„Granice stawiamy sobie tu sami, brak innych granic / Bawić się życiem to trzeba potrafić, się nie zadławić” – rapuje na swojej pierwszej solowej, wydanej po ponad dwudziestu latach na muzycznej scenie, płycie. I takiej nie mógłby nagrać nikt inny. Jak sam w końcu zaznacza w innym numerze: „Biznes, życie, street – mówię wam, nikt ci ku*wa nie da, jak nie weźmiesz sobie sam / Przejdę do historii jako ten kto zaliczył, wszystkie plansze gry od zera, od ulicy”. Naszą rozmowę z Sokołem zaczynamy jednak od pytania o inne aktywności.
Pamiętasz, jak szumiał twój ostatni ocean?
Jasne. Nieźle, nieźle... (śmiech) Tuż przed premierą płyty byłem w Meksyku. Ale mogłem wyjechać tylko na tydzień, bo zaraz wychodził album, było dużo do zrobienia... Nie był to więc pełnowymiarowy wyjazd jakiego bym chciał – wiesz, totalny relaks przez miesiąc – ale ten tydzień też mi dużo dał. Ocean szumiał bardzo fajnie, natomiast było trochę glonów, nieco nieciekawa sytuacja jeśli chodzi o kąpanie. Nie spodziewałem się, że w tamtych rejonach poczuję się trochę jak nad Zalewem Zegrzyńskim. (śmiech)
Lubisz podróżować, by mieć szerszą perspektywę?
Przede wszystkim po to, by ją zmienić. I naładować baterie. Dużo jeździłem do Azji, to był dla mnie zawsze przyjazny kontynent i przyjazny był też stosunek obsługi do ceny. Choć oczywiście to też zależało od miejsca, bo Japonia na przykład była drogim miejscem. Japonia sama w sobie jest świetna, ale też bardzo specyficzna. Południowa Azja to z kolei raj turystyczny, nie dziwię się, że od lat jeździ tam mnóstwo Polaków. Moją pierwszą wyprawą w tamte rejony była wycieczka do Indii, w wieku 11 lat. Potem miałem długą przerwę w lataniu do Azji, najdalej wtedy byłem chyba w Gruzji. Ale w 1999 roku, tuż przed wydaniem płyty Zip Składu, poleciałem do Tajlandii. I powiem ci, że było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie, pierwsze azjatyckie już dorosłego człowieka. Było mega fajne, bardzo mi się podobało. Potem w tej Tajlandii byłem kilka razy. Pięć, może sześć… W różnych miejscach i różnych odstępach czasu. Wiesz, Tajlandia to jest taki pewniaczek – tam zawsze możesz polecieć i będzie spoko. Byłem też na Sri Lance, w Malezji, Wietnamie, Kambodży, Korei, Chinach, Hongkongu… No i dalej, w Australii.
Kiedy lecisz to z plecakiem, czy na bogato?
Typowo backpackersko akurat nie podróżuję, ale spędzam wyjazdy dość freestyle'owo i często część podróży jest nieprzewidywalna. Przede wszystkim – nigdy nie kupuję wycieczek. Kupuję tylko bilet w tę i z powrotem i często wygląda to tak, że wracam z innego miejsca niż to, do którego lecę. Zakładam sobie tylko pewne ramy: jakiś kraj, a częściej nawet kilka krajów na danym kontynencie. I potem bookuję hotel na jedną noc, maks dwie i zastanawiam się, co dalej. Czasami wybieram bungalow na plaży, czasami kwadrat z ceratami na stołach w Rio, loft w Buenos Aires, dom w Hawanie, pokój nad pubem Castro w Castries na Saint Lucia… W sumie więc, może nie zatrzymuję się w hostelu, bo nie jestem z tego cyklu w ogóle, ale mieszkam gdzieś na luzie. Staram się natomiast w trakcie każdej podróży nocować też kilka dni w jakimś bardzo dobrym hotelu. Jestem gościem, który lubi komfort i lubi poznawać życie także z tej strony – kiedy możesz sobie pozwalać na pewne rzeczy i nie oszczędzać. Wtedy maksymalnie wypoczywam. Ale nienawidzę wielkich resortów, wybieram raczej hotele butikowe.
Cieszę się, że o tym wszystkim mówisz, bo w innym wywiadzie powiedziałeś: „Nie przedstawiam się: Wojtek Sokół, raper. To nie jest całe moje życie”. A niewielu wie, czym ono – poza muzyką i marką Prosto – jest jeszcze zajęte.
Lubię podróżować, spędzać aktywnie czas. Lubię chodzić do teatru, do galerii – jeśli trzeba to także tej handlowej. (śmiech) Słucham więcej audiobooków niż czytam książek, bo mogę to robić stojąc w korkach, a trochę brakuje mi czasu, ale na pewno nie trwonię go na politykę, ta przestała mnie interesować już kompletnie, bo nie powinienem się denerwować. Przeraża mnie, co się u nas ostatnio stało, jak bardzo polityka stała się celebrycka, jak daliśmy zawładnąć się ludziom i mediom, którzy wmawiają nam, jak powinniśmy żyć. Ludzi popie*doliło! Oni chcą cały czas igrzysk, chcą, żeby wszyscy się dookoła żarli i pozabijali. Dzielą się na jednych i drugich, lewych i prawych, zupełnie tego nie rozumiem. W rapie też, jakieś podziały na stare i nowe szkoły. To jest jakiś koszmar. Ku*wa, przecież muzyka jest jedna. I albo jest dobra, albo słaba.
Przeczytałem w sieci, że wyśmiewasz młodych raperów w swoim „Końcu gatunku”.
Znowu – młodzi, starzy. Ja kompletnie tego tak nie dzielę. Dziennikarze też są totalnie zje*ani. Szukają clickbaitów, wyciągają po jednym słowie, szukają sensacji tylko po to, żeby się klikało. Poziom tego, co się dzieje dookoła, jest żenujący. Każdy walczy o ku*wa swoje 5 złotych jakby tonął, jakby w ten swój czepek pływacki cały się wpier*olił i nie mógł kur*wa pływać.
Gdybym chciał w tym numerze mówić konkretnie o kimś, to bym to zrobił. Ale skoro tego nie robię to dlatego, że chcę, żeby każdy miał niedopowiedzenie, miejsce na własną interpretację, żeby każdy tam sobie wstawił kogo tylko chce. Czy naprawdę żyjemy w czasach, kiedy trzeba pisać instrukcję rozumienia tekstów? Jak zobaczyłem, co ludzie wypisują na temat moich kawałków, albo jak przekręcają moje słowa, to się ku*wa złapałem za głowę. Nic tam się nie trzyma kupy, ludzie nie kleją slangu, nie kumają sensu totalnie.
I dlatego sam napisałeś sporo komentarzy do swoich tekstów w serwisie Genius.com?
Dawno temu już miałem impuls, żeby do tego przysiąść i pewne rzeczy wytłumaczyć, bo widzę, że inaczej się nie da. Na Geniusie dopisałem kilka słów od siebie, bo stwierdziłem, że muszę im to wytłumaczyć, bo żal, żeby przychodzili na koncerty i śpiewali coś bezmyślnie, albo w ogóle inny tekst. To trochę przykre, ale stwierdziłem, że lepiej dać im tę instrukcję, niż żeby wyobrażali sobie jakieś głupoty. Nie wiem czy pamiętasz sprawę z „Jeszcze będzie czas” WWO – ten tekst wisiał przez wiele lat na jakimś tekstowo.pl, czy czymś takim, i tam miałeś: „gra na bis, gra na bas”… O co w ogóle chodzi? Nie mam pojęcia kto takie rzeczy pisze, ale to jest ku*wa straszne.
A co powiesz na opinie, że nagrałeś seksistowski album?
Niech mówią, co chcą. Słyszałem już tysiące opinii na mój temat, ale w ogóle tego nie łykam. Także tej ich poprawności politycznej. Zrównanie płci na zasadzie idiotycznych parytetów? Dla mnie z zasady obie płcie są równe! Nie trzeba tu niczego zrównywać. Tak już jednak jest, że jeden jest silniejszy, drugi słabszy, jeden brzydszy, drugi ładniejszy... I jeśli na siłę zaczniemy ich wszystkich zrównywać, to ku*wa spie*dolimy wszystko, bo siłą rzeczy będziemy musieli równać w dół. Moim zdaniem ten świat zmierza w złą stronę. Daliśmy dojść do władzy totalnym poj*bom. Jedni ciągną w lewą, drudzy w prawą stronę i wmawiają nam, że musimy popierać albo tych, albo tamtych radykałów. Ale żaden z nich nie jest dla mnie partnerem do rozmowy.
Zobacz – jedni atakują swoją poprawnością polityczną, drudzy chcieliby pogrodzić kulę ziemską płotem, machać flagami i pie*dolić, że ich kawałek planety jest najważniejszy na świecie, a cała reszta się nie liczy. Czy to nie debilizm? I jeszcze nie wiem, jakim cudem ci ludzie przejęli wszystkie media. W takim świecie, wypełnionym przez dwie, totalnie skrajne, narracje nie ma już miejsca na wyważone i normalne opinie. Musisz opowiedzieć się po którejś ze stron. Ja nie raz już słyszałem, że nie mam własnego zdania, że muszę się określić, że to przez to, że nie chcę się nikomu narazić. Nie! Nie łykam ani jednych, ani drugich. Po prostu. Myślę samodzielnie i popieram konkretne pomysły, a nie ideologiczne brednie.
Czyli ewidentnie nie ma ratunku dla tego gatunku.
Nie dramatyzuj, nic się nie wydarzy. Musisz tylko umieć kierować swoim życiem. Jeśli jesteś przerażony zaistniałą sytuacją i nie umiesz się zaadaptować, nie umiesz sobie stworzyć świata, w którym to ty rozdajesz karty, to rzeczywiście utoniesz. Ale to da się zrobić. To my mamy wpływ na nasze życie i naszą rzeczywistość. To wszystko dzieje się w naszych mózgach. Jeśli będziesz cały czas tylko narzekał i nic z tym nie robił, to rzeczywiście nie ma dla ciebie ratunku. Trzeba działać. I nie chodzi mi tu o afiszowanie się w jakiś manifestacjach – czarnych marszach czy miesięcznicach. Chodzi mi o zmienianie własnego życia i kreowanie lepszej rzeczywistości. To wszystko jest dużo prostsze niż się ludziom wydaje.
Ty nigdy nie narzekasz?
Uwielbiam. Ale na te proste rzeczy. Na przykład: „gdzie są ku*wa moje buty?!”. Albo: „pie*dolona pasta do zębów! Znowu się skończyła!” – o tak sobie czasami zaczynam dzień. Takie drobnostki lubię. Potrafię dostać pie*dolca, kiedy nie ma worka na śmieci w koszu. Ktoś wyjął pełny worek, ale nie wsadził nowego, a ja tam wrzucam jakieś śmieci… No ch*j mnie strzela! Nienawidzę tego. Właśnie takich małych rzeczy. Natomiast duże problemy przyjmuję na chłodno, analitycznie. Zastanawiam się, jak z nich wyjść. A na te małe ponarzekam sobie, poprzeklinam i powku*wiam przy okazji innych. Bo mnie to przy okazji bawiło zawsze. Jak tym przeklinaniem na drobne rzeczy i pie*doleniem pod nosem denerwuję innych, to tym bardziej mnie to cieszy. Oni tego nie wiedzą, że ja to często robię dla jaj. (śmiech)
Na swojej płycie narzekasz i przeklinasz umiarkowanie.
Jak to?! Przecież to jest płyta, na której najwięcej przeklinam ever! Nie liczyłem co prawda tych wszystkich przekleństw, ale jak już wróciłem z Meksyku i po tygodniu przerwy posłuchałem gotowej płyty, to miałem wrażenie, że naprawdę dużo na niej przeklinam. Ciekaw jestem, może ktoś to kiedyś policzy…
Wróciłeś i okazało się, że recenzje są zdecydowanie entuzjastycznie. Spodziewałeś się takiego przyjęcia?
Mimo że miałem kiedyś kawałek „Nie pisz czarnych scenariuszy” znany jestem z tego, że ja piszę czarne scenariusze zawsze. Drażniło mnie jednak ciśnienie ludzi i ich nakręcanie spirali oczekiwań, co stawiało mnie w niekomfortowej sytuacji. Wolę podchodzić skromnie do takich rzeczy. Nie mam ciśnienia na hajs, urażonej dumy, która ciągle potrzebuje łechtania i atencji. Wracając jednak do nowej płyty, wiadomo było jedno – jeśli ją spie*dolę, to właściwie nie mam po co wracać. Na pewno nie chciałbym być jednym z tych starych zespołów i artystów, którzy wydają cały czas swoje płyty, ale słucha ich kilkadziesiąt osób. Oczywiście podziwiam tych moich kolegów, którzy wciąż to robią z prawdziwej pasji, natomiast inną sprawą jest umiejętność zejścia ze sceny w odpowiednim momencie.
Ty jesteś pasjonat?
Pasjonat to jest dla mnie ktoś oddany sprawie w stu procentach. Ja mam raczej turbo zajawę, bo przecież robię też wiele innych rzeczy. A może jednak to coś więcej? Nie wiem, nie umiem ci odpowiedzieć na to pytanie. Może dlatego, że ja się za bardzo nad sobą nie zastanawiam.
Nie słyszysz w domu: „Wojtek, zastanów się na sobą”?
O, stary. Cały czas i od wielu lat. I nie tylko w domu.
A czujesz na sobie uciekający czas?
Skończyłem 42 lata, więc na pewno. Ale jakbyś mnie zapytał, na ile się czuję, to chyba od 25. roku niewiele się zmieniło.
Mam podobnie. Ale czasem, kiedy przyjdzie mi spotkać się na jakiejś imprezie z młodszymi o 10-15 lat ludźmi, to bywa, że czuję się staro.
Być może. Ale gdyby stare dziady siedziały cały czas tylko ze starymi dziadami, to wszyscy zatrzymaliby się w rozwoju i przestali cokolwiek kumać. Młodzi nie mieliby się z kolei od kogo uczyć. Świat jest dzisiaj tak zidiociały, że młodzi potrzebują starszych, żeby się czegokolwiek o życiu dowiedzieć. To jest trochę to, o czym rapowałem w „Chcemy być wyżej” – musisz mieć ciągły przepływ informacji między pokoleniami. Dlatego cały ten podział w hip-hopie na stary i nowy – czegoś głupszego w życiu nie słyszałem! Normalny człowiek powinien wiedzieć, że to nie ma żadnego sensu.
Zaznacza się też coraz bardziej podział na hip-hop i całą resztę. Patrz ostatnia gala rozdania Fryderyków i to, co się po niej stało, czyli ogłoszenie własnych nagród w środowisku hiphopowym… Gdybyś dostał zaproszenie, przyjechałbyś na galę Fryderyka?
Może jakbym nie grał akurat tego dnia koncertu? Bo gdyby się okazało, że mogę gdzieś jechać na swój koncert, zagrać dla fanów i wrócić do domu z gotówką to na pewno bym tego nie rzucił i nie jechał na żadną galę tylko dlatego żeby się tam pokazać. Zwariowałeś?! Dla popowych gwiazd to jest konieczność – zabłyśnięcie w telewizji, to jest ich droga. Ale na ch*j mnie to wszystko? To oni potrzebują takich jak ja, jeśli chcą być wiarygodni w oczach normalnego słuchacza – hip-hop to przecież najlepiej sprzedająca się w tym kraju muzyka. A jeśli nas potrzebują, to niech coś zaproponują, żebyśmy chcieli tam przyjechać. I tu nie chodzi tylko o pieniądze.
Mam wrażenie, że dziś, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, można o tobie powiedzieć, że możesz wszystko. Jak w numerze WWO – na nikogo się nie oglądasz i spokojnie robisz swoje. Ale musiało upłynąć trochę czasu i musiałeś wreszcie zabrać się za swoją płytę, żeby dało ci to tyle frajdy.
A czy sex sprawia ci więcej przyjemności jak masz 40 lat i jesteś bardziej doświadczony? Czy może jak masz 20 i jesteś kompletnym świeżakiem? To nie ma znaczenia. Ważne, z kim się pie**zysz. Jeśli chodzi o mnie i moją muzykę to tu nie ma wielkiej filozofii. Po rozstaniu z Marysią nie chciało mi się szukać kolejnych osób do robienia płyty. Wiadomo, że mogłem ten album znowu nagrać z kimś i pewnie jeszcze kiedyś taki zrobię, bo ja lubię pracować z innymi. Sam nie mam motywacji, mi się trochę nie chce. Jak na przykład mam się wybrać do studia, to prędzej tam pojadę z kimś, niż w pojedynkę. Tak mam. Lubię pracować w ekipie. Może właśnie dlatego, że ja nigdy właściwie nie pracowałem? Oprócz oczywiście jakichś swoich przedsięwzięć… No i tego jednego momentu, gdy brat mojego dziadka, wybitny i najstarszy czynnie pracujący geodeta w Polsce, wziął mnie do pomocy w wakacje i pomagałem mu mierzyć pola. Śmigałem tam u niego wtedy z tyczką. I tyle. Bo czy na przykład audycję radiową można traktować jak pracę? Nie znam się na pracowaniu. Nie wiem jak to jest. Cały czas pracuję dla siebie. To jest coś zupełnie innego. A pracować dla kogoś? Nie mam właściwie pojęcia jak to jest.
Pewnie nie będziesz mieć okazji, by się przekonać.
Pycha ludzi gubiła niejednokrotnie, ale mam nadzieję, że nie. Bo byłoby mi ciężko. Chociaż wiesz, wszystko się może zdarzyć. Ludzie kończyli na zmywakach – największe gwiazdy, w ogóle nieporównywalnie większe ode mnie.
A kiedy przychodziło ci pracować dla dużej marki – musiałeś się kiedykolwiek naginać?
Moim pierwszym sponsorem była akurat mała, nieistniejąca już firma odzieżowa Storm. Ona też szyła potem pierwsze koszulki Prosto. To byli moi rówieśnicy, którzy robili po prostu ubrania deskorolkowo-snowboardowe. Potem pierwszy duży deal to był ten z siecią Heyah, na klip WWO „Sen”. Dostaliśmy kasę na sam teledysk – jakieś kilkadziesiąt tysięcy złotych. Wtedy, w 2004 roku, to była dla nas kosmiczna sytuacja, spełnienie marzeń, bo cały scenariusz był naszych ludzi, wszystko było nasze, zajebisty master shot, a oni dawali na to wielką, jak na tamte czasy, kasę. I na końcu usłyszałem, że łapka w tym czarno-białym, wysmakowanym klipie ma być jednak czerwona. Powiedziałem: „a to ch*j w ten klip, pie*dolę go! Nie zgadzam się”. No i nie było czerwonej łapki. (śmiech) Rozumiesz? Nie ma sytuacji bez wyjścia. Nie ma sytuacji, kiedy musisz się nagiąć. Duże marki to już rozumieją, bo przecież zależy im, żeby taka współpraca wyszła naturalne, w niczyim interesie jest to, żeby odbiorca czuł jakąkolwiek ściemę. Ale są ludzie z bardziej giętkim kręgosłupem. Jak patrzę co są w stanie zrobić tylko po to, żeby ktoś im za to zapłacił, i to o wiele mniejsze pieniądze, to ku*wa nie wierzę.
Ja nie mogłem uwierzyć, kiedy jechałem do ciebie na wywiad – zaproszenie wysłane z kalendarza Google'a, potwierdzenie na trzy telefony? Rzadko spotykana u nas profesjonalna sytuacja.
Od wielu już lat staram się robić wszystko profesjonalnie. Nie zamierzam żyć i pracować w żadnym poj**aństwie. Zresztą, nie mam jak. Ja za dużo robię, żeby robić to amatorsko i bez planu. Wciąż lubię się pobawić, lubię melanż, ale na pewnym poziomie nie da się pracować w sposób chaotyczny. Żeby mieć czas dla siebie, trzeba działać profesjonalnie.
Śledzisz też statystyki na Facebooku i YouTubie – nie tylko wyświetleń, ale i zasięgów, grup docelowych – żeby wiedzieć co się w social mediach dzieje?
Jasne. To dla mnie element ważnej wiedzy. I ja ją bardzo lubię. Na przykład bardzo ostatnio mi urosła grupa słuchaczy w wieku 18-24. Najmocniejszą mam w przedziale 25-34, cały czas. Najsłabsza to 13-17 – czyli ta, która pewnie u niektórych moich kolegów jest tą największą. Ale ja tej grupy nie zdobędę nigdy, bo nie mówię jednak o rzeczach, które byłyby ciekawe dla tak młodego odbiorcy. Jak kiedyś dorośnie, to wtedy pogadamy. (śmiech)
Masz już plan na to, co będziesz robił dalej?
Nie wiem. To nie jest wcale tak, że po wydaniu płyty i po jej dobrym przyjęciu, mam teraz jakąś strategię podboju świata, nowych terytoriów. Nawet tych wiekowych. Ale wiem na pewno, co chcę osiągnąć, bo od lat konsekwentnie dokądś zmierzam.
Dokąd?
Chciałbym lepiej żyć. Żyć godnie, kochany.
Byłem przekonany, że to się już wydarzyło.
Powiem ci, co mnie najbardziej wku*wia. Że jako prawdziwy patriota, który nie wyjechał z tego kraju, nie opuścił go dla pieniędzy, ale płaci tu całkiem spore podatki i współtworzy w jakiś sposób to społeczeństwo, przychodzi mi cały czas żyć w miejscu, w którym bardzo źle nam płacą.
Poziom zarobków jest u nas bardzo niski w porównaniu z tym, jak zarabiają nasi rówieśnicy i ludzie podobnych profesji za Zachodzie. Ale tak ku*ewsko niski. Oczywiście ja nie mam prawa narzekać przy pani z warzywniaka, która zarabia tysiąc pięćset i musi utrzymać dużą rodzinę, więc wtedy zamykam mordę i nic nie mówię. Ale podejmując temat zupełnie szczerze, to jakim kosztem ja to zdobyłem? Gdzie byłbym dzisiaj, osiągając to samo w Niemczech czy Francji? I oczywiście, znowu ktoś zapyta: jak można narzekać, jak jeździ się drogim samochodem, je w restauracjach i dla wielu rodaków żyje się życiem jak ze snu? Nie wypada. Ale czy ktoś myśli jaka jest tego cena? To co z boku wygląda na lekkie, rajskie życie, potrafi być piekłem i przekleństwem. I tacy ludzie zarabiają w Polsce tyle, co niemiecki mechanik, który też wykonuje ważną robotę, ale np. nie jest narażony na nieustanne ocenianie, utratę prywatności. Kończy pracę o 17:00 i jest od niej wolny na wieczór, dzień czy weekend. Zgaduję, że statystycznie wśród mechaników problemy związane z wysiadającą psychiką czy samobójstwami nie są tak częste jak u artystów. To niepopularne mówić o tym głośno, zwłaszcza w tym kraju, ale to naprawdę trudna i odpowiedzialna praca i ma mnóstwo ciemnych stron, które bardzo trudno dostrzec z zewnątrz. A porównując sytuację artystów w tym kraju do sytuacji artystów na Zachodzie – to tam show-biznes to jest duży show i wielki biznes, a tu głównie mały show i mikro biznes. Ostatnio byłem na świetnej sztuce „Cząstki kobiety” w TR Warszawa – szczerze podziwiam tych wszystkich świetnych aktorów za ich pasję. I chciałbym, żeby tacy artyści mogli żyć godnie. Chciałbym, żeby każdy w tym kraju mógł żyć godnie – zarówno aktor, raper, jak i pani z warzywniaka.
