Soulpete (po lewej) i Bonson
© Paweł Zanio
Muzyka

Soulpete: Fajny jest hip-hop, który ryje głowę

Od lat trzyma się swojej muzycznej drogi i – jak sam przyznaje – dobrze na tym wychodzi. Soulpete mówi nam o najnowszym albumie z Bonsonem, byciu idealistą i filmach bez szczęśliwych zakończeń.
Autor: Marcin Misztalski
Przeczytasz w 12 minPublished on
Nowa płyta Bonsoul „ReStart” ukazała się w Asfalt Records – dlaczego akurat teraz? Zmęczyło cię już bieganie z paczkami na pocztę i ogarnianie wszystkiego samemu?
Soulpete: Z Asfaltem miałem już mały romans przed laty, kiedy robiłem „Growbox” z Jeżozwierzem i O.S.T.R.-em. Więc z Tytusem znamy się od jakiegoś czasu. Kiedyś w luźnej rozmowie z Bonsem – jakoś zaraz po premierze „Kiwki...” – padł pomysł, by może kolejny album zrobić na większą skalę, bo ja już nie dawałem rady z ogarnianiem takich ilości zamówień. Męczyło mnie to. Poza tym potrzebowaliśmy zmiany, jakiegoś bodźca, który sprawi, że nowa płyta będzie się różnić od poprzednich części – stąd właśnie taki, a nie inny tytuł. Po rozmowie z Bonsonem i Tytusem uznaliśmy wspólnie, że wydajemy materiał pod szyldem Asfaltu. Mogliśmy sobie pozwolić na wynajęcie studia i pracę od rana do nocy. I tak też było. Pojechałem do Szczecina, gdzie wspólnie z Bonsonem (Laik też siedział z nami przez tydzień) robiliśmy wszystko na miejscu, numer po numerze. Nigdy wcześniej nasza praca nie wyglądała w taki sposób, bo dzieli nas 750 kilometrów. Do tej pory ja produkowałem w Lublinie, a on pisał u siebie. Przy „ReStarcie” robiliśmy średnio dwa numery dziennie. Rzeźbiłem bity, Bons pisał i wieczorem mieliśmy już dwa piloty. Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że przy pracy nad płytą nie było alkoholu. (śmiech) Nie wziąłem nawet łyka piwka, bo byłem też kierowcą na tej imprezie. Dopiero później mogłem sobie pozwolić na lekkie rozluźnienie.
Po tych „Restartowych” doświadczeniach jesteś w stanie powiedzieć, który rodzaj współpracy bardziej ci odpowiada?
Wiadomo, że lepiej się spotkać i posiedzieć razem. To już chyba taka zależność, że jak wydaję płytę w Asfalcie, to mocno się integrujemy, bo przy „Growboxie” też siedziałem z tydzień na chacie u O.S.T.R-a. Bonson ma zresztą ciekawy etos pracy. Rano leciałem z nim na siłkę, później jedliśmy śniadanie i biegiem do studia. Zawsze przygotowywał nam jakiś posiłek na wynos – nie to, że kanapki z cebulą i masłem, tylko różne sałatki, ryż itp. No nie pogadasz! (śmiech) W studiu była już stuprocentowa koncentracja na robocie. To było fajne doświadczenie, pomimo że czasami zdarzyło mi się wku*wić, kiedy bit mi nie siedział. Najgorzej było chyba ostatniego dnia, gdy już nie miałem weny i czułem zmęczenie muzyką. No ale ostatecznie udało nam się wszystko dopiąć na czas.
Siedząc tak razem w jednym studiu, podrzucaliście sobie pomysły?
Znamy się już od tylu lat, że bez gadania wiemy, czego od siebie oczekujemy i zazwyczaj nie wchodzimy sobie w drogę. Plan był prosty – płyta miała być świeża, ale nie mogło na niej zabraknąć naszego brudnego i surowego sznytu. Wiedzieliśmy też, że jeszcze w tym roku puszczamy drugi album Almost Famous, więc nie mogliśmy na „ReStarcie” popłynąć w takie ciężkie klimaty, dlatego „Czarny pijar” to jedyny numer zrobiony w tej stylistyce. Nasz miły realizator, Kubuś, był do naszej dyspozycji, więc pomagał zarówno przy nagrywaniu wokali, jak i klawiszy. Czasami też rzucał jakimś pomysłem. Wszystko wychodziło naturalnie i samo z siebie.
Jak zdefiniowałbyś tę świeżość, którą przemyciliście na krążek?
Brzmienie, pomysły, teksty, dogrywane instrumenty, sposób pracy – to wszystko różni się od naszych wcześniejszych wspólnych płyt, które mogliśmy równie dobrze nazwać: „W jeden dzień, bo nudno było". (śmiech) Dzięki temu czuć, że jest to inny materiał. Goście oczywiście też przemycają na projekt swój klimat i styl, co dodaje smaku i sprawia, że album jest z gatunku nieprzewidywalnych. Nie sądzę, by wiele osób spodziewało się, że na jednym tracku usłyszy Słonia i Włodiego, czy wspólny utwór Rasa, Holaka i Jana Rapowanie... Prędzej wspólna audycja niż numer na BonSoul. (śmiech)
Słychać, że Słoń i Włodi czują się bardzo swobodnie w „Czarnym pijarze”...
Przy tym numerze od samego początku zakładaliśmy, że chcemy ich na jednym tracku. Stwierdziliśmy to już przy robieniu bitu. Ze względu na bębny i gitarę śmiało mogę stwierdzić, że to największy „czołg” na płycie. Ciężki kaliber. Kiedy robiłem Słoniowi bit na „Mutylatora”, zakomunikowałem mu, że interesuje mnie barter, a nie pieniądze. Z miłą chęcią na to przystał. Zresztą, ja i tak nie sprzedaję podkładów, nie robię paczek, tylko działam na zasadzie „ja tobie bit, ty mi wokal". Zasada się świetnie sprawdza, bo jeszcze nigdy nie było w tej kwestii problemów. Do Włodiego pierwszy napisałem o gościnkę. Jak wróciliśmy ze studia, to po kilku piwkach uznałem, że to najwyższy czas na takie pytanie. Byłem już w takim stanie, że chyba zszedłem na temat psów, bo obaj mamy Jack Russelle i rano musiałem się upewnić, czy naprawdę zapytałem o to, co chciałem. Zgodził się i nawet zastosował mój chwyt z barterem. (śmiech) Teraz to ja jemu jestem dłużny produkcję. A w zasadzie to byłem, bo wysłałem mu już kilka podkładów na solowy album. Więc jak widzisz, powiem to raz jeszcze, to bardzo naturalny proces. Robimy sobie rzeczy z ludźmi, których szanujemy.
Skąd u ciebie wciąż ta selektywność przy wyborze osób, które będą rapować na twoich podkładach? Nie przeszło ci przez myśl, by stać się maszynką do produkowania bitów?
Stałem się maszyną do produkowania swoich projektów. (śmiech) Nie jestem zamknięty na współpracę z artystami, ale prawda jest taka, że większość czasu zajmuje mi prowadzenie firmy i jeśli robię bity, to zazwyczaj i tak ostatecznie lądują one na projektach produkowanych i wydawanych przeze mnie. Trochę inaczej robi mi się rzeczy własne niż dla kogoś. Znajomości z Bonsonem i innymi chłopakami, dla których produkowałem, zawsze wychodziły poza internet. Nie ograniczam się wtedy tylko do suchych komunikatów pod tytułem: „łap wokale” albo „wysłałem ci aranż". Nie mówię, że czasem nie jest fajnie po prostu zrobić podkład, aranż i... z głowy, ale – jak to mawiają – jednak co swoje, to swoje.
Jedną z takich płyt, która za chwilę ukaże się w twoim labelu jest „Noir Fiction". Czego możemy się po niej spodziewać?
Nie zdradzę ci zbyt wiele, bo nie chcę psuć ludziom przyjemności przed pierwszym odsłuchem. To będzie płyta w rodzaju audiobooka, tylko z tą różnicą, że zamiast pięknego i kojącego głosu Krzysztofa Gosztyły, słuchacz będzie miał w głośnikach surową muzykę, która przeniesie go w ciemne i mroczne ulice miasta.
Co mają w sobie filmy z cyklu noir, że tak bardzo cię pociągają?
To jest brzydkie kino. Takie kino, które nie lubi cukru, pięknych pejzaży i kolorowych rekwizytów. Parafrazując mojego serdecznego kolegę Junesa: „To nie jest kino, które potrzyma cię za rękę w parku i alejce, mówiąc, że życie jest piękne". I to jest największy plus. Pokazuje autentyczność, brud ulic, zmęczonych ludzi, przeciętnych bohaterów. Nic w nim nie jest oczywiste i niczego nie dostajesz na tacy. Polecam „Convicted”, „T Bird Gang”, „Fall Guy". Jeśli ktoś woli inne kolory niż tylko czarny i biały, to koniecznie powinien sprawdzić „Taksówkarza” albo „Chinatown".
Skąd u ciebie potrzeba spędzania czasu z tym brudem i mrokiem? Irytuje cię infantylność i cukierkowość?
Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu jestem nie do końca normalny, by nie powiedzieć... poje*any.(śmiech) Mówię zupełnie poważnie. Mam zespół Aspergera, więc czasami moje inspiracje są dość nieoczywiste.
Soulpete

Soulpete

© archiwum prywatne

Na tym etapie podjąłbyś się stworzeniem muzyki do filmu?
Nie, nie podjąłbym się, bo mam za dużo na głowie i jeszcze jakby doszedł mi nowy stres w postaci pracy przy filmie, to pewnie stanęłoby mi serducho. Myślę, że taka praca to duże poświęcenie i ciężki kawał chleba. Dostałem jakiś czas temu propozycję pracy przy serialach. Miało to polegać na obróbce dźwięku, dobieraniu odpowiednich ścieżek, wycinaniu, przycinaniu i tak dalej. Po wizycie w studiu uznałem, że wolę strzelić sobie w łeb niż siedzieć cały dzień przy komputerze, robiąc jakieś poprawki, bo przykładowo mikrofon numer pięć za bardzo zbierał sapanie jakiegoś pięknego aktora. OK, trochę popłynąłem z tym porównaniem, ale patrząc na to, ile zabawy jest przy 30-minutowym odcinku serialu, to przypuszczam, że film to taki „czasowpie*dalacz”, że nawet przez chwilę nie miałbym spokoju... A ja spokój lubię. Co do muzyki filmowej – ostatnio zakochałem się w „Baby Driver". Tam muzyka żyje z filmem i to dosłownie. Nawet zamykanie bagażnika, czy dźwięk bankomatu jest idealnie zsynchronizowany z podkładem muzycznym. Coś pięknego. Polecam serdecznie, Solpit.
Jestem przekonany, że soundtrack do „Ghost Doga” też mocno przerabiałeś.
Tak, podobnie, jak ścieżki dźwiękowe zrobione przez RZA do dwóch części „Kill Billa". Ja to w ogóle mam spory sentyment do tego producenta i całego Wu-Tang Clanu, w końcu jestem trueschoolowym chłopem. Pamiętam jak w 1999 roku, kiedy byłem jeszcze małolatem, zdarzało mi się pójść na wagary do Empiku, gdzie katowałem wspomniany przez ciebie soundtrack. Filmu wtedy jeszcze nie widziałem, bo byłem zbyt młody, ale dzięki muzyce miałem w głowie pewne obrazy. I muszę ci powiedzieć, że po seansie nie czułem zawodu. Cały czas jest to jeden z moich ulubionych filmów. Żałowałem tylko, że ja nie miałem takiego ziomka, który mówi po francusku i sprzedaje lody. (śmiech) Co tu dużo mówić: RZA to gość, u Tarantino tylko to potwierdził.
Można powiedzieć, że RZA był przez lata twoim autorytetem muzycznym?
Nie jestem już takim psychofanem, jak kiedyś, gdy wpisywałem na Discogs.com ksywki producentów i sprawdzałem dosłownie wszystko, co zrobili. Nie mam już nawet czasu na takie zabawy, ale płyty staram się w miarę regularnie sprawdzać. Dlatego lubię sobie wyjść z psem na dłuższy spacer albo przejechać się autobusem, bo zazwyczaj wtedy słucham muzyki. Niestety RZA już mnie nie porywa tak, jak robił to kiedyś. Możliwe, że dlatego, że skupił się na nieco innym biznesie i poszedł w stronę Hollywood. Zrobił film, pojawia się w serialach (m.in. w „Californiacation”) i zapewne muza zeszła u niego na dalszy plan. Ale kiedy już coś wypuści to prędzej czy później na pewno zagości to na moich słuchawkach.
Na twoich bitach rapowali: Blu, Oddisee czy Hezekiah i Smif-N-Wessun. Jak po latach oceniasz te międzynarodowe kooperacje?
Album „Soul Raw” bardzo mi pomógł w zrobieniu, nazwijmy to, kariery w naszym kraju. Zaraz po niej zadzwonił do mnie O.S.T.R., by coś wspólnie nagrać. To po niej zrobiłem „Lepiej nie wnikać” i otrzymałem mnóstwo propozycji zakupu moich produkcji. Współprace z ludźmi ze Stanów odbyły się drogą internetową, co nie jest dla mnie czymś dziwnym, bo produkując dla kogoś z Polski, zdarza mi się również działać w taki sposób. Guilty Simpsona i Hezekiaha poznałem na Hip-Hop Kempie. Wybraliśmy się tam kręcić klip, a ostatecznie zrobiliśmy dwa. Simpsona dorwał przypadkiem mój ziomek, gdy ten stał ze szlugiem i kubkiem wódy na koncercie Big Daddy Kane'a. Wydał się zaskoczony, bo okazało się, że jego menago nie przekazał mu informacji, że jesteśmy. Odpaliliśmy boomboxa, dałem mu mój telefon ze słuchawkami, by przypomniał sobie tekst i w godzinę wszystko ogarnęliśmy. Apollo Brown i M Phazes stali z boku i patrzyli na nas jak na kosmitów. Sam się cholernie stresowałem. Dzień wcześniej zrobiliśmy obrazek z Hezekiah, ale on na szczęście wiedział, że ma z nami pracować. (śmiech) Bardzo miły z niego gość, na tyle miły, że cztery lata później zrobiłem z nim płytę. Z nim i z Bodziersem, który pomógł mi produkcyjnie.
Przy tym albumie zmieniliśmy tytuł, bo mój serdeczny przyjaciel, Dżony Lemoniada, zrobił piękną okładkę, gdzie można zobaczyć czaszkę, nas w furze z czerwonymi oczami i wokół straszny las. I właśnie to przeraziło naszego przyjaciela z Filadelfii, który uznał, że płyta daje przecież dużo miłości, a obrazek nie jest nią przepełniony. (śmiech) O to się trochę powku*wialiśmy, ale postawiłem na swoim. Dalej uważam, że to jedna z moich najlepszych okładek i nigdy bym jej nie zmienił. Przy współpracy z raperami ze Stanów jest czasami trochę przygód, ale myślę, że co jakiś czas będę robił z nimi utwory. Może jakaś seria winylowych siódemek? Czas pokaże.
Czas pokazał na twoim przykładzie, że będąc idealistą, można osiągać sukcesy w polskim hip-hopie.
Jak widać, można trzymać się swojej drogi i dobrze na tym wychodzić. Od kilku lat utrzymuję się tylko z muzyki. Założyłem własny label, gdzie wydaję muzykę z moimi ziomkami. Firmę traktuję jako typowe wydawnictwo przyjacielskie, w której wypuszczam projekty z ludźmi, z którymi łączy mnie coś więcej niż kontakt mailowy. Cieszę się, że słuchaczom na tyle podobają się nasze płyty, że wydają na nie swoje pieniądze. To powód, dla którego nie czuję potrzeby zmiany drogi i robienia czegoś wbrew sobie. Spójrz przykładowo na Alchemista, on działa podobnie. Robi sobie muzykę z ziomkami, a jak trzeba to pojedzie w trasę jako didżej Eminema albo Actiona Bronsona. Czasem rzuca bity na komercyjne projekty, bo w Stanach klasyczne podkłady nadal się sprawdzają. Taki J Cole czy Kendrick Lamar mają świetną sprzedaż, a wciąż korzystają z usług gości pokroju Alchemista czy 9th Wondera. Można? Można!
Nie wydaje mi się, że pewnego dnia obudzę się z przekonaniem, że „to właśnie ten moment, by zrobić skoczny podkład". Myślę, że jakbym już usiadł do klawiszy i zostawił sample, to poszedłbym w kierunku Illminda. W stronę wykręconych dźwięków jak w „Bombkach” czy „Światłowstręcie". Czegoś, co ryje głowę, a nie sprawia, że chcesz usiąść na ławce w parku i oglądać motylki na kwiatkach. To chyba nie jest głupi pomysł, bo przecież takie elektroniczne, połamane bity od El-P są w reklamach Audi czy w filmie „Venom”. Gość robi poje*ane i – przede wszystkim – świetne rzeczy, a w zamian pieniądze kapią mu z sufitu. Fajna sprawa. Dobra, od jutra siadam i robię grane podkłady. (śmiech)

2 min

Czym dla ciebie jest hip-hop? Raperzy odpowiadają