Z Kołobrzegu na Bornholm można dostać się statkiem, jachtem żaglowym, albo dobrą motorówką. Jak się niedawno okazało, można także wpław. Jest tylko jeden warunek – trzeba się do tego przygotowywać całe życie, tak jak Sebastian Karaś. Nie bez znaczenia było trwające latami nabieranie doświadczenia podczas przepłynięcia Kanału LaManche, startów w międzynarodowych zawodach, bicia rekordu Polski w 24-godzinnym pływaniu na basenie, czy choćby podczas zeszłorocznej, nieudanej próby. To po niej musiał się podnieść, wyciągnąć wnioski i przełamać, żeby spróbować jeszcze raz i sięgnąć celu.
Marzenia się spełniają! Jak się czujesz, kiedy spełniło się to, o co tak długo walczyłeś? Czy nie pojawiła się pustka?
Cały czas czuję satysfakcję i spełnienie. Może nie nazwałbym tego pustką, ale zastanawiam się, co robić dalej, bo to, czego najbardziej chciałem, spełniło się. Wchodzenie w to jeszcze bardziej do niczego dobrego by nie prowadziło. Wydaje mi się, że przekroczylibyśmy strefę zdrowego rozsądku. Nie można przesadzać. Musiałbym się zastanowić, co można zrobić więcej i czy jest sens ryzykować życiem. Jest to na tyle ekstremalne, że zawsze może się coś wydarzyć - choćby ze względu na czas trwania wysiłku, jak i ilość przepłyniętych kilometrów. Wiem, że mógłbym zrobić jeszcze więcej i popłynąć jeszcze dalej. Pamiętam jak się czułem i widziałem na nagraniu jak wyglądałem. Wiem, że były rezerwy, ale muszę przemyśleć, czy to ma sens.
Oczekiwanie na warunki trwało prawie miesiąc. Co robiłeś żeby się nie spalić? Nie zmęczyło cię bycie w ciągłej gotowości?
Pierwszy raz przyjechaliśmy chyba 23 lipca, więc w sumie to było nawet pięć, czy sześć tygodni oczekiwania. Ale psychicznie byłem dobrze nastawiony i w ciągłej gotowości – szczególnie gdy znajdowałem się na miejscu, bo wiedziałem, że to się może wydarzyć w każdej chwili. Non stop sprawdzaliśmy prognozy pogody. Gdyby była taka możliwość, moglibyśmy się zdecydować na start z godziny na godzinę. Wydaje mi się, że przychodziło mi to naturalnie. Trenuję wiele lat, miałem przy tym różne, stresujące sytuacje, działanie pod wpływem presji, zawody najwyższej rangi, więc wydaje mi się, że potrafię to opanować i przełożyć na stres pozytywny, mobilizujący i motywujący do działania. Nie ukrywam, że najgorzej było wtedy, kiedy już wszyscy byli w Kołobrzegu. Myślałem o tym, że są tu dla mnie – choć każdy ma swoje obowiązki, poświęcają swój czas przeznaczony na pracę, czy dla rodziny. Wszyscy byli ze mną, a kiedy patrzyliśmy na prognozy nie było opcji żeby wypłynąć. Tak było przez całe 7 dni na przełomie lipca i sierpnia, kiedy byłem przekonany, że popłynę. Najgorsze były też momenty, gdy morze było płaskie przez kilka godzin. Zdarzało się, że byliśmy na treningu i nie było nawet jednej falki, ale wiedzieliśmy, że za kolejne sześć godzin będzie fatalnie, bo zmieni się kierunek wiatru. Było tak parę razy. Wiem nawet, że ktoś, kto pływał w okolicach Kołobrzegu wysłał mojemu znajomemu zdjęcie płaskiej tafli morza z pytaniem, dlaczego Karaś nie startuje. Ludzie nie rozumieli tego, że to tylko chwila, czy kilka godzin, a ja potrzebuję okienka trzydziestogodzinnego.
Oprócz okna pogodowego trzeba było też trafić z treningiem. Nie mogłeś przegiąć w żadną stronę. Cały czas musiałeś być wypoczęty, ale jednocześnie w dobrej formie. To szczególnie trudne, kiedy start może nastąpić w każdej chwili.
Tak naprawdę nikt nie wie, jak powinno się trenować w takich momentach, bo nie wiadomo, kiedy będzie start. Gdy byłem w Kołobrzegu pływałem po 5 km, a kiedy wyjeżdżałem – najczęściej byłem tam tydzień, a potem wracałem na kilka dni, co zależało od tego jak była zarezerwowana łódź – robiłem konkretną robotę. Potem znowu przyjeżdżałem, przez dwa dni regenerowałem się i mogłem startować. Tak samo było przed próbą - przyjechałem, czułem się zmęczony po treningach, które robiłem, ale bardzo szybko się regeneruję i już po dwóch dniach byłem gotowy. Wielkie podziękowania należą się załodze Jamesa Cooka. Można powiedzieć, że całe wakacje poświęcili nam. Oczywiście cały czas pracowali, ale wszystkie możliwe luki mieli dla nas do dyspozycji. To było kluczowe, że zamiast trzech dni mieliśmy wiele tygodni na start – może nie ciągiem, ale było wiele luk, które mogliśmy wykorzystać.
Gdy płynąłeś to pytałeś członków ekipy jak się czują. Niezły z ciebie żartowniś. Ale podejrzewam, że tak jak podczas bicia rekordu Polski w 24h pływaniu na basenie, o którym nam opowiadałeś przy innej okazji (tutaj), robiłeś to po to, żeby nie wpaść w monotonię, żeby nie myśleć za dużo o całości zadania jakie było przed tobą.
Dokładnie. Chciałem rozluźnić atmosferę, żeby się nie stresowali, że ze mną jest źle. Pytałem się, jak oni się czują – czy mają chorobę morską, czy nie mają. Oczywiście mnie to interesowało, ale nie było to kluczowe. Raczej chciałem ich uspokoić, żeby wiedzieli, że się dobrze czuję.
Mogłeś sobie pozwolić na taki komfort jak na basenie, żeby mieć słuchawki na uszach i słuchać muzyki, czy audiobooka, żeby nie popaść w monotonię?
Miałem słuchawki. Przez pierwsze sześć godzin takie z mp3. Później założyłem drugie, Aquatalk, żeby załoga mogła do mnie mówić. Mogli mi też puścić muzykę, ale nie ukrywam, że w morzu są zdecydowanie gorsze warunki do słuchania. Fale ciągle trącają słuchawki. One mi ciągle spadały, a fale uderzające o moją głowę sprawiały, że prawie nic nie słyszałem, więc później je ściągnąłem i płynąłem bez. Wydaje mi się, że byłem przygotowany na tę monotonię. Trening, który przeszedłem przygotował mnie na 28 godzin z samym sobą.
Jak już mówimy o aspektach technicznych, to jak przyjmowałeś jedzenie? Jak unosiłeś się na wodzie?
Cały czas musiałem pracować bardziej nogami niż rękami. Oczywiście pianka jest wyporna, ale to zwykła pianka pływacka. Po prostu odwracałem się na plecy i pracowałem nogami do żaby żeby utrzymać pozycję i jeść oraz pić. Najlepiej jest pracować nogami jak przy żabie, a nie naprzemiennie, bo mamy mniejszy wydatek energetyczny i łatwiej można utrzymać pozycję.
Jednym z największych wyzwań przy takich próbach jest utrzymanie ciągłości karmienia śmiałka i unikanie sensacji żołądkowych. Jaką dietę stosowałeś? Jak wam się to udawało?
Zacząłem standardowo – napoje izotoniczne i koktajle odżywcze. Od trzeciej do dziesiątej godziny jadłem rosół z makaronem. Przy tym piłem napoje izotoniczne, ale też wodę z cytryną. Rosół był ciepły, dzięki czemu grzałem sobie ręce. Od 10. godziny do 28. przeszedłem na mięso wołowe połączone z bułką. Potem były placki drożdżowe i tortille z kurczakiem. Wszystko było podawane co 45 minut z herbatą miętową. Przez 18 godzin płynąłem tylko i wyłącznie na takim pożywieniu i bardzo dobrze się czułem. Największy kryzys miałem na 40. km, w ostatnich chwilach karmienia rosołem. Przestawienie jedzenia bardzo dobrze wtedy zadziałało.
Czy to było w takiej normalnej postaci, jak o tym mówisz, czyli tortilla była tortillą, a nie zmiksowaną papką?
Tak, jadłem bułkę z mięsem i tortillę na środku Bałtyku, także dość ekstremalnie. Niektórym ludziom takie jedzenie wydaje się niemożliwe. Ja przez dwa lata szykowałem na to swój żołądek, bo to bardzo istotna kwestia, żeby w trakcie wysiłku móc normalnie jeść. Robiłem między innymi tak, że najadałem się naprawdę do syta i szedłem bezpośrednio na basen pływać z pełnym żołądkiem. Na najdłuższych treningach miałem ze sobą plecak jedzenia i jadłem dokładnie zgodnie z planem – co 45 min, tak jak podczas przepłynięcia.
A mi mama mówiła, że pływanie po jedzeniu jest niezdrowe!
Wydaje mi się, że jest niezdrowe, bo krew odpływa do żołądka żeby trawić i organizm jest mniej wydajny, ale żeby przepłynąć taki dystans, musiałem robić coś takiego.
Była jakaś chwila zwątpienia?
Były trzy takie momenty. Pierwszy na dziewiątym kilometrze. Na chwilę, w głowie, odszedłem od mojego planu żeby o tym nie myśleć i uświadomiłem sobie, że zostało mi jeszcze 91. I to był kryzysowy moment, którego załoga nawet nie zauważyła, ale psychicznie były to dla mnie chwile walki. Starałem się oczyścić głowę, żeby ta myśl gdzieś sobie odeszła i żebym mógł zachować spokój – nie tracić na to energii. Największy kryzys miałem na czterdziestym kilometrze. To była ostatnia godzina po ciemku – było po piątej rano. Miałem duży problem z błędnikiem i z żołądkiem. Wtedy pomyślałem, że chcę wyjść na łódź. Oczywiście tego nie powiedziałem, ale pomyślałem o tym. W tym momencie poprosiłem o zmianę pożywienia i herbatę. Mówiłem, że zaraz zwymiotuję, bo czułem jak wszystko rośnie mi w żołądku. W zeszłym roku pierwszy raz zwymiotowałem na dwudziestym kilometrze, a potem płynąłem jeszcze dziesięć kilometrów cały czas wymiotując. Wtedy wymiotowałem kilkadziesiąt razy. Teraz czułem, że nadchodzi to samo. Ale zmieniłem pożywienie i napiłem się herbaty miętowej. Przypomniałem sobie o akcji charytatywnej, którą robiłem w trakcie, o tym, że płynę dla nich i im dłużej to robię, tym posty na Facebooku z Jaśkiem i Magdą będą dłużej udostępniane. To mi dodało kopa. Wszystko się skumulowało. Zadecydowałem, że będę jadł nie co 45, a co 30 min, tylko mniejsze porcje. Chciałem, żeby nie było naddatku w żołądku. To bardzo dobrze zadziałało. Po pół godziny czułem się tak, jakbym na nowo wskoczył do morza i płynął jeszcze raz. W tej samej chwili zrobiło się jasno. Około szóstej, kiedy miałem już jakiś punkt odniesienia, błędnik się wyrównał i przestało kręcić mi się w głowie. To złożyło się w całość, dzięki czemu mogłem płynąć dalej.
Korzystasz z porad tego samego dietetyka, co twój brat Robert, który pobił rekord świata w triathlonie na dystansie podwójnego ironmana? (rozmowę z Robertem znajdziesz tutaj)
Trochę, ale nie bezpośrednio. Po prostu rozmawiałem z Robertem i pytałem go, co on jadł. Jeżeli chodzi o tę wołowinę, odkryłem to tak naprawdę przypadkowo podczas 24-godzinnej próby na basenie. Miałem kryzys żołądkowy. Czułem, że już nie mam na nic ochoty, i że jak będę coś jadł, to będę wymiotował. Wtedy mój kolega, który był na płycie basenu, zamówił sobie hamburgera. Powiedziałem mu, że chciałbym zjeść trochę tego mięsa wołowego. Zjadłem wołowinę z jego burgera i dostałem dodatkowej mocy. Płynąłem 10 sekund na 100 metrów szybciej niż w kryzysie. Można było zauważyć, że czegoś ewidentnie brakuje, dlatego na Bałtyku też jadłem smażone mięso wołowe.
Pytałem o dietetyka Roberta, bo oprócz tego, że sam też jadł wołowinę, powiedział, że w tym, co robicie, nawzajem się wspieracie. Czy jego niedawny sukces wpłynął na twoją motywację?
Tak i powiem szczerze, że dużo o tym myślałem podczas płynięcia. Miałem taki plan, że podzieliłem dystans na krótkie etapy i znaczące dla mnie wyścigi z przeszłości, ale nie tylko. Do 7,6 km, w mojej głowie płynąłem tak jakby z Robertem - dokładnie taki dystans, jaki on miał do pokonania na podwójnym ironmanie. Potem jechał 360 km na rowerze i biegł 84,5 km, ale on był w moim planie ujęty. Takie inne fragmenty to pięciokilometrowy Puchar Europy w Turcji, czy 10 km w Izraelu. Tak sobie szedłem od piątego do 54 km, czyli do Otyliady, gdzie płynąłem 12 godzin na basenie. Tak naprawdę, w głowie, zacząłem płynąć przez Bałtyk od 54 km do setnego. Zawsze byłem gdzieś indziej - od piątego do 7,6 z Robertem, później od 7,6 do 10 na Pucharze Świata, od 10 do 18 na trasie Gdynia-Hel. Nawet się nie zastanawiałem co jest dalej. W głowie pokonywałem krótsze odcinki. To bardzo pomogło.
Wspominałeś o celu charytatywnym, który bardzo ci pomagał. Dla kogo zbieraliście pieniądze i jak to wyszło?
Zbieraliśmy pieniądze dla podopiecznych Fundacji Dzieciom "Zdążyć z pomocą". Dla Jaśka na sprzęt, dzięki któremu będzie mógł chodzić i na kosztowną rehabilitację Magdy Samoraj, którą wspierałem podczas 24h na basenie. Wtedy robiłem to po raz pierwszy i zdałem sobie sprawę z tego, jakie to jest fajne i że rzeczywiście podczas takiego wyzwania czuję olbrzymią satysfakcję, a dodatkowo daj mi to większego kopa i podwójną motywację. Na Jaśka zebraliśmy już całą kwotę, czyli łącznie 30 tysięcy. Pierwsze 20 już było, a jak patrzyłem ostatnio, zbiórka miała już ponad 100 procent. Akcja ewidentnie się powiodła i zakończyła sukcesem. Jeśli chodzi o Magdę, jeszcze nie wiadomo dokładnie, bo to trwa, ale sądzę, że to będzie podobna kwota. Moim zdaniem super poszło i bardzo dużo osób wpłaciło pieniądze, za co im serdecznie dziękuję - że podczas mojego płynięcia zwrócili na to uwagę. Zbiórkę dla Magdy wciąż można wesprzeć. (można to zrobić tutaj)
Co teraz? Mówiłeś, że musisz to sobie ułożyć w głowie, żeby było bezpiecznie. A jakbyś przepłynął Bałtyk z Polski do Szwecji, to byłoby to bardzo niebezpieczne?
Myślałem o tym. Podobno do Malmoe jest 135 km i wiem, że tego dnia mógłbym tam dopłynąć. Nawet sobie myślałem, że jak dopłynę do Bornholmu, to być może popłynę dalej, ale akurat w tamtym kierunku jest więcej – chyba 160 km. Najbardziej bałem się tego, jak mój organizm zareaguje na brak snu. Nie spałem 43 godziny – to był mój rekord. Wiem, że gdybym zaczął rano - bo taki był plan, tylko nie było odpowiednich warunków – gdybym zaczął nie o 19:00, a o 8:00, czyli 11 godzin wcześniej, to znowu byłbym 43 godziny bez snu, ale mógłbym popłynąć dalej. Musiałbym przepłynąć 35 km w 9 godzin, a to jest możliwe, tylko nie wiem czy chciałbym to jeszcze raz przechodzić. Jeśli takiej trasy jak ja jeszcze nikt na świecie nie zrobił, to nie wiem, czy jest sens.
Jeśli sam się zastanawiasz czy to w ogóle ma sens, to być może także ci, którzy na to liczą - tak jak ja, aż do rozmowy z tobą - też powinni to zrobić… Dzięki za rozmowę!