym tempie i powtarzalnej jeździe. Szczególnie cieszy mnie to, że niezależnie od stawki, my z Tomem byliśmy zawsze w czołówce. Nieważne, czy na biwaku kogoś brakowało, czy – tak jak w Maroku – meldowali się wszyscy, my kręciliśmy się wokół TOP3.
Na jakie wspomnienie z tego sezonu buzia sama ci się uśmiecha?
Na Baja Poland! Wygrana na swoim terenie zawsze smakuje wyjątkowo. Zależało nam strasznie na pokazaniu mocy w swojej ojczyźnie i dopięliśmy swego. Drugie wspomnienie to Hiszpania, o której już wspomniałem. Ścigaliśmy się w deszczu, było bardzo mokro i ciężko. A my w tych warunkach na jednym etapie przeskoczyliśmy z 4. na 2. miejsce! Wciąż się uśmiecham na to wspomnienie (śmiech).
Przygoński na mecie w Maroku
Przygoński na mecie w Maroku
A kwasy?
Były, a jakże! (śmiech)
Słucham.
Zawsze podkreślam, że z każdego startu staram się wynosić jakąś lekcję, czegoś się nauczyć. Tak było w Kazachstanie. Auto miało być bezawaryjne, a ciągle się psuło. Non stop zmagaliśmy się z jakimiś awariami. Wymowy słowa „półoś” po pewnym czasie nauczył się nawet Tom (śmiech)! Naharowaliśmy się tam, ale takie rajdy też są potrzebne. Najważniejsze, że dotarliśmy na mecie – bez tego nie byłoby Pucharu Świata.
Prawie trzy miesiące zostały do Dakaru. Poleżysz do góry brzuchem chociaż trzy tygodnie?
W życiu! Przed wylotem do Ameryki Południowej do samochodu już prawdopodobnie nie wsiądę. Na pewno nie mam w planie żadnego startu. Ale to nie znaczy, że będę odpoczywał. Przeciwnie. Czeka mnie ciężki trening fizyczny. Bieganie pięć razy w tygodniu. Do tego siłownia, odpowiedni dieta, praca nad wytrzymałością i gibkością. Konsultacje techniczne z teamem, przygotowanie auta i wybór pewnych ustawień, no i logistyka Dakaru. Tak naprawdę, to myślę raczej o tym, jak to wszystko zaplanować, by wystarczyło mi czasu. Dakar już naprawdę blisko!