Roman Ficek
Ultramaratony

Roman Ficek przebiegł Łuk Karpat

© Montis Studio
Pokonanie liczącej 2000 km trasy przez Karpaty zajęło Romanowi Fickowi 39 dni i 11 godzin. Porozmawialiśmy z nim o jego wyczynie.
Autor Krystian Walczak
Krystian Walczak: Łuk Karpat to coś zupełnie innego niż Tatrzańskie Dwutysięczniki, które przebiegłeś w zeszłym roku. To wielka wyprawa. Jak ci się biegło, jak wyglądało twoje życie na szlaku?
Roman Ficek: Rzeczywiście Tatrzańskie Dwutysięczniki to była dużo krótsza trasa niż Łuk Karpat. Teraz miałem do pokonania o 1900 km więcej i dużo więcej przewyższeń – do tego w krajach, w których wcześniej nie byłem. Było bardzo trudno – przede wszystkim w Rumunii, gdzie jest dziki teren, nieprzetarte lub źle oznaczone szlaki a nawigacja w ogóle się nie pokrywa z trasą. To dało mi w kość. Błądziłem, szukałem szlaku, co pięć minut patrzyłem na GPS. Czasami 10 km robiłem nawet 3 godziny, bo nie mogłem wyjść z krzaków i znaleźć trasy. Rumunia była z tego wszystkiego najgorsza. Potem, już na Ukrainie biegło się jak po autostradzie. Potem były Polska i Słowacja - szlaki oznaczone, dobrze przetarte, także można było „ciupać” kilometry.

Zobacz, jak Roman biegł przez Góry Fogaraskie:

Ultramaratony · 1 min
Roman Ficek w Górach Fogaraskich
Łatwiej biegło się pod koniec, choć byłeś bardziej zmęczony?
Jak stwierdziliśmy z supportem, dobrze, że wystartowałem z Orszowy a nie w odwrotną stronę. Pierwsza część, pierwsze 1000 km było dużo gorsze niż drugie. Mocno mnie staranowała - zmiażdżyły mnie te góry. Miałem poważne problemy ze stopami - kontuzje, odciski, schodziły mi paznokcie. Do tego błądzenie, nieznane góry, brak zasięgu – wszystko się skumulowało. Kilka razy stanąłem na trasie i po prostu się rozryczałem, ale przetarłem łzy i trzeba było biec dalej. Wiadomo, że im dalej, tym człowiek bardziej jest zmęczony, ale dzięki temu, że góry na Słowacji i w Polsce były dobrze oznaczone, czułem się w nich o wiele lepiej i bardziej pewnie. Im bliżej mety, tym lepiej się czułem. Ale nawet jak zostało 100, czy nawet 50 km, cały czas byłem skupiony. Starałem się nie zapominać, bo na każdym kilometrze może się stać coś złego. Do samego końca trzeba biec z otwartą głową i być ostrożnym. W górach nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć.
Roman Ficek przebiegł Łuk Karpat
Majestat Karpat
Wiedziałem, że nic nie przychodzi lekko
Roman Ficek
Miałeś wsparcie?
Podczas całej wyprawy miałem support. Towarzyszyła mi siostra Karolina oraz jej chłopak Jakub. Przejeżdżali z punktu do punktu busem. Miałem tam spanie, jedzenie. Myłem się w nim, odpoczywałem, rolowałem się, robiłem wszystko, co było mi potrzebne do życia i dalszego biegu. Przez sześć tygodni bus był naszym domem.
Jak się odżywiałeś?
Rano zawsze była owsianka - orzechy, płatki żytnie, miód z greckim jogurtem. Do tego jakiś owoc. I to była podstawa z rana. Jeżeli wiedziałem, że mam do przebiegnięcia minimum 40 km bez supportu, czy 50 i więcej, wypijałem kawę, czekałem pół godziny i od razu ładowałem drugie śniadanie – jajecznicę, albo kanapki. Na drogę brałem batona lub dwa i banany, albo kanapki z nutellą, czy masłem orzechowym, szpinakiem, humusem, albo jajkiem i owoce. Siostra zawsze przygotowywała mi dwie, trzy kanapki. Brałem trzy, cztery żele na dzień. Nigdy nie bazuję tylko na nich. Spotykaliśmy się w następnym punkcie koło południa, czy popołudniu. Tam siostra robiła mi obiad – kasze, makarony, racuchy, naleśniki, ryż, albo kurczaka pieczonego. Mniej więcej na tym bazowaliśmy. No i na samym końcu dnia też jakieś kanapki, naleśniki, czy cokolwiek z tego zestawu. Zmieniła się tylko kolejność posiłków. Zawsze były duże i mega kaloryczne.
Roman Ficek przebiegł Łuk Karpat
Roman podczas postoju
Mówiłeś, ze miałeś taki moment, czy nawet kilka momentów, że zatrzymywałeś się i płakałeś. Czy takie coś przeżywałeś po raz pierwszy? Czy podczas biegania po górach nigdy wcześniej nie zdarzyło ci się nic takiego?
Takiej sytuacji jeszcze nie miałem. Czasami na Łuku Karpat emocje zmieniały się co godzinę. W jednej chwili było fajnie, w drugiej gorzej. Raz beczałem, za chwilę się śmiałem. To prawda, że pierwszy raz miałem taką sytuację. Zdarzyła mi się dokładnie na 50. kilometrze w górach Godeanu, w paśmie rumuńskim mierzącym ponad 2000 metrów. Jak zobaczyłem ile gór jest przede mną, jaki jest teren, że są same borówki i nie ma ścieżek, popołudniu, jak sobie zdałem sprawę, jaka odległość jest przede mną i jakie wyzwanie mnie czeka, czego się podjąłem, stanąłem i po prostu się rozryczałem. Popłakałem może 20-30 sekund, otarłem łzy i zacząłem biec dalej. Wiedziałem, jak trudne są te góry i jak trudne wyzwanie sobie postawiłem. To był pierwszy raz, kiedy ujawniła się moja słabość. Zdarzyło mi się to jeszcze dwa, czy trzy razy, kiedy biegłem przez góry Fogaraskie. Pod wieczór kończyłem odcinek i wpakowałem się w mega krzaki – las, z którego nie mogłem wyjść, nawet z nawigacją. W którą stronę się nie kierowałem, wszędzie były krzaki. Rozryczałem się i jednocześnie zacząłem się drzeć w tym lesie. Trwało to minutę, może dwie i znowu zacząłem szukać drogi. To były wielkie emocje – byłem sam w lesie, nadchodziła noc, ciężko było sobie poradzić. Były takie chwile.
Roman Ficek przebiegł Łuk Karpat
Góry do przebycia
Nie spotkałeś żadnego niedźwiedzia?
Spotkałem (śmiech). Nie powiem, że nie chciałem go spotkać i fajnie było go zobaczyć, ale nie w takiej sytuacji. Jednego dnia widziałem malutkiego. Matka musiała być z drugiej strony drogi, przy której go widziałem, bo przeleciał przede mną. Ale na drugi dzień, gdy wybiegłem na trasę, w górach Vrancei, gdzie jest ich najwięcej, spotkałem dwa duże niedźwiedzie. Pierwszy wyleciał dość agresywnie zza choinki. Zarówno ja się go wystraszyłem, jak i on mnie. Ze strachu wskoczyłem na sosnę i siedziałem 4 metry nad ziemią. Darłem się, gwizdałem i czekałem aż odejdzie – 15-20 minut. Kiedy byłem pewny, że go nie ma, ledwo ciepły zszedłem. Truchtałem wystraszony, szedłem przed siebie. Nie minęły trzy, cztery godziny, gdy biegłem krawędzią lasu, może sto metrów przede mną pojawił się kolejny niedźwiedź. Wychylił się z zarośli i popatrzył na mnie. Miał śmieszną głowę i odstające uszy, jak miś Yogi. A potem uciekł do lasu. To było zabawne. Roześmiałem się sam do siebie, ale podbiegłem pod drzewo i już czekałem. Jakby co, mogłem wiać do góry. Potem nawet jak widziałem ślady niedźwiedzia, czułem respekt. Starałem się zachowywać głośno, żeby wiedział że jestem w lesie, żeby go nie zaskoczyć.
Ultramaratony · 2 min
Krajobraz Łuku Karpat
Miałeś kontakt z przyrodą - bliższy i z pewnej perspektywy. Jak ci się podobały te wszystkie krajobrazy, wspaniałe, piękne góry? Czy wcześniej, biegając po Tatrach, miałeś świadomość, że to będzie tak wyglądało?
Biegając po Tatrach trochę sobie wyobrażałem te góry na południu. Wiedziałem, że są większe i dużo bardziej obszerne – widać to choćby na mapie. Sam teren troszkę mnie zaskoczył. Naprawdę nie ma tam turystów. To dziki rejon. Myślę, że tam przypadkowi ludzie nie chodzą po górach. Mimo, że to był środek lata, nawet w weekendy nie spotykałem ludzi na szlaku - czasami nawet przez trzy dni. U nas jest bardzo dużo turystów i czy ktoś umie chodzić po górach, czy nie, czy ma doświadczenie, czy nie, to po Tatrach chodzi. Tam byle kto się nie wybiera. Szlaki nie są tak oznaczone i przetarte, więc dobrze jest znać góry i mieć jakieś umiejętności, żeby tam sobie swobodnie podróżować. Południowe Karpaty bardzo mnie zaskoczyły. Za zakrętem Karpackim, jak już droga się wyprostowała, było dużo lepiej. Są takie góry jak Bucegi, Fogaraskie, Ciucas, czy Rodniańskie, gdzie bywają bardziej uczęszczane pasma i jest trochę turystów, ale to też tak pół na pół. Zależy w jakim terenie jesteś. Pierwsze 500 km, przez które biegłem były najcięższe.
Roman Ficek na trasie Łukiem Karpat
Roman Ficek na trasie Łukiem Karpat
Jak widoki, jak wrażenia?
Karpaty to bardzo piękne góry. W Rumunii najbardziej podobały mi się góry Bucegi – wysokie, ponad 2,5 tysiąca metrów. Ich dzikość i to, że nie spotykasz turystów. Możesz pobyć sam ze sobą i powędrować ze swoimi myślami. To jest piękne. Na Ukrainie bardzo mi się podobały góry Świdowiec – przepiękne połoniny i morze, a właściwie ocean borówek. Na szczyty lecisz graniami połonin. To mi naprawdę utkwiło w pamięci. Mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę - na przykład jesienią, kiedy kolory się zmieniają. Polskie góry znam. Tatry są najpiękniejsze. No i Słowacja ma przepiękne góry. Nawet te najniższe, które są na samym końcu, Małe Karpaty zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Wychodząc na wysokość 600-700 metrów czułem się jak na dwutysięczniku. Nawet nazwa to oddaje. To wygląda dokładnie jak miniaturowe Karpaty. Przez te 39 dni nasyciłem się górami na naprawdę długi czas.
Roman Ficek przebiegł Łuk Karpat
Roman Ficek
39 dni, a ile par butów?
Dokładnie 39 dni i 11 godzin. Par butów zużyłem pięć, z czego jedne całkowicie się rozleciały i już są nie do użytku, a cztery pozostałe pewnie jeszcze kilka treningów przeżyją.
Ile wody zabierałeś na szlak?
Zawsze wybiegałem z litrem wody. To była podstawa. Nie było problemu z uzupełnianiem jej po drodze. Zawsze trafiło się jakieś źródełko, gdzie woda wypływała ze skały. Wody nie brałem tylko w niższych partiach. W Rumunii jest bardzo dużo pastwisk i nie jest za czysto. Nie dba się o to tak, jak u nas, czy na Słowacji. Kiedy był słabszy pod tym względem odcinek, piłem mniej. Nigdy nie wypijałem wody do końca. Zawsze starałem się mieć chociaż łyk, żeby chociaż zamoczyć język.
Ile kilometrów pokonywałeś dziennie – maksymalnie i ile najmniej?
Najmniej około 40 czy 35 km. To był najtrudniejszy odcinek rumuńskich Karpat. Trzeba się było trochę wspinać po łańcuszkach i trochę podciągać na linkach. To było porównywalne do naszej Orlej Perci. Trochę też utykałem przez kontuzję i musiałem odpocząć dłużej. Najdłuższy był pierwszy dzień. Biegłem cały dzień, całą noc i jeszcze pół dnia. 130 km pokonałem chyba w 30 godzin. Natomiast trzeciego dnia od końca zrobiłem chyba 100 km – były mniejsze górki i napędzał mnie finisz.
Roman Ficek przebiegł Łuk Karpat
Łańcuchy na szlaku
Dlaczego pierwszego dnia biegłeś tak długo?
Umówiłem się z suportem w schronisku po 100 km – to była taka zwykła chatka. Tam mieli na mnie czekać ze śpiworem i jedzeniem, żebym nie musiał zbiegać 15 km do doliny. Myślałem, że jak jest siła, to 100 km w pierwszy dzień jakoś się przeleci, ale teren był trudny. Wiedziałem, że nie dotrę na czas. Na graniach zastała mnie noc. Była mega mgła. Maszerowałem, robiłem 2-3 km na godzinę. Byłem w krótkich spodenkach i koszulce. Miałem co prawda jakąś kurteczkę, ale nic innego, żeby przebiwakować. Poza tym, chciałem do nich dojść, żeby się nie martwili. Nie mogliśmy się skontaktować, bo w rumuńskich górach jest bardzo ciężko z zasięgiem. Dotarłem w to miejsce na drugi dzień, około 10:00, czy 11:00 rano. W internecie to schronisko wyglądało inaczej. Miałem je dobrze oznaczone na nawigacji, ale wizualnie w ogóle mi nie pasowało. Przeszedłem koło niego. Stałem nawet chwilę przed drzwiami. Miałem wejść, ale stwierdziłem, że nie ma sensu. Byłem już mega zmęczony i śpiący – staranowany przez błądzenie po kosodrzewinie, a nawet po rzece. Posiedziałem chwilę na ławce, popatrzyłem w GPS-a, zjadłem coś i stwierdziłem, że jak ich nie ma, ruszam dalej. Do auta, gdzie byli kamerzyści dotarłem koło południa. Zapytałem o Karolinę i Jakuba, a oni powiedzieli, że ich nie ma i nie było ich całą noc. Nie było też z nimi kontaktu. Wszyscy się pogubili pierwszego dnia! Zjechaliśmy do oddalonego o kilka kilometrów miasteczka, żeby złapać zasięg. Musieliśmy czekać aż oni też go złapią. Okazało się, że byli tam całą noc. Wystarczyło zajrzeć do środka, żeby zobaczyć jak śpią czekając na mnie z przygotowanymi rzeczami dla mnie i jedzeniem. Byli 5 metrów ode mnie. To była sytuacja jak z jakiegoś filmu. 30 godzin non stop, 135 km bez spania i odpoczynku na samym początku - bo tak wyszło.
Roman Ficek przebiegł Łuk Karpat
Pogoda w górach szybko się zmienia
Potem już było dobrze, czy zdarzały się jeszcze podobne akcje?
Po pierwszym dniu już wiedzieliśmy, że nie możemy się dodzwonić do siebie. Dlatego umówiliśmy się, że nie będzie biegania nocą, a pod wieczór muszę skończyć odcinek i już nie zaczynać następnego. Bo nigdy nie wiesz co cię czeka – może być super szlak, ale równie dobrze taki, że na pokonanie 10 km zejdzie 4, czy 5 godzin. Po pierwszym dniu, już rano musieliśmy się ugadywać jaki odcinek robimy i gdzie się spotykamy. Albo support czekał na mnie, albo ja na nich – po 25, czy 30 km, tam gdzie się umawialiśmy. Pierwszego dnia dostaliśmy ostrą lekcję.
Sam sobie zafundowałem tę wycieczkę, chciałem być zdobywcą Karpat
Roman Ficek
Miałeś w ogóle jakieś kontuzje? Jak się czułeś po wszystkim?
Sam jestem zdziwiony i zaskoczony, że po całej wyprawie nie miałem większych kontuzji. To co mi najbardziej dawało w kość to odciski, które towarzyszyły mi od pierwszego dnia. Gdy wyruszałem na trasę, pierwsza godzina, dwie to był rozruch, rozkręcenie się – utykałem z zaciśniętymi zębami. A to gdzieś z boku, a to na pięcie, a to na palcu – wszystko bolało. Po godzinie czy dwóch mogłem biec swobodnie, a wieczorem znowu zaczynałem odczuwać odciski i schodzące paznokcie. W zasadzie pierwsze trzy, cztery tygodnie leciałem z takim bólem. Im bliżej było mety, tym bardziej mi się poprawiał stan nóg. Po wyprawie największym utrapieniem było zmęczenie. Cały czas chciało mi się spać. Do dziś tak jest. Wstawałem, zjadałem coś i od nowa szedłem spać. Czułem ogólne zmęczenie. Całą drogę spałem po kilka godzin. W nocy budziłem się po kilka razy i przewracałem się z boku na bok. A to było mało miejsca, a to coś mnie bolało, a to jakiś mięsień się napiął – spanie nie było takie proste. Poważniejszych kontuzji na szczęście nie miałem. Przez 39 dni tylko jeden dzień był taki, że w ogóle nie biegałem. Była masakryczna pogoda, a ja miałem do pokonania 50 km graniówką. Stwierdziliśmy, że nie mogę biec. Ratowaliśmy wtedy nogi – moczyłem się, smarowałem, trzymałem nogi w górze i masowałem je.
Roman Ficek przebiegł Łuk Karpat
Dom na kołach
Co cię napędzało? Co sprawiało, że mimo tylu trudności kontynuowałeś bieg?
Miałem chwile większego zdołowania, gdy trasa naprawdę dawała mi w kość, ale nigdy nie miałem czegoś takiego, że powiedziałem: dość, koniec, rezygnuję, schodzę z trasy. W słabszych chwilach zawsze wiedziałem, że przecież chcę spełnić marzenie. W zasadzie sam sobie zafundowałem tę wycieczkę i chciałem być zdobywcą Karpat. Wiedziałem, że nic nie przychodzi lekko. Nie zamartwiałem się za długo. Trapiłem się, czy beczałem tylko przez chwilę, a potem brałem się w garść. Wiedziałem, że trzeba cisnąć dalej, bo ze zmartwienia nie ma nic, a kilometry muszą ubywać. Zawsze się pocieszałem tym, że gdzieś na końcu trasy, czy odcinka czeka na mnie błogostan - dobre jedzenie, relaks, kawa. To też była motywacja. W tym całym bólu, kiedy trzeba było tyle zaciskać zęby, zawsze gdy przybiegałem do busa mogłem się tam na chwilę odetchnąć, czy pośmiać się z supportem. To było dla mnie wielkie wsparcie.
Roman Ficek przebiegł Łuk Karpat
Widoki na trasie
Szukałeś informacji, czy ktoś przebiegł Karpaty przed tobą? Ludzie biegają szlaki w Stanach, w Himalajach, Wielki Szlak Beskidzki, ale Łuk Karpat?
Cały czas czytałem o tym kto go przeszedł, w jakim czasie, skąd dokąd itd. Tak naprawdę jak dotąd najszybsze, solowe, trekkingowe przejście, należało do Łukasza Supergana (dop. Łukasz na swoim blogu prowadzi listę przejść Łuku Karpat), który dokonał tego w 65 dni. Ale nigdzie nie znalazłem wzmianki na temat próby przebiegnięcia Łuku Karpat od początku do końca samotnie, czy ze wsparciem. To był pierwszy taki projekt w historii i w zasadzie w ogóle pierwsza próba przebiegnięcia tego jednym ciągiem, o której mi wiadomo.

Zobacz więcej zdjęć z przebiegnięcia Łuku Karpat:

Masz FKT (dop. Fastest Known Time) Łuku Karpat? Czujesz się rekordzistą?
Ciężko tutaj stwierdzić FKT. Ktoś, kto by chciał poprawić po mnie wynik musiałby błądzić tak samo jak ja i chodzić po tych samych krzakach. Myślę, że to by było bardzo ciężkie. Karpaty nie mają jednego odcinka, gdzie od początku do końca prowadzi konkretny, wyznaczony szlak. Każdy sobie sam wyznacza drogę. Moim celem było zdobycie czterech najwyższych szczytów państw, poprzez które biegłem, a w tym Gerlacha – najwyższego szczytu Karpat. No i chciałem ciągnąć trasę najwyższymi pasmami, graniówkami, przez które często prowadził czerwony szlak. Myślę, że moja trasa nie była prosta. Wiadomo, że jest do powtórzenia, ale nie sądzę, aby dało się to zapisać jako FKT. Nie zagłębiałem się w ten temat, ale myślę, że byłoby to trudne. Dopóki nie będzie wyznaczonego jednego szlaku, od początku do końca, ciężko będzie to zrobić. Ktoś może mieć mniej przewyższeń, a ktoś inny więcej kilometrów itd.