Muzyka

Najlepsze z „Egzotyki”, czyli cytujemy podróże Quebonafide

© Wojtek Koziara
„Podróż jest dla mnie najwyższą formą wolności” – mówi Quebonafide w dokumencie „Romantic Psycho Film”. Sprawdziliśmy, od czego to się wszystko zaczęło i... dokąd go zawiodło.
Autor Tomek Doksa
Poniższe fragmenty pochodzą z książki-wywiadu rzeki „Egzotyka”, w której Quebonafide opowiedział Kubie Stemplowskiemu o podróży przez 70 krajów. Książka, którą możesz kupić w sklepie QueQuality, opowiada o rodzeniu się podróżniczej pasji, jej dynamicznym rozwoju, aż po zapowiedź tego, co wydarzy się podczas wyprawy, uchwyconej w „Quebonafide: Romantic Psycho Film”.
Muzyka · 38 min
Quebonafide: Romantic Psycho Film

Tajlandia, tam wszystko się zaczęło

Quebonafide: W zestawieniu z Polską w Tajlandii przede wszystkim jest dużo więcej uśmiechu. Idealnie unaoczniła mi to sytuacja po powrocie, kiedy na stacji chcieliśmy zamówić hot dogi i spotkaliśmy się z wyjątkowo niemiłą kobietą. Mam wrażenie, ze w Tajlandii nawet jak się trzeba trochę pomartwić, to oni się uśmiechają do siebie. Tajowie jawią mi się też jako bardziej liberalni – ludzie sobie na więcej pozwalają, przymykają oko na wiele różnych rzeczy. Nawet jak po ulicach szwendały się pijane grupki ludzi, to nikt nie był agresywny, więc czułem się tam bezpiecznie. Myślę, że te pozytywne emocje pomogły mi też planować kolejne wyjazdy. Buddyzm i cała jego otoczka również zrobiły na mnie wrażenie. Ta religia ma w sobie dużo wartości, które mi się spodobały i na pewno na mnie wpłynęły – a są nimi: czerpanie radości z życia, etos pracy nad sobą, wiara w to, że wszystko zależy od ciebie, a Bóg żyje wewnątrz nas. Tak, Tajlandia to było pierwsze miejsce, które gdzieś w moim cerebro otworzyło szufladkę z apetytem na poznawanie świata.

Ten straszny Meksyk

Quebonafide: Podobno najlepiej pamięta się te miejsca czy okoliczności, którym towarzyszyły najsilniejsze uczucia. Tak można by powiedzieć o moim stosunku do Meksyku. Bałem się tam tylu rzeczy i tyle razy czułem się zagrożony, że przez to ten kraj odcisnął na mnie swoiste piętno. Nie lubię strachu – lubię panować nad sytuacją. W Meksyku nie było mi to dane i dlatego wciąż czułem się tam tak niepewnie. Całości dopełnił jeszcze lot do Polski. Nie miałem żadnych leków na uspokojenie, więc byłem w nie najlepszym stanie. Dolatujemy do kraju, a tu się okazuje, że trwa burza śnieżna. Dwa razy podchodziliśmy do lądowania. Pierwszy raz się nie udało, krążyliśmy z pół godziny i dopiero przy drugiej próbie pilot usiadł. Dodatkowo przede mną siedziało trzech starszych gości, którzy siali defetyzm. Ja przerażony, za oknem burza, samolotem buja, a oni: „no nie wyląduje, nie ma szans, rozbijemy się na pewno". Myślałem, że padnę na serducho. Koniec końców po wylądowaniu ucałowaliśmy ziemię jak Papież. Śmiesznie było za to, jak już wylądowaliśmy. Od razu graliśmy koncert i bardzo nam się spieszyło. To było gdzieś na prowincji, w dyskotece – zwykle nie gramy w takich miejscach, ale wtedy akurat się zdarzyło. Dojeżdżamy – a tam mnóstwo łysych gości, bandziorka. Człowiek się trochę spina w takich okolicznościach, my jednak po powrocie z Meksyku i tych wszystkich przeżyciach z bronią i tamtejszymi bandziorami, mieliśmy z chłopakami spory ubaw. Krótko mówiąc – wróciliśmy cało i właściwie każdy odetchnął z ulgą, że mamy to za sobą.

Sri Lanka, raj na ziemi

Quebonafide: Poza „Bollywood" (Indie) i „Szejkiem" (Dubaj), miał powstać jeszcze trzeci klip – „Raj na ziemi" ze Sri Lanki. To miało być spoiwo pomiędzy tymi dwoma pierwszymi o tym, że nieważne, czy masz dużo kasy, czy jesteś biedny, tak czy tak możesz mieć swoje wspaniałe miejsce na naszej planecie. Na Sri Lance nie udało nam się jednak nic nagrać. To były cztery szalone dni. Wylądowaliśmy tam i mieliśmy zamiar spotkać się z Wojtkiem Sokołem, który był wcześniej w Tajlandii i zgadaliśmy się, żeby się spotkać na dwa dni na Sri Lance. (…) Wrzuciłem na Instagram zdjęcie z opisem kierunku i odezwał się do nas ziomek z propozycją oprowadzenia. Okazało się, ze miał tam na miejscu coś w rodzaju biura podróży, więc było nam to na rękę – chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej w ciągu tych czterech dni. Uzgodniliśmy, że zgarnie nas rano, zaznaczając, że podróżujemy w siódemkę i potrzebujemy sporej fury. (...) Rano obudził nas klakson. Wychodzimy przed bungalow, a tam stoi rozklekotana, otwarta fura, nazwaliśmy ją kurnikiem na kółkach. Nie mogliśmy nim nawet wyjechać na autostradę, więc sto pięćdziesiąt kilometrów jechaliśmy mniej więcej dwanaście godzin. Mieliśmy się spotkać z Sokołem i Marysią. Chcieliśmy wrócić po nich do Colombo, jednak ciężko było się z nami skontaktować w tych lasach i ostatecznie skończyło się tak, że my dojechaliśmy do stolicy, a Wojtek pognał na jakąś plażę. (…) Nasz szalony kierowca, nazwijmy go na potrzeby historii Plackiem, strasznie nas zmęczył. Chcieliśmy się go pozbyć, ale jak usłyszał, że jedziemy do Sokoła, to nie dał nam żyć. Na szczęście ostatecznie mu podziękowaliśmy i mogliśmy spokojnie posiedzieć sobie we własnym gronie. (...) Sokół miał miejscówkę w ustronnej miejscowości, gdzie można było fajnie wypocząć. Piękne, czyste plaże, lasy. Kierunek iście wakacyjny. Odpoczęliśmy tam trochę, ale generalnie Sri Lankę wspominam intensywnie. Dojazd do Negombo, podróż kurnikiem, Placek, melanż, posiadówka z Sokołem. Mocne cztery dni.

Copa Brazylia

Quebonafide: Wracając ze Sri Lanki, wiedziałem, że kolejną destynacją będzie Brazylia – chciałem zrobić numer piłkarski. To był czas Copa America i później Mistrzostw Europy, generalnie dużo tematyki futbolowej. Postanowiłem zrobić swego rodzaju tribute dla Ronalda, który był dla mnie za dzieciaka jednym z ulubionych piłkarzy. Będąc juz na miejscu, poznaliśmy gościa, który podobno znał się z ojcem Ronalda. Próbowaliśmy przez niego, ja sam wysłałem mu wiadomość z zaproszeniem na klip, ale to człowiek o takiej skali rozpoznawalności, że trudno się z nim skontaktować. Ronaldo jest tam darzony przeogromnym szacunkiem – pochodzi z najbiedniejszych slumsów w Rio; jego rodzice podobno nie mieli pieniędzy nawet na to, żeby go zarejestrować po urodzeniu, a on doszedł do milionów. Taki uliczny supersen. (…)
Piłka otwiera tam dużo furtek. Ludzie są bardzo zorientowani na ten sport i dzięki futbolowi nawiązaliśmy wiele fajnych relacji. Komu byś nie podał piłki, z miejsca zaczynał nią żonglować, kopać, bawić się. Raz przechodziliśmy koło ledwo żywego dziadka, który naprawdę z trudem stał o jakiejś laseczce. Komuś odleciała piłka i spadła właśnie jemu pod nogi. Dziadek od razu odstawił laseczkę i zaczął żonglować piłką. Graliśmy w plażówkę, na tamtejszych „orlikach", na regularnych boiskach, po czterech na ulicznych placach, jak w FIFA Street. Bez butów, w butach – obojętne. Pod tym kątem był superklimat i poznaliśmy mnóstwo osób; z niektórymi do tej pory piszę. Pamiętam też mecz, który graliśmy chyba ze trzy godziny. Mieliśmy całkiem mocną ekipę, jeśli chodzi o poziom piłkarski, więc na początku szło nam nieźle Później, jak przeciwnicy zobaczyli, że coś potrafimy, zaczęli manewrować składem. Wciąż dochodził do nich ktoś nowy.
Już na lotnisku w Polsce spotkaliśmy Schoolboy'a Q, który wracał z Orange Warsaw Festiwal tym samym samolotem. Oczywiście był z jakimś wielkim ochroniarzem i akurat wcinał największy kawałek skrzydełka z KFC, więc niespecjalnie miał ochotę się spoufalać. Wtedy go w myślach przekląłem od buców. Jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, jak wielkim przekleństwem jest moment, w którym nie możesz spokojnie zjeść posiłku, bo ktoś ci podsuwa obiektyw przed twarz i prawie wpycha telefon do gardła. Posypuję głowę popiołem, Quincey, mogłem mieć więcej ogłady!

Islandia z zapartym tchem

Quebonafide: Co jakiś czas trochę zbaczaliśmy z trasy lub po prostu zatrzymywaliśmy się po drodze, kiedy zobaczyliśmy coś ciekawego. Zdarzyło nam się to kilka razy, bo czasami nawet co pięć-dziesięć minut jazdy pojawiały się takie scenerie, że nie sposób było ich nie podziwiać. Pierwszym z zaplanowanych punktów byt krater Kerio, a właściwie jezioro wulkaniczne wewnątrz krateru. To miejsce wyglądało jak po uderzeniu wielkiego meteorytu i dało nam przedsmak tego, jakie krajobrazy potrafi wyczarować natura. Następnie, po zobaczeniu kilku mniej uczęszczanych wodospadów, ruszyliśmy też nad słynny Gullfoss. Widok był wprost majestatyczny. Akurat trafiliśmy na taką porę, że był cały zaśnieżony i to naprawdę zapierało dech w piersiach. Na potrzeby klipu przeskoczyłem na część niedozwoloną dla zwiedzających. W Islandii jest tak, że to natura jest na pierwszym miejscu. Nie ma ogromnych barierek i ochroniarzy. Są tabliczki i subtelne odgrodzenie drucikiem. Jeśli decydujesz się zaryzykować starciem z żywiołem, robisz to na własną odpowiedzialność. Skoro już o zagrożeniach mowa, przejdźmy do czarnej plaży nieopodal miejscowości VIK, która była naszym celem podróży następnego dnia. Reynisfjara zaoferowała nam widok, jakiego dotąd nigdzie nie uświadczyliśmy: bazaltowe kolumny i czarny piasek, który powstał, kiedy gorąca lawa spływająca do lodowatego oceanu popękała na drobne kawałeczki. Sceneria w połączeniu z silnym zachmurzeniem i sztormem dawała iście apokaliptyczny efekt. I faktycznie, trzeba mieć się tam na baczności, bo niewinny pobyt na plaży może być tragiczny w skutkach. Fale w tym miejscu już niejednokrotnie zabrały turystów. Czasem wystarczy chwila nieuwagi, chwila ignorancji (inaczej: chwila na selfie), a czasem po prostu pech. Nam na szczęście nic się nie stało. (…) Islandia okazała się jednym z moich faworytów ze wszystkich wyjazdów.

Marokański spontan

Quebonafide: Z Maroko wyszło spontanicznie. Byliśmy z Solarem w Szwajcarii na koncercie i luźno rozmawialiśmy, żeby polecieć razem do Antananarywy, czyli stolicy Madagaskaru. Pewnej nocy oglądałem sobie w necie różne miejsca i bardzo przypadło mi do gustu Szafszawan – tak zwane „błękitne miasto". Akurat rozmawiałem z Solarem na Messengerze i wystałem mu zdjęcia z zapytaniem, jak to widzi. Odrzekł, że super temat i że możemy ruszyć. Chwilę później gadałem z Wac Toją i stwierdziliśmy, że jego także dokooptujemy do tego wyjazdu. Czysta improwizacja! Sam numer też tak powstał. Chłopcy napisali zwrotki przed wylotem, a ja swoją standardowo tworzyłem na miejscu. (…)
Największe wrażenie zrobiła na mnie Sahara. To drugie po lodowcach miejsce na świecie, gdzie poczułem najprawdziwszą swobodę i niezależność. Jadąc niewymuszonym tempem na wielbłądzie, pośród piasków pustyni, nie myślisz właściwie o niczym, jak tylko o tym, że wiatr i słońce koją zmysły, a ogarniający się bezmiar doskonale uwalnia umysł. (...)
Niebo z perspektywy Sahary robi ogromne wrażenie. To jedno z moich najwspanialszych wspomnień, coś, co warto sobie zachować w głowie na całe życie.

Król lew z RPA

Quebonafide: Bardzo nam zależało, żeby zobaczyć Iwa. iFani śmiał się z nas, że to nie wygląda jak w filmach, że one po prostu biegają sobie po okolicy. My się upieraliśmy, że Afryka to lew i nie ma innej możliwości, żebyśmy go nie zobaczyli. Nasz gospodarz zabrał nas zatem na safari do Parku Narodowego Krugera, na wschodzie kraju. Z powodu naszego napiętego grafiku mogliśmy tam zostać tylko jeden dzień, a na miejscu okazało się, że żeby dojechać tam, gdzie można spotkać lwy, trzeba by jeszcze jechać półtorej doby w jedną stronę. Odpuściliśmy zatem i koniec końców nie zobaczyliśmy króla dżungli. Widzieliśmy za to mnóstwo innych fajnych zwierząt. Najlepsze było to, że podpatrywałem je w ich środowisku naturalnym – ludzie nie wchodzą im w drogę, one żyją po swojemu i mają do swojej dyspozycji ogromną przestrzeń. Wizyta w tym parku wyleczyła mnie też raz na zawsze z chodzenia do zoo, bo układ „człowiek w zamknięciu obserwuje zwierzęta na wolności" wydaje się jedyny słuszny. Czuję jednak mały niedosyt, że byliśmy tam tak krótko i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tam wrócić i rozbić sobie namiot na trzy dni.

Degustacja na Bali

Quebonafide: Jak byliśmy w Nowej Zelandii, to stwierdziliśmy z Forestem, że tak nam się podoba zmienianie miejsc i tak długo jesteśmy już w tym cyklu podróżniczym, że nie mamy jeszcze ochoty wracać. Wybór padł na Bali. Później chcieliśmy jeszcze gdzieś polecieć, ale ta wyspa tak nas ukontentowała, że uznaliśmy to za idealne zakończenie podróży.
Raz, kiedy jechaliśmy skuterami, zwiedzając góry, trafiliśmy na wioskę, w której zaczepił nas miejscowy. Pokazał nam herbaciarnię i kawiarnię, za które odpowiadał. Przygotował nam placek bananowy i przyniósł dwanaście rodzajów kawy do degustacji. Oczywiście spróbowaliśmy wszystkich i zaczęło nas lekko nosić. Zabrał nas też na swoją plantację kawy i ostatecznie kupiliśmy od niego parę rodzajów, swoją drogą bardzo smacznych. On zadowolony, mówi, że pokaże nam jeszcze jedno miejsce – wyjątkową restaurację w sercu gór. Zjedliśmy tam doskonały obiad, a Forest, nakręcony tymi kawami i całym klimatem, pyta naszego tymczasowego przewodnika, gdzie może zrobić sobie tatuaż na pamiątkę. Gość zaprowadził nas do jedynej miejscówki w okolicy. Docieramy na miejsce, a tam – zawalona rudera. Wszędzie leżały kamienie, bo dzień wcześniej przeszła potężna burza. Żeby się dostać do środka, musieliśmy przerzucić ten gruz. Wchodzimy, a w środku siedzi niewyględny lokalny artysta i w najlepsze piłuje klientowi zęby przy akompaniamencie Boba Marleya. W pierwszej chwili zastanawialiśmy się, czy przypadkiem nasz lokalny kolega nie zrozumiał nas źle i nie przywiózł do dentysty, ale później się okazało, że to jedna z głównych ceremonii przejścia balijskiego hinduizmu o nazwie „potong gigi". Forest, niezrażony widokiem, wytatuował sobie u niego palmę na ręce. Moim zdaniem mogła wyjść zdecydowanie lepiej, ale do tego miejsca i historii pasuje dziesięć na dziesięć. Widzieliśmy też przepiękne pola herbaciane i całą masę świątyń. Było ich naprawdę mnóstwo i wszystkie były majestatyczne, wspaniałe.

Stany, Stany, hiphopowa jazda

Quebonafide: Chciałem nagrać utwór z zasłużonym oldschoolowcem, w formie aluzji do pamiętnej sytuacji z Pihem, krzyczącym na moim koncercie: „to nie jest hip hop”. Podczas całej mojej muzycznej drogi rzecz jasna to hip-hop był mi najbliższym towarzyszem. Nie jestem typem, który wziął się nagle, znikąd, bo rap zrobił się modny. Mam przerobione klasyczne płyty, jarałem się korzennym, ulicznym rapem, a po prostu w pewnym momencie uznałem, że to nie jest do końca moja forma wyrazu i chcę znaleźć własną „nowo-szkolną" stylówę. Uważam to za autentyczne i prawdziwie to, co przeżywam. Zakochałem się w hip-hopie, kiedy był mało atrakcyjną laską, taką bez wzięcia, która nie miała ładnych ciuchów czy biżuterii. Jeździliśmy po mordowniach, obskurnych klubach, gdzie zdarzały się nieciekawe historie i panował zły klimat. Teraz jest dużo lepiej, ale zajawę na całość mam taką samą, niezależnie od tego, czy słucham MF Dooma, czy Chance The Rappera. To wszystko mnie napędza i sprawia, że nie chcę spocząć na laurach, tylko szukam kolejnych szczebli do zdobycia. Takimi szczeblami są między innymi współprace zagraniczne, na przykład ta z KRS-Onem. (…) Traktuję ten numer jako swego rodzaju zamknięcie etapu tradycyjnych brzmień w mojej twórczości. Nie zarzekam się, że nigdy już nie zrobię oldschoolowego numeru, bo chociażby u DJ-a Decksa pojawiłem się w takim kontekście, ale zdecydowanie od tamtego momentu skupiam się na innych kierunkach.

Co dalej?

Quebonafide: Wiadomo, że w niektórych byłem dłużej w innych krócej, ale de facto podczas tworzenia „Egzotyki" odwiedziłem siedemdziesiąt krajów. W ciągu dwóch lat. A licząc z krajami europejskimi, które zwiedziłem w trakcie koncertów oraz z pierwszym tripem po Starym Kontynencie, to będzie około trzech lat. Trzydzieści sześć miesięcy, siedemdziesiąt krajów. To już jest wręcz lekkie uzależnienie. Chciałbym w najbliższym czasie dobić do setki. To byłby ładny wynik. W najbliższej przyszłości na pewno Rosja, Gruzja, spora część Azji – Chiny, Mongolia, Korea. To kraje, które też mnie interesują i chciałbym do nich polecieć. (…)
***
Rosję, Chiny i Mongolię Quebonafide udaje się zobaczyć między płytą Taconafide „Soma 0,5mg” a kolejnym solowy albumem „Romantic Psycho”. Podróż Koleją Transsyberyjską z jednej strony jest ciągiem dalszym jego planu, by „przed 30-tką zaliczyć wszystkie kraje”, ale przede wszystkim – wyprawą w głąb samego siebie, w poszukiwaniu pomysłów na nowy album, przed którym Quebonafide zawiesił sobie poprzeczkę „trzy razy wyżej niż wcześniej”. O tym wszystkim jest dokument „Quebonafide: Romantic Psycho Film”, wyprodukowany przez Red Bull Media House.