Rowery
Maciej Świerz: Zacznijmy od Red Bull Full Moon – jak wrażenia po imprezie? Co najbardziej zapadło Ci w pamięć z tego wydarzenia?
Patryk Sobierajski: Super! Na początku roku zobaczyłem na Instagramie u Tomasa Genona i mega się podjarałem. Ten event chyba odbywał się w Belgii i już wtedy stwierdziłem, że fajnie by było, gdyby coś takiego wydarzyło się w Polsce. Chwilę później od znajomych usłyszałem pierwsze plotki, że rzeczywiście Full Moon odbędzie się u nas, więc podjarałem się jeszcze bardziej. Jak się dowiedziałem, że lokalizacją będzie Białystok, to było jeszcze lepiej – rok temu wpadłem tam na jam i bardzo dobrze jeździło mi się na tym spocie.
Impreza sama w sobie – mega dobry vibe. Za często nie ma okazji, żeby polatać dirtowe hopeczki w nocy, a to jest zupełnie inne doświadczenie. W takich warunkach dochodzi taka zajawka, że energii mogłoby wystarczyć na całą noc jazdy. My jeździliśmy do północy, a ja cały czas byłem tak podjarany, że mógłbym jeździć do rana, gdyby była taka możliwość!
Wielu riderów mówi, że nocna jazda to zupełnie inny klimat. Co Ty o tym myślisz?
Atmosfera była świetna. Latanie hopek w nocy to coś, czego powinien doświadczyć każdy. Oczywiście niezbędne jest dobre oświetlenie, ale jeśli jest taka możliwość, to trzeba takie imprezy organizować jak najczęściej, bo zajawa dosłownie kipi!
W trakcie eventu mieliśmy dwie linie, na których odbywały się luźne jamy. Pierwszy był na mniejszej linii, która – moim zdaniem – była o wiele trudniejsza niż ta duża. Dziewięć skoczni w linii, w tym dwa hipy 45 stopni. Przejazdy były mega wymagające, ale z taką ekipą i klimatem nocnego oświetlenia, tylko się czekało, żeby zrobić kolejny przejazd!
To samo działo się na dużej linii. Też była bardzo wymagająca, ale wszyscy powoli się odblokowali i wrzucali stylowe triki. Jak wsiadłem na rower o 21:00, to do końca jamu nie zsiadłem. Chciałem jeździć tak dużo, jak się dało. Super organizacja, mega dobry event – nie mogę się doczekać kolejnego przystanku w Lublinie.
Na miejscu zgarnąłeś nagrodę. Jarasz się?
Tak! Wywalczyłem nagrodę „Rider of the Night”. Polegało to na tym, że organizatorzy wybierali trzech najlepszych riderów. Oprócz mnie nagrodę dostali też Marcin Oskiera i Łosiu. To była taka nagroda za całokształt – za jazdę na małej i dużej linii, triki, styl i całą resztę. Sędziów było dwóch – Dawid Godziek i Bartek "Papież” Obukowicz, który jest koordynatorem całego spotu.
Red Bull Full Moon przyciąga zarówno topowych zawodników, jak i lokalną scenę. Jak oceniasz poziom i atmosferę tej imprezy?
Przyjechali ziomale z całej Polski. To też było super. Zawsze tak jest, że nie widzimy się przez kilka miesięcy, więc jak już się spotkamy, to trzeba z każdym trochę pogadać, poopowiadać, co i gdzie się dzieje. Na szczęście event zaczynał się dopiero o 21:00, a wszyscy przyjechali trochę wcześniej, więc czasu nie brakowało.
Poziom był bardzo wysoki. Nikt się nie ograniczał, nikomu nie przeszkadzało, że impreza jest w nocy – każdy ładował triki na pełnej. Z czasem wszyscy się naprawdę mocno nabuzowali i katowali swoje najlepsze sztuczki.
Potrzebujemy w Polsce więcej takich imprez?
Zdecydowanie! Tak jak mówiłem – nie mogę się doczekać kolejnych i mam nadzieję, że znów będę jeździł od startu do samego końca.
To teraz 3 kroki w tył do początku sezonu – to Twój pierwszy rok ze wsparciem od NS Bikes. Jak doszło do tej współpracy i co dla Ciebie znaczy ta zmiana?
Tak, to pierwszy rok z NS-em. Historia tej współpracy jest dość śmieszna, bo zaczęła się już w październiku ubiegłego roku. Byłem wtedy na jamie na “Dziadku” w Gdańsku. Dowiedziałem się, że wpadnie ekipa z NS-a i stwierdziłem, że to mój moment.
Przygotowałem sobie maila z prośbą o sponsoring, ale w formie graficznego listu do wręczenia "do rąk własnych". Tu ogromne podziękowania dla mojej dziewczyny, bo ja jestem lamusem w komputery i bez niej ten plan by nie wypalił. Do listu dorzuciłem fotki, napisałem, kim jestem i jakie wsparcie by mi się przydało. Wsadziłem to wszystko w kopertę, na którą przykleiłem logo NS-a, i na jamie wyhaczyłem człowieka odpowiedzialnego za zawodników. Przedstawiłem się, wręczyłem kopertę i poprosiłem, żeby otworzył ją po jamie.
Zazwyczaj jak się robi takie akcje, to nic z nich nie wychodzi, ale mi siadła życiowa forma. Wszystko mi wychodziło, jeździłem naprawdę dobrze i już następnego dnia dostałem telefon od chłopaków z NS-a z zaproszeniem na rozmowę. Powiedzieli, że tym listem skradłem im serca (śmiech). No i tak trafiłem do NS-a, mega się tym jaram.
A i warto dodać – to był jednorazowy patent. Żeby się nie okazało, że chłopaki z NS-a zostaną zasypani listami (śmiech). To zadziałało właśnie dlatego, że było nowe i wyjątkowe.
Jak NS Bikes wspiera Cię w sezonie?
Sprzętowo zmiana nie była duża, bo jeszcze zanim oficjalnie dostałem wsparcie, i tak jeździłem na ramie NS Decade. To najlepsza rama, jaką miałem, więc cieszę się, że dalej mogę na niej jeździć. NS wspiera mnie sprzętowo i budżetowo, szczególnie jeśli chodzi o wyjazdy na zawody z cyklu FMB World Tour. To dla mnie kluczowe – żeby zaliczyć jak najwięcej imprez za granicą i zebrać doświadczenie.
To właśnie taka współpraca rozwojowa. Po dwóch eventach rangi „srebrnej”, na których byłem, widzę, że nic tak nie rozwija jak rywalizacja z lepszymi od siebie. Katowanie trików na lokalnym spocie jest spoko, ale zawody to zupełnie inna liga. Musisz idealnie dobrać prędkość, wylądować na twardej hopie, nie popełnić błędu. Sędziowie patrzą na wszystko – to najlepszy test umiejętności.
Na lokalnej scenie pojawiło się ostatnio mnóstwo młodych utalentowanych zawodników – skąd oni wszyscy się wzięli?
Dobre pytanie – sam nie wiem! Cały czas się dziwię, jak otwieram Instagrama i pojawiają się nowe twarze, ludzie, którzy mają zero postów i zaczynają od frontflipów, double flipów i innych kosmosów. Mam nadzieję, że to pójdzie właśnie w tę stronę i że będziemy się regularnie spotykać na zawodach. Trzymam kciuki, żebyśmy wspólnie rozwijali scenę i żebyśmy za kilka lat nie odstępowali już europejskiej czołówce.
Sezon 2025 dopiero się rozkręca – jakie masz dalsze plany startowe? Gdzie będzie można Cię zobaczyć?
Mi udało się otworzyć sezon trochę wcześniej – zaliczyłem dwa wyjazdy na FMB we Włoszech i Szwajcarii. Mam nadzieję, że uda się jeszcze jakiś start za granicą, może Niemcy. Niestety, większość tych zawodów odbywa się daleko – Włochy, Szwajcaria, nie wspominając o Kanadzie czy Australii.
Ten sezon traktuję jako naukę. Chodziło o to, żeby poczuć presję, jaką dają zawody z rangą. To już nie jest chillowy jam z ziomkami. Masz dwa przejazdy – jak coś pójdzie nie tak, wracasz do domu. Więc ten rok to głównie nauka radzenia sobie z presją. Startuję obok takich kotów jak Tom Isted czy Jake Atkinson. Ale z każdą imprezą czuję się lepiej i wierzę, że to dopiero początek.
Poza tym chcę się też pojawić na lokalnych eventach – na pewno Red Bull Full Moon, mam nadzieję, że wpadnę też na Łysą w październiku. Może wyskoczy coś spontanicznego. No i obowiązkowo jakiś bike park – planuję Skolnity w Wiśle, bo te hopki wyglądają świetnie!
Czyli pora na to, żeby wskoczyć na duży rower?
Tak się składa, że właśnie od kilku dni testuję rower, o którym jeszcze za dużo nie mogę powiedzieć. To mój pierwszy full i jestem mocno podjarany. Wiele osób czekało, aż przesiądę się na taki sprzęt, ale to nie będzie tak, że rzucę wszystko i przerzucę się na fulla. W serduchu zawsze będzie dirtówka, a nowym rowerem po prostu się bawię – jaram się jak dzieciak.