Sir Mich
© Dagmara Szewczuk @dagsoon
Muzyka

Sir Mich: Wprowadziliśmy do krajowego hip-hopu duży powiew świeżości

Sir Mich od lat kojarzony jest głównie z sukcesów odnoszonych jako producent Tedego. Pytamy go więc o przepis na sukces. I czy na pewno chodzi w tym wszystkim o muzykę.
Autor Marcin Misztalski
Hity hitami, ale zaczniemy inaczej. Masz zapewne w swojej dyskografii utwory, które nie zostały docenione przez słuchaczy.
Sir Mich: Na albumie „Elliminati” jest kawałek „WWA Żegna”, który funkcjonował nawet jako singel promujący naszą płytę. Robiłem go w sumie z dwa tygodnie. Nawsadzałem do niego saksofonów, trąbek i innych cudów. Każda zwrotka zaczyna się innym motywem, są w nim zmiany, progresje i tak dalej. Utwór zebrał fajne opinie, ale jeśli jego wyniki na YouTubie zestawimy na przykład z „Nie banglasz”, to można powiedzieć, że został niezauważony. Pomijając tematykę kawałka - która w świecie hiphopowym jest najważniejsza - a skupiając się na muzyce, to ilość mojej pracy włożona w „WWA Żegna” jest o wiele większa niż w „Nie banglasz”.
Zastanawiałeś się, dlaczego utwory dopracowane rzadziej zabierają uwagę słuchaczy?
Zastanawiałem się nad tym wiele razy i dziś już chyba wiem, dlaczego tak jest. Przełomowym wydarzeniem była dla mnie impreza rodzinna, chyba jakieś wesele. Podpatrywałem na niej, co ludzi najbardziej przyciąga na parkiet. No i oczywiście, jak wjeżdża prosta muzyka biesiadna, to wszystkim mimowolnie chodzi nóżka i od razu śmigają na parkiet. Oczywiście nie ma w tym nic złego, bo kawałki, które mają prostą konstrukcję, również bywają na swój sposób genialne. Proste numery mają to do siebie, że zazwyczaj nie wymagają od ludzi, jakiegoś myślenia, czy głębszego zastanawiania się nad treścią. Muzycy siłą rzeczy inaczej patrzą na utwory, analizują je i rozbierają na czynniki pierwsze. Nie mogę więc wymagać od ludzi, że będą się jarali jakimiś nietypowymi rozwiązaniami i powiedzą: „O! Jakie to jest trudne do zagrania”. Nie powiedzą tak, bo mają to gdzieś. Muzyka albo ich klepie, albo nie. W tej pracy trzeba nauczyć się tego, że pewne rzeczy robisz dla własnego ego. One dają ci satysfakcję, spełniasz się wewnętrznie i pięciu kolegów muzyków powie, że zastosowałeś super rozwiązanie. Jednak większość osób tych skomplikowanych rozwiązań po prostu nie doceni. Dlatego też tak stosunkowo niewiele osób słucha jazzu czy muzyki klasycznej. To zbyt ambitne. Muzyka trudna zawsze pozostanie w niszy.
Podasz jakiś przykład?
Popatrz na to, czego słucha dziś młodzież. Jest np. taki skład jak Ekipa, który bije dziś rekordy popularności. Ich twórczość od strony stricte muzycznej nie jest wybitna, to raczej sprawne, proste rozwiązania. Za to rzeczy, które za nimi idą – marketing, sposób ubierania się – sprawiają, że trafiają do ludzi. Muzyka jest u nich dodatkiem, która sobie po prostu łupie obok. Ale spoko, takie rzeczy też są ludziom potrzebne.
Są jakieś większe projekty, przy których napracowałeś się, a ich odbiór był średni?
Na pewno takim projektem jest koncert „Pół życia na żywo”, który odbył się w Stodole w 2016 roku. Wydarzenie kosztowało mnie półtora roku działań. Wkład pracy kompletnie nie był równomierny do hype'u na to. Zapis z koncertu, który ukazał się na płytach to najprawdopodobniej jeden z gorzej sprzedanych przez nas krążków. Ludzie w klubie bawili się super, bo graliśmy numery znane, ale zaprezentowaliśmy je w totalnie nowej konwencji. Zagrane zostały na żywo przez duży, około 20-osobowy, zespół. Sprzedaż płyty totalnie nie pykła. Na szczęście jestem w takiej sytuacji życiowej, że mogłem sobie pozwolić na taki, powiedzmy, ambitny i średnio odebrany przez publikę projekt. Pracy nad płytą towarzyszyło dużo fajnych historii, ale niestety są one nieemisyjne. (śmiech)
Rozumiem. (śmiech)
Wiesz, w tej pracy fajne jest to, że o sukcesie danego numeru często decyduje przypadek. Dobrym przykładem jest tu „Wyje wyje bane”. Refren powstał totalnie na freestyle'u. Zresztą na płycie „Vanillahajs” jest wiele takich refrenów. W pierwotnej wersji tego refrenu miało nie być. Tede powiedział, że brzmi głupio. Ja się uparłem, by został taki, jaki jest - czyli lekko komiczny, ale i dosadny, podkreślający. No i przez przypadek „Wyje wyje bane” stał się hitem. Linia basu do ostatniego kawałka „DWWA20” też jest dziełem przypadku - to typowy przykład dźwięku, który gdzieś tam sobie zagrałem, nie myśląc kompletnie o tym, czy znajdzie się w jakimś utworze.
Pewnie takich numerów, które powstały z przypadku masz więcej.
Tak. „Fryderyk Chopin” powstał na zasadzie przypadku, bo przewodnim samplem jest w nim połączony płacz dziecka i śmiech Kim Kardashian... Czyli dość abstrakcyjnie. Wzięło się to stąd, że oglądałem koniec internetu, na którym znalazłem wywiad z Kardashian po urodzeniu dziecka. Zawiesił mi się komputer w momencie, kiedy ona się zaśmiało, a obok płakało dziecko. Na tyle mi się ten moment spodobał, że do niego wróciłem, wyciąłem i włożyłem w kawałek. Oczywiście numer nie ma nic wspólnego z dziećmi ani tym bardziej z Kim Kardashian. (śmiech) Błąd Windowsa spowodował, że powstał „Fryderyk Chopin”. Zrobiłem też kiedyś numer, w którym wykorzystałem fragment gadki kobiety z telewizji w Korei Północnej, czy kawałek, gdzie za tło służy mi stacja dyskietek 3,5 cala. (śmiech)
Z jakim odbiorem spotkał się album „Notes 3d”?
Ten krążek ukazał się chwilę po beefie Jacka z Peją i dość szybko po albumie „Fuck Tede”. Co pewnie też przełożyło się na to, że nie miał takiego hype'u, jaki mieć powinien. Tam są takie fajne, niestandardowe jak na tamten czas – oczywiście z punktu widzenia muzycznego – kawałki, jak: „WWA przytula mnie” czy „Są tu ze mną”. No ale album się nie przebił. Dużo rzeczy, które przemyciliśmy na krążek, zaczęło funkcjonować w Polsce kilka lat później. Nie chciałbym tu uchodzić za jakiegoś pioniera, ale z pewnymi rozwiązaniami po prostu nie trafiliśmy w moment. Pokazaliśmy je zbyt wcześnie. To, że zrobię coś jako pierwszy, to ludzi z reguły... mało obchodzi. Pulę zgarnie ten, który zrobi to w odpowiednim czasie, nawet jeśli to typowa kalka. Na „Notes 3D” było dużo jakościowej muzyki i ciekawych kompozycji. Włożyłem w nią naprawdę dużo roboty. Pod względem muzyki, to bardzo dobra płyta. Uważam zresztą, że wspomniana wcześniej płyta „Elliminati” też wyprzedziła czas.
Co na niej jest takiego nowatorskiego?
2013 był rokiem, kiedy w modzie była muza, powiedzmy, robiona w bardziej klasyczny sposób, zachowawcza. Miałem jej wtedy już totalnie dość, czułem przesyt, bo to były kopię kopii. Podobnie zresztą jest teraz z numerami trapowymi. Pojawiają się kawałki i już nie odróżniasz, czyj jest kogo. Choć w tym zalewie zdarzają się też rodzynki. „Elliminati” na tle tego, co ukazywało się wówczas w Polsce, brzmiała bardzo nowocześnie. Czerpaliśmy w dużym stopniu ze sceny amerykańskiej. Robiliśmy numery w stylu Ricka Rossa. Mieliśmy bogate instrumentarium, trochę ówczesnego trapu, zabawy auto-tunem. Wpadłem wtedy na pomysł, by używać auto-tuna na koncertach. Jacek chyba jako pierwszy zaczął jeździć z tym auto-tunem po Polsce. Nie byliśmy pionierami na świecie, ale śmiem twierdzić, że wprowadziliśmy do krajowego hip-hopu duży powiew świeżości.
Teraz, jak patrzysz na muzykę? Wciąż chcesz robić rzeczy nowatorskie?
W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że ludzie oczekują prostych kawałków rozrywkowych, które puszczą sobie na imprezie. Tak bardzo jaram się muzyką, że działam obecnie w taki sposób, że robię rzeczy odmóżdżające - łupanki, ale i bardzo skomplikowane, w których jest 15 akordów na takt. Pracuję w tej chwili na przykład nad projektem jazzowym, który na pewno nie zarobi pieniędzy. (śmiech) Nie patrzę na to wszystko, jak niektórzy muzycy, którzy uważają, że rzeczy proste są chu*owe i liczą się tylko te w pełni dopieszczone i skomplikowane. To duży błąd w postrzeganiu muzyki. Po latach doszedłem do takiej konkluzji, że zajebiste rzeczy są po prostu zajebiste! Nie ma znaczenia, czy utwór powstał w godzinę, czy w osiem dni. Jeśli ktoś się zafiksował i robi tylko kawałki trapowe, to... no po roku można wylądować na lewym skrzydle. Skupienie się na jednej dziedzinie, nie pozwala łapać oddechu i spojrzenia na własną twórczość w obiektywny sposób. Uważam wręcz, że słuchanie muzyki powinno opierać się o przeróżne gatunki, bo to rozszerza ilość bodźców, jakie otrzymujemy. Jeśli ktoś słucha tylko rapu no to... strasznie mu współczuję. (śmiech) Warto obracać się w różnych środowiskach, bo to po prostu rozwija i wzbogaca. Czasami puszczam sobie np. folklor z Nigerii czy z Japonii. Robię takie wycieczki po internecie i docieram do naprawdę zajebistych, inspirujących rzeczy.
Jak muzycy ze świata jazzu reagują na twoje kawałki z TDF-em?
Bardzo różnie. Muzyków zawodowych można podzielić na dwie grupy. Ortodoksów, którzy uważają, że jest na świecie tylko pięciu artystów zajebiście grających, a reszta może co najwyżej próbować. Jest też druga grupa, która niekoniecznie jara się naszą twórczością, ale kumają mój przelot i jest to w jakiś sposób dla nich do strawienia. Nie krytykują mnie z tego powodu. Świat muzyków jest dość dziwny. Po części wynika to z edukacji w naszym kraju, bo w szkołach muzycznych - przynajmniej, jak ja do niej chodziłem, a nie było to strasznie dawno temu - mało jest nauczycieli, którzy stawiają na kreatywną pracę. W szkole nastawienie jest takie, że w historii muzyki było tylko kilkunastu genialnych kompozytorów, a uczeń - w dużym uproszczeniu - jest osobą, która co najwyżej może próbować to zagrać, ale i tak wiadomo, że nie osiągnie poziomu oryginału. W mojej ocenie nie jest to zachęcające do dochodzenia do własnych rozwiązań, poznawania nowych rzeczy. Geniusz twórców z okresu baroku był ogromny, ale żyjemy w 2021 roku i kończąc szkołę, na której uczyłeś się grać na wiolonczeli, zderzasz się z rynkiem pracy i... co dalej!? Jest ograniczona liczba orkiestr, które mogą cię zatrudnić i jak tam trafisz to ok - masz etat i sobie grasz. Co z resztą tych osób? Tak się składa, że znam wielu takich ludzi. To jest niesamowite, że wszyscy żyjemy w tej samych czasach - mamy internet, dostęp do wiedzy i muzyki - a większość z nich jest tak zniewoleni przez system nauczania, że dla nich cokolwiek innego od tego, co poznali w szkole, jest chałturą i trzeba ją omijać z kilometra. Smutne to.
Kiedy słuchacz niektórych polskich producentów hiphopowych też ci smutno?
Nowe pokolenie ma dużo łatwiej, bo technologia pozwala im bez jakiegokolwiek przygotowania muzycznego, ale jednocześnie z jakimś tam talentem osiągać bardzo dobre wyniki. Dostępność różnych narzędzi jest na wyciągnięcie ręki. 10 lat temu nie było takich możliwości. Z drugiej strony - wykształcenie muzyczne też nie sprawia, że jesteś kimś lepszym. Masz po prostu usystematyzowaną teoretyczną wiedzę na pewne rzeczy. Często zachodzę w głowę, że wielu producentów nie gra na instrumencie, chociaż jednym. Nie mówię, że w stopniu zaawansowanym, ale w podstawowym - typu obsługa klawiatury fortepianu. Nie wyobrażam sobie braku grania na instrumencie i robienia muzy. To zawęża możliwości. Nie trzeba iść do żadnej szkoły, by się tego nauczyć. Granie na instrumencie cholernie ułatwia później pracę, daje pojęcie, rozbudowuje możliwości. Oczywiście, że technicznie jest możliwe robienie muzyki bez używania instrumentów, bo niektóre kawałki nie wymagają umiejętności grania - można je spokojnie ułożyć w komputerze. Wyobraź jednak sobie, że przychodzi do ciebie ktoś z dużej firmy i proponuje fajną robotę, której nie da się zrobić z loopów. Co wtedy robisz? Leżysz bezbronny, nie poradzisz sobie z projektem.