Rubens na okładce płyty "Wynoszę się"
© Sony Music
Muzyka

Rubens: Na sto procent

„Powiedz mi, czy wszystko OK?” – pytamy Piotra Rubika „Rubensa”, już po wydaniu przez niego solowej płyty. „OK to mało powiedziane” – mówi nam dobry kolega Mroza i Darii Zawiałow.
Autor: Tomek Doksa
Przeczytasz w 10 min
Na co dzień gra na gitarze w zespole Darii Zawiałow, z którą też w 2021 roku współtworzył orkiestrę Męskiego Grania. Pojawia się na płytach Mroza (nagrywał z nim m.in. słynne „Złoto”), wcześniej również składzie koncertowym Mazolewski/Porter. Wydana właśnie epka „Wynoszę się” to jego pierwsze solowe wydawnictwo, na którym przedstawia się publiczności także jako wokalista.
Pamiętasz koncert z Red Bull Trasy Życzeń, który grałeś dwa lata temu z Darią Zawiałow?
Rubens: No pewnie.
Graliście go w wersji online. W czasie, gdy nie mogliśmy się spotkać na żywo, kiedy siedzieliśmy w domach, a artyści mieli więcej wolnego czasu na pisanie piosenek. Wtedy już planowałeś wydać solową płytę?
W tamtym momencie miałem oczywiście pomysł na płytę zrobioną przez Rubensa, ale wyglądał on inaczej niż później. Chciałem zrobić coś w stylu „Rubens plus koleżanki i koledzy”. Tak to sobie roboczo nazwałem. Miałem być na nim trochę producentem, trochę kompozytorem, a moja płyta miała być platformą do przekazania napisanych przeze mnie piosenek zaprzyjaźnionym artystom. By wnieśli do nich swoją wrażliwość. W ten sposób zresztą powstał numer z Johnem Porterem, ale chwilę później, jak przyszła pandemia, pomysł wyhamował. Wciąż jednak uważam, że jest bardzo kul i mimo wszystkich trudności technicznych, całej logistyki, wart jest zrobienia. Może kiedyś do niego wrócę. Kiedy przyszła pandemia i zyskałem więcej wolnego czasu, pozwoliło mi to pójść śmielej w nieznane i włożyć nogę gdzieś do chaosu. Zacząłem po prostu próbować rzeczy, których wcześniej zupełnie nie robiłem. Czyli śpiewać i pisać teksty. Wiesz, trochę na zasadzie zabicia wolnego czasu i bezsensu, który przyniosła pandemia. Po jakimś czasie, tych piosenek zrobiło się całkiem sporo. I pokrętną drogą trafiły one później do wytwórni Sony, skąd dostałem pytanie, czy nie chciałbym ich wydać.
Co im w pierwszej chwili powiedziałeś?
Byłem mocno zaskoczony! Ale oczywiście byłem chętny i gotowy. Choć miałem też takie poczucie, że trochę szybko to wszystko się dzieje. Przecież dopiero zacząłem śpiewać, odkrywać siebie i kaleczyć teksty, a te piosenki już są w dużej wytwórni… Ale wygrało przekonanie, że dlaczego by nie?
Słusznie. Do odważnych gitarzystów świat należy.
Gdybym pozostał przy pierwszym pomyśle na płytę, musiałbym spiąć 10 wokalistów, ich terminy i luki w kalendarzach, poskładać to wszystko w całość, co dobrze obaj wiemy, że spowodowałoby duże do ogarnięcia zamieszanie. A tutaj okazało się, że mogę na spokojnie robić swoje piosenki. I czuję się w tym coraz mocniejszy.
Płyty producenckie mają to do siebie, że producent się napoci, a śmietankę spija i tak gość w najlepszym singlu. Tutaj zwróciłeś wszystkie światła na siebie.
Nie wyrzuciłem jednak tego pierwszego pomysłu do kosza, ale powiedzmy, że bezterminowo go zawiesiłem. Wciąż bardzo chciałbym zrobić taką płytę, na której ja produkuję, a znajomi śpiewają. Może kiedyś się uda.
Na razie udało ci się udać pierwszą, w pełni autorską epkę. Skomponowałeś muzykę, napisałeś teksty, grasz na niej i śpiewasz. Brawo. Ale czy w trakcie tworzenia tego materiału nie przebiegła ci przez głowę myśl, że Rubens, no kurde, grałeś sobie spokojnie u boku Darii Zawiałow, a teraz tyle się dzieje?
Powiem ci, że to jest bardzo trafne spostrzeżenie. (śmiech) Rzeczywiście ostatnio się nad tym zastanawiałem. Bo przecież wszystko u mnie działało. Gramy z Darią koncerty niemal przez cały rok, w wolnych chwilach robię różne numery, jest naprawdę super. I po co w ogóle tu kombinować? Po co regulować tę sytuację? Przecież mogę dalej dobrze się bawić, zasuwać jak dotychczas. Ale powiem ci, że ja tak nie potrafię. Nawet jeśli żyję chwilą i cieszę się daną sytuacją, tym, że wszystko się kręci i pracuje, uwielbiam wkładać nogę gdzieś w nieznane. W ten wspomniany już przeze mnie na początku chaos. Lubię to. Mam taką koncepcję na życie, że trzeba wychodzić z nawet najlepiej ułożonego świata, z jego całego porządku. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zawsze jest ryzyko, że mogę się na tym solidnie przejechać, ale chyba nie potrafię inaczej funkcjonować.
Myślałem, że powód nagrania solowej epki był prostszy – u boku innych muzyków nie mogłeś z siebie wyrzucić tego, co w tobie siedziało.
Dobrze czytasz, bo mimo tego, że wszystko kręciło się świetnie, gdzieś tam w środku chciałem się wyrazić bardziej. Już tak mam, że lubię kombinować i ciągle szukam dla siebie mocniejszego środka wyrazu. Ciągle jestem głodny, ciągle gdzieś mi mało. I kiedy zacząłem pisać teksty, a potem do nich śpiewać, poczułem, że mogę się wyrazić bardziej niż do tej pory. Jeszcze bardziej.
Mrozu, z którym też współpracujesz przy jego płytach, co powiedział na twój materiał?
Łukasz słuchaj mojej epki od początku powstawania i był dobrym duchem tego materiału. Nie mówiłem chyba tego wcześniej, ale tak naprawdę to za sprawą Mroza moje piosenki trafiły do wytwórni. Trochę przypadkowo, bo kiedy razem pracujemy, dzielimy się różnymi pomysłami na utwory, wysyłamy je sobie, i pewnego dnia, kiedy był u niego Ras pracujący w Sony jako A&R, Łukasz puścił mój numer. Przypadkiem. Rasowi ten bardzo się spodobał, po czym napisał do mnie, czy nie mam ich więcej.
Taka „Pani zamieć” mogłaby wjechać na płytę Mroza jak złoto. A teraz jeszcze podbierzesz mu trochę fanów.
Na rynku jest tyle miejsca, że spokojnie zmieszczą się jeszcze nie tylko z cztery Rubensy, ale i dwa Mrozy. Zresztą umówmy się – Łukasz jest dziś naprawdę wysoko, ja dopiero próbuję gdzieś tam się wdrapać. Nie ma mu to mowy o żadnym podbieraniu i rywalizacji.
Ale że cała twoja epka wydarzyła się dość szybko, i szybko wskoczyłeś na radiowe playlisty, to już fakt. Pamiętasz podobną płytę śpiewającego polskiego gitarzysty?
Chyba tylko Grzegorza Skawińskiego.
Sam widzisz, jakie historyczne wydarzenie. Wcześniej gdziekolwiek próbowałeś już śpiewać?
Nie, nie śpiewałem. Coś tam oczywiście nuciłem pod nosem, ale to nigdy nie było na poważnie, jak teraz.
To mimo wszystko odważna decyzja, by w tak krótkim czasie zrobić i wydać płytę, na której jesteś piosenkarzem.
Lubię przekraczać siebie. Robić nowe rzeczy i rzucać sobie wyzwania.
Dzięki temu, że na niej śpiewasz, ta płyta jest faktycznie twoja. Prawdziwa.
Nie wiem, o czym będę pisał i śpiewał za jakiś czas, ale na ten moment, gdy powstawała moja epka, czułem, że muszę opowiedzieć o sobie i moich emocjach. Chciałem je po prostu przelać do swoich piosenek. Być może następnym razem będę kreślił jakieś inne historie, wiesz, zacznę coś wymyślać, ale tutaj zdecydowałem się podjąć ryzyko odkrycia się w ten sposób. Chciałem, żeby to był Rubens na sto procent.
Ale skoro, tak jak mówisz, ciągle ci mało, pewnie teraz chcesz, żeby był na 110 procent albo więcej.
Jest we mnie ten niespokojny duch, bo gdy teraz rozmawiamy, pierwsza płyta jeszcze niewydana, a ja bym chciał robić już zupełnie inne rzeczy. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale nie potrafię się zatrzymać, zwłaszcza teraz, kiedy zacząłem robić naprawdę moje piosenki.
Red Bull Trasa Życzeń: koncert Darii Zawiałow
Red Bull Trasa Życzeń: koncert Darii Zawiałow
Rubens na okładce płyty "Wynoszę się"
Rubens na okładce płyty "Wynoszę się"
Od kiedy jesteś aktywny na scenie?
Jakieś 10-11 lat. Z gitarą jestem od dziecka, w szkole miałem oczywiście zespoły, zbierałem ważne doświadczenia, ale decydujący był moment, kiedy przeprowadziłem się do Warszawy i tutaj zacząłem poznawać ludzi i grać jako muzyk sesyjny. Od tego wszystko się zaczęło.
Można więc powiedzieć, że wydajesz sobie album na 10-lecie działalności artystycznej. Czy przez tę dekadę często czułeś, że jesteś w pracy, że może wolałbyś być gdzieś indziej?
Na początku trochę tak było, ale nie miałem z tym problemu. W pewnym momencie po prostu stwierdziłem, że będę robił tylko te rzeczy, które naprawdę mi się podobają, te, które czuję. Omijałem sytuację, które do końca nie kumam. Początki oczywiście były trudne. Jestem samoukiem, po przyjeździe do stolicy musiałem dopiero poznawać ludzi, nie miałem tu siatki kontaktów po szkole muzycznej na Bednarskiej czy wydziale jazzowym. Było to trudne, ale też na swój sposób ekscytujące. Najgorszy był moment, gdy grając już całkiem sporo, ale jeszcze przed dołączeniem do zespołu Darii Zawiałow, czułem, że to nie jest to. Samo granie koncertów jest zajebiste, co do tego zgodzimy się obaj, ale jak cztery czy pięć lat grasz cały czas to samo i nic więcej, to nagle patrzysz na kalendarz i stwierdzasz, że lata lecą, a ty tak naprawdę stoisz w miejscu. Co piątek bus, koncert, garderoba i tak w kółko. Zbiegło się to jeszcze u mnie z sytuacją osobistą i zaliczyłem spory dołek. Nie będę tu romantyzował bycia muzykiem, po prostu dostałem po dupie, poczułem się totalnie wypalony i nawet szukałem pomysłów, by zająć się czymś innym. To było jeszcze przed dołączeniem do zespołu Darii Zawiałow i tak naprawdę to Daria wyleczyła mnie z tego marazmu. Wyciągnęła mnie z dołka i dzisiaj grając z nią w zespole totalnie nie czuję, że jestem w pracy.
Jeszcze trochę podrążę – czegoś na swojej muzycznej drodze żałujesz?
Zacytuję tutaj kolegę Łukasza: wszystko było po coś. Mam wrażenie, że wyciągnąłem z tego ważne lekcje. Niczego nie żałuje. Traktuję i w ogóle staram się iść tak przez życie, by wszystko brać jako lekcję. Czy to dobrą, czy złą. Najważniejszy, żeby wyciągnąć z tego wszystkiego jakiś pozytywny wektor.
Słuchasz innej muzyki niż ta, nad którą pracujesz? Jesteś na bieżąco, z tym, co wychodzi na rynku?
Tak, jestem wielkim entuzjastą muzyki, więc cały czas staram się być na bieżąco. Sprawdzam, co się dzieje na naszym, ale i światowym rynku. Na przykład teraz słucham głównie polskiego rapu. Palucha, Kukona, Białasa… Ale nie po to, by być tylko na bieżąco, ale dlatego, że lubię muzykę. Po prostu.
Teraz mam lepszy pomysł na twoją płytę producencką: „Raperzy i Rubens”. The Black Keys wydali kiedyś w Stanach fajny materiał „BlakRoc”
Nie myślałem wcześniej o raperach, bo nie znam ich osobiście zbyt wielu.
Kwestia wysłania wiadomości, zapoznania.
No tak. Może masz rację. Wpisuje się to w mój pomysł na płytę producencką i jeśli udałoby się zaprosić paru raperów, to zajebiście. Zwłaszcza biorąc pod uwagę moją obecną ekscytację tą muzyką.
Trzymam kciuki, ale wcześniej – cytując klasyka – „usłyszeć chcę, że wszystko okej, że dobrze się masz i nie brakuje ci nic”...
OK to mało powiedziane. Jest naprawdę zajebiście. Muszę ci powiedzieć, że ja przez pandemię wyleczyłem się z chęci posiadania w życiu świętego spokoju. To w ogóle jest jakaś taka utopia. Oczywiście fajnie jest do tego dążyć, ale ja uważam że nie da się tego nigdy osiągnąć. Nie będzie tak, że wszystko mi w życiu zagra, ale najważniejsze, by mimo tego czuć się OK.