Steez83, dj i producent, połowa duetu PRO8L3M
© Piotr Pytel
Muzyka

Steez83 [PRO8L3M]: Inspiracji szukam poza rapem

Piotr Szulc aka Steez83, czyli połowa duetu PRO8L3M, wspomina z nami Rap History Warsaw, opowiada o fascynacji muzyką elektroniczną i sprawdza, czy Polacy mają dziś więcej luzu.
Autor: Tomek Doksa
Przeczytasz w 18 minPublished on
Umawiając się z tobą na rozmowę znalazłem w swojej skrzynce mejla z 2015 roku, w którym prosiłem cię o kilka słów po wydaniu „Art Brut” PRO8L3Mu. Odpisałeś, że spróbujesz, ale po czasie odpuściłeś tłumacząc się – tu cytat – „przepraszam, ale mam bardzo mało czasu”. Jestem ciekaw, czy dzisiaj masz go więcej?
Steez83: (śmiech) Wiesz, to zabawne, bo 2020 to miał być taki rok, w którym myślałem, że parę sukcesów muzycznych uda mi się skapitalizować i trochę ochłonąć. Z uwagi na to, że jestem zaangażowany po obydwu stronach branży muzycznej – jako artysta i osoba, która sprawami artystów się opiekuje – miałem nadzieję, że będę mógł się bardziej skupić na tym pierwszym. Początek 2020 roku wprowadził ten plan w życie, ale w dosyć niespodziewany sposób. Natomiast chwilę później miałem dosyć twarde lądowanie. Historia zaczęła się tak, że przyjechałem do Polski na początku marca, to była niedziela, w poniedziałek i wtorek robiliśmy próby z Oskarem przed trasą koncertową PRO8L3Mu, którą zaczynaliśmy w piątek, ale w środę było już jasne, że nie będzie nawet najbliższego koncertowego weekendu. Dodatkowo, w nocy ze środy na czwartek okazało się, że Trump zamyka granice, więc moja dziewczyna zadzwoniła do mnie ze Stanów i powiedziała, że kupuje mi bilet, bo jak tego nie zrobi to tam prędko nie wrócę. Fakt, nie wróciłbym pewnie do dziś. W czwartek byłem więc już w samolocie na Heathrow, w piątek w San Francisco i stamtąd do Los Angeles, a w sobotę granice były już faktycznie zamknięte. Mój przylot na trasę i pobyt w Polsce zawęził się zatem do pięciu dni i nabrał dosyć dramatycznego przebiegu. Ale dlaczego o tym mówię? Bo spodziewałem się, że to będzie ciężki okres zarówno pod względem zawodowo-artystycznym, jak w innych aspektach mojej działaności, a z tego wszystkiego wróciłem do Stanów i miałem dwa miesiące wakacji. Wiesz, to był ten okres kiedy z jednej strony myślałem, że „aha super, skoro mamy pandemię, a ja robię muzykę, to teraz mogę usiąść i przycisnąć”, ale też dopiero co zamknęliśmy z Oskarem „Art Brut 2” i trochę nie miałem do tego pary, potrzebowałem odpocząć. Więc tak naprawdę marzec, kwieceń i połowa maja to był dla mnie dość luźny okres. Natomiast po powrocie do Warszawy zrobiło się pracowicie. (śmiech)
Nad czym teraz pracujesz?
Razem z Oskarem pracujemy obecnie nad materiałem – płytą, którą chcemy zrekompensować ludziom brak trasy koncertowej. Będzie to mixtape „Block Party Mixtape Hosted by PRO8L3M”. Niestety wszystko jest koszmarnie opóźnione, bo to, co się nie zmieniło w ostatnim czasie to to, że od początku naszej znajomości z Oskarem, mamy studio na Żoliborzu. Podnajmowaliśmy je na początku od pewnej osoby, potem udało nam się wynająć tę przestrzeń już bezpośrednio od właściciela i pod koniec 2019 roku podjęliśmy decyzję o gruntownym remoncie tego miejsca. Chcieliśmy z niego zrobić przestrzeń typowo muzyczną, która nie będzie już służyła do innej działalności – tym bardziej, że cały proces sprzedaży płyt i sklepu wynieśliśmy stamtąd, a więc preorderów nie pakuje już 10 osób w przedwysyłkowej gorączce, tylko tego typu rzeczy robią teraz profesjonalne podmioty. Stwierdziliśmy więc, że remontujemy i robimy sobie bazę studyjną. Ale na przestrzeni czasu wiele kwestii pokrzyżowało nam plany, łącznie z pandemią, i remont tak naprawdę skończyliśmy w zeszłym tygodniu. Jednym z naczelnych powodów mojego powrotu ze Stanów do Polski było to, żeby usiąść nad projektami muzycznymi, które tutaj mnie oczekują i z którymi nie można więcej zwlekać.
Na przykład nad dj setami, które znowu zacząłeś grać po Polsce.
Występy didżejskie to jest akurat jedna z niewielu aktywności live, które można w tej chwili realizować. Ja też przede wszystkim zaczynałem od didżejingu, moja zawodowa kariera muzyczna tak się właśnie rozpoczęła i cieszę się, że po wielu latach mam okazję do tego wrócić. W trochę innej formule, bo skoro mam możliwość pojawienia się na różnych scenach w Polsce, to chcę grać muzykę inną niż oczekuje ode mnie publiczność – taką, którą ja chciałbym komuś pokazać i puścić. Dla mnie to jest odskocznia od klasycznego party rockingu, gdzie po prostu przyjeżdżasz i twoim jedynym celem jest to, żeby – co by się nie działo – rozgrzać parkiet do czerwoności. A tutaj jednak mam swoje przygotowane sety, cenię sobie tę indywidualność, i sprawdzam, czy na obecnym poziomie zainteresowania moją osobą i tym co robię, to działa. Byłem ostatnio w Krakowie oraz Trójmieście i muszę ci powiedzieć, że granie wypadało super dobrze, jestem więc optymistycznie nastawiony na kolejne występy. Trochę mnie to kosztowało pracy, ale odświeżyłem selekcję i wracam do gry. Wcześniej nie miałem czasu z uwagi na koncerty.
Może to i dobrze – pozwolisz, że zażartuję – znalazłem bowiem niedawno wywiad z tobą, nagrywany bodaj w 2012 roku, w jakimś pokoju, który służył ci za całe mieszkanie, a ty byłeś wtedy właśnie didżejem. Kiedy nim być przestałeś, zacząłeś żyć lepiej. Także w Los Angeles.
(śmiech) Pamiętam ten wywiad. Mieszkałem w kawalerce, która jest zresztą nieopodal miejsca, gdzie teraz rozmawiamy, w centrum Warszawy. No tak, mieszkam dziś lepiej, ale to wcale nie było tak dawno. (śmiech)

3 min

Niewidzialna Nerka na RBMA Weekender

Zobacz i posłuchaj, jak Niewidzialna Nerka zabrzmiała na imprezie RBMA Weekender.

Z tego przywołanego, starego wywiadu wywnioskowałem, że zacząłeś robić Rap History Warsaw, założyłeś PRO8L3M albo pracowałeś przy Niewidzialnej Nerce dlatego, bo miałeś dość typowego, hiphopowego grania w Polsce – tylko na ogranych hitach, tylko do określonej publiczności.
Niewidzialną Nerkę robiłem z przekonania, że to jest zajebisty i ciekawy projekt. Było mi bardzo miło, kiedy ludzie, którzy go wymyślili – Rafał Grobel i Janek Porębski – w ogóle pomyśleli o mnie, bo myśmy się wtedy wcale nie znali. Ale przyszli do mnie jako do osoby, o której wiedzieli, że jest aktywna w środowisku i robi jakieś rzeczy – uznali, że będę do tego dobrym partnerem, co było dla mnie bardzo nobilitujące i za co wielokrotnie chłopakom dziękowałem. Natomiast Rap History Warsaw był ewidentnie czymś wyjątkowym. Poczuliśmy z Kosim i Anuszem, że stworzymy środowisko, w którym będziemy mogli się pobawić wspólnie z ludźmi przy kawałkach, przy których na normalnych imprezach zabawić się nie da. No i udało się wciągnąć na te nasze imprezy ludzi, którzy przy takich dosyć siermiężnych, ulicznych i nowojorskich brzmieniach potrafili się zajebiście bawić. I to było super! Bo wiesz, wtedy gdy udzielałem tego wywiadu, to dzieliłem swój czas między koncertami z Hemp Gru a graniem swoich imprez. I jako didżej mierzyłem się z tym, że – oczywiście poza jakimś tam określonym środowiskiem, w którym byłeś promotorem i potrafiłeś przyciągnąć grono ludzi, którzy mieli szerszy horyzont muzyczny – było bardzo dużo grania, które polegało głównie na tym, że: bookował cię jakiś klub, jechałeś tam i jeżeli chciałeś jeszcze kiedyś wrócić, to musiałeś zagrać tak, żeby cały lokal się bawił. Były więc takie miejsca, z których się po jakimś czasie rezygnowało, bo, mówiąc w cudzysłowie, człowiekowi to granie nie przechodziło przez usta, a były też takie miejsca, w których trzeba było się nieco nagiąć i dostosować. Natomiast moje rozgoryczenie, jako didżeja, wynikało też z pobytów za granicą, gdzie widziałem, że ludzie mają dużo większy luz jeśli chodzi o zabawę i potrafią się świetnie bawić do rytmów, które nie są im bardzo dobrze znane. Dlatego cieszę się, że mogę teraz, grając, obserwować jak to się zmieniło od tego czasu. To, co robię teraz, to jest mój papierek lakmusowy – sprawdzam, na ile mogę sobie pozwolić puścić trochę nieimprezowe rzeczy, wywołując przy tym jakiś dobry vibe na parkiecie i poczuć, że ludziom to się podoba. Ja zresztą jestem mocno zainspirowany występami twórców bitowych spod znaku choćby labelu LuckyMe, czyli na przykład takiego HudMo – bardzo mi się podoba, że on puszcza muzykę w formule – powiedzmy to festiwalowej – ludzie jarają się tymi kawałkami, tańczą kiedy jest jakiś peak, ale potrafią też fajnie się pobujać przy numerach niekoniecznie tanecznych, w których nie da się wyobracać dziewczyny dookoła ręki. Ten kierunek mnie interesuje.

1 min

Za kulisami Niewidzialnej Nerki

Zaglądamy na próbę wyjątkowego projektu w polskim hip-hopie: Niewidzialnej Nerki.

Mówisz, że klubowicze u nas byli kiedyś bardziej spięci od kolegów z Zachodu. Teraz jest lepiej?
Jestem dopiero po kilku setach i ciężko mi to ocenić, ale muszę ci powiedzieć, że pierwsze doświadczenia są bardzo dobre. Zobaczymy co przyniosą kolejne, ale skoro już rozmawiamy na ten temat to generalnie wydaje mi się, że… Kurde, zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest lepiej, ale też zastanawiam się, po czym bym to wnosił, bo raczej nie po mojej obecności w klubach – ta zawęża się głównie do koncertowania albo produkcji eventów. Być może więc do tego, że ludzie nabrali jednak więcej luzu jeżeli chodzi o odbiór urban music w Polsce. Kiedyś były jakieś sztywne kanony, mówię tu o hip-hopie, w których można było się poruszać, a dzisiaj to się bardzo rozluźniło. Nie wiem czy to zmiana na dobre, czy na gorsze, ale wydaje mi się, że to pierwsze, chociaż trzeba też powiedzieć, że hip-hop stracił przez to w niektórych miejscach swój sznyt.
Dostaję też sygnały od didżejów, że technologia zdewaluowała pozycję didżeja, bo za granie imprez zabrało się bardzo wiele młodych ludzi, którzy robią to za pomocą najbardziej prymitywnego kontrolera, grają za symboliczne pieniądze i psują rynek. Oczywiście trudno mi to oceniać, bo ja na tym rynku raczej nie funkcjonuję, ale takie słuchy mnie dochodzą.
To nie tylko problem sceny didżejskiej, ale muzyki w ogóle – w dobie streamingów i social mediów każdy może dzisiaj wypuścić płytę, niezależnie jaka zła by ona nie była, i zrobić wokół niej sporo zamieszania w sieci.
Ostatecznym kryterium okazuje się, że jest publika. Bo jeśli ludzie czymś się zainteresują i tego słuchają, to też jest to potem pozycjonowane wyżej. I niestety masz rację – rzeczywiście zaczyna brakować pośrednika między publicznością a artystą, który wedle jakichś swoich kryteriów tę muzykę mógłby oceniać i uznawać, że jest warta wydania. Dzisiaj można zrobić dosyć dyskusyjne rzeczy i samemu zorganizować ich dystrybucję, promując je na kanwie popularności osiągniętej nie z tytułu zasług artystycznych. Finalnie zaniża się poziom artystyczny, który trzeba prezentować, żeby osiągnąć sukces.
Steez83, dj i producent, połowa duetu PRO8L3M

Steez

© Piotr Pytel

Twój PRO8L3M powinno stawiać się młodym jako wzór do naśladowania – od pomysłu na zespół, przez jego realizację, aż po całe opakowanie.
Na pewno możemy sobie z Oskarem przypisać prym jeśli chodzi o granie występów na żywo – wiesz, to wypchnięcie ich w kierunku multimediów zsynchronizowanych z muzyką, robimy poważny show na dużą skalę. To się oczywiście odbywa odpowiednim kosztem, bo my za te wszystkie dodatki do samej muzyki płacimy. Artyści są rozliczani z koncertów po odliczeniu kosztów produkcji. Ale myśmy z Oskarem stwierdzili, że musimy tak robić, bo to jest część naszej tożsamości i chcemy w tym kierunku się rozwijać. Dlatego w te rzeczy inwestujemy. Staramy się też dać temu wyraz organizując ekskluzywne odsłuchy płyt, gdzie ludzie przychodzą i wchodzą w zupełnie inny świat – czy to za sprawą akcji mocno multimedialnej, jaka miała miejsce przy okazji „Art Brut 2”, czy dziwnej przestrzeni, do której zapraszaliśmy przy „Widmie”. Staramy się po prostu dbać o to, żeby nadać odrobinę wyjątkowości wszystkiemu, co robimy. Jeśli zaś chodzi o granie na żywo jestem przekonany, że z tymi wizualkami spiętymi z muzyką byliśmy jednymi z pierwszych. Pokłosiem Rap History Warsaw był zresztą projekt Rap History Videos, z setami ułożonymi z wideoklipów. Bo kiedy wiedzieliśmy, że nie ma już co przeciągać formuły Rap History Warsaw i zjadać własnego ogona, wykombinowaliśmy coś nowego, co pozwoli nam: a) zagrać letnie imprezy, b) w razie czego wrócić do grania imprezowych wspominek, ale już w innej formie niż napinka na historię rapu. Tak właśnie wymyśliliśmy Rap History Videos, a chwilę później namówiłem Wojtka Sokoła, żeby inkorporował takie rozwiązania w swoje koncerty. Kiedy planowaliśmy pierwszą trasę z Oskarem wiedzieliśmy od początku, że chcemy takie rzeczy robić. Pomagało nam w tym studio Full Metal Jacket, zajmujące się identyfikacją naszego pierwszego LP i wizualizacjami. Niektóre z nich dotrwały z nami do teraz.
Cieszy mnie, że nie należysz do grona tych artystów, którzy twierdzą, że muzyka absolutnie musi bronić się sama.
To ciekawe, co mówisz. Bo czy muzyka powinna rzeczywiście bronić się sama, czy nie? To jest kwestia dyskusyjna i w niektórych przypadkach może zależeć od gatunku. Weźmy taki rap – według mnie jest to w warstwie muzycznej rodzaj bardzo osobistej muzyki, wręcz muzyczny ekshibicjonizm. Cała ta otoczka, która mu towarzyszy jest istotna, bo jeżeli zdajesz sobie sprawę, że artyście, którego słuchasz, towarzyszą pewne prawdziwe historie i emocje, które uwiarygodniają go w twoich oczach, to jego nagrania nabierają dla ciebie mocniejszego wymiaru. Możemy sobie tu wziąć na warsztat taki przykład: stwórzmy wirtualnego artystę i niech opowiada w tekstach o swojej historii. Nawet jeśli będzie ona ekstremalnie mocna to na samym końcu nigdy to nie będzie dla ciebie aż tak mocne, jak historia opowiedziana ustami kogoś prawdziwego, kogoś, kto rzeczy, o których opowiada, przeżył.
I możesz mu zaufać. Dla mnie to bardzo istotne w muzyce.
To się zresztą rozlewa na inne gatunki muzyki, nie tylko liryczne. Wczoraj w mojej Audiencji w newonce.radio gościem był Noon i w jego selekcji pojawił się Abul Mogard. Bardzo ciekawa postać – producent muzyki ambient, któremu towarzyszy pewna historia. Gość jest chyba teraz koło siedemdziesiątki, przez lata był robotnikiem w fabryce w Chorwacji, ale pewnego dnia stwierdził, że będzie robił muzykę. I bardzo dużo ludzi podejrzewa, że to wszystko to jest jedna wielka bzdura, bo nikt by w podobnym wieku nie zrobił bez warsztatu i doświadczenia tak niesamowitych rzeczy. I nie mnie to oceniać, ale nasuwa się pytanie czy w takim przypadku prawda jest istotna, czy warto ją mówić w wywiadach. Na pewno warto obrastać jakąś legendą, ale jakim kosztem? A dlaczego warto? Weźmy taki przykład: masz do wyboru płytę artysty, który jest bardzo barwny i płytę gościa, który jest totalnie płaski, anonimowy i nieciekawy. I teraz rozmawiasz o tych płytach ze znajomymi – powiedzmy, że obie mają równy ładunek artystyczny, są naprawdę świetne i tak dalej. Jednak chętniej przytoczysz w rozmowie płytę tego pierwszego. Bo jest barwny, ciekawy i można o nim coś powiedzieć. Takie „back story” zawsze coś dodaje w kontekście promowania muzyki.
Powiedziałeś: „czy warto mówić prawdę w wywiadach?”, ja mam wrażenie, że część sceny hiphopowej w ogóle nie chce ich robić. Co ciekawe, niechętni są do nich młodzi wykonawcy, którym dzisiaj wystarcza opcja „zadaj mi pytanie” na Insta stories. Mnie to zaskakuje, bo tak jak mówisz – „back story” jest bardzo istotne. Ale niektórzy schodzą ze sceny i odcinają się od świata.
Wielu artystów nosi dzisiaj maski i poza sceną są kimś zupełnie innym niż na niej. To czasem zaskakuje mnie na korzyść, czasem odwrotnie. Muszę ci powiedzieć, że jeśli chodzi o polski rap, to nie śledzę go z dużym zainteresowaniem, bo mam wrażenie, że nowe rzeczy, robione przez młodych ludzi, rzadko mają wartość intelektualną, która by mnie zainteresowała. Ja zawsze szukałem tego w rapie i mimo, że nie twierdzę, że nasi raperzy, na których sam się wychowywałem, byli wielkimi poetami albo filozofami, ale jednak było trochę rzeczy, które skłaniały do refleksji, których się fajnie słuchało i analizowało. Były też prostsze, ale opowiadane przez postacie pełne charyzmy. Ja zawsze lubiłem raperów z charakterem, takich, u których czułem, że są autentyczni w tym, co rapują. I to też budowało kontekst, o którym mówimy. Dziś, z mojej perspektywy, jest tego mniej.
Byłem przekonany, że jako i twórca i szef agencji artystyczno-produkcyjnej musisz być ze wszystkim na naszym rynku na bieżąco.
Dyrektorem agencji Revolume jest obecnie Chwiał znany choćby z projektu The Returners. Obaj staramy się pogodzić obowiązki zawodowe z pasjami artystycznymi. I myślę, że czasem wręcz fajnie jest nie być na bieżąco z tym, co się dzieje na twoim podwórku, bo to ci daje wolność twórczą. Nie jesteś więźniem tego, co usłyszałeś i nie masz wątpliwości, czy któreś z twoich pomysłów nie są przypadkiem cudze. Dlatego inspiracji szukam gdzie indziej. Projekt, który realizujemy z Oskarem jest z wielu względów wyjątkowy. Od strony stricte muzycznej rzadko znajduję inspiracje w rapowych produkcjach. Jak wejdziesz sobie na playlistę RapCaviar na Spotify, która jest tam najpopularniejszą rapową listą, to masz wrażenie, że połowa tej muzyki wypluta jest przez jakiś algorytm. Większość rzeczy brzmi tak samo. Stykam się z tym pracując nad muzyką w LA.
No właśnie, ty masz ten komfort, że jak chcesz się odciąć od tego, co w Polsce, wsiadasz w samolot i jesteś w swoim drugim domu, w Los Angeles. A to mocno zmienia perspektywę.
Tak. Zwłaszcza, że jesteś w miejscu, które ma zupełnie inną, lokalną scenę muzyczną – taką, którą w porównaniu do naszej, ogląda już cały świat. Słucham bardzo dużo rzeczy, które w LA powstają i są tam grane na żywo oraz poznaję artystów, którzy pojawiają się na różnych scenach. Przemiał tam jest ogromny, to jest rynek nieporównywalnie większy niż to, co się na przykład dzieje lokalnie w Warszawie. Los Angeles jest też o tyle ciekawym miejscem, że przeprowadza się tam masa muzyków z całego świata. Są świetne warunki do tego, by żyć i pracować. Jest ciepło, fajna pogoda i masz też stamtąd fajną bazę wypadową – w dwie godziny z Los Angeles skoczysz sobie na snowboard, a wieczorem wrócisz na plażę. Kalifornia ma wiele do zaoferowania Doceniają to na przykład artyści z Wielkiej Brytanii, których jest bardzo dużo, jest też wielu rapowych producentów, którzy zjeżdżają z różnych stron Stanów i osiedlają się w LA. Wielkie gwiazdy mają tam swoje letnie domy... Miejsce jest bardzo nasycone talentami muzycznymi i przejawia się to w liczbie koncertów, spotkań i labeli, które tam funkcjonują. Ale muszę się też przyznać, ze ja niespecjalnie śledzę, co się dzieje na amerykańskiej scenie rapowej, bo w moim kręgu zainteresowań jest przede wszystkim muzyka elektroniczna. Z młodym rapem amerykańskim jest podobnie jak z polskim – bywa czasem lepiej wykonany, fajnie buja, ale nie jest też dla mnie jakoś wybitnie atrakcyjny.
Atrakcyjna i muzyka elektroniczna pojawi się, jak rozumiem, na twoim pierwszym albumie producenckim. Pracujesz już nad nim?
Ważna informacja, którą muszę naprostować: ja jeszcze nie czuję, żebym na płytę solową był gotowy. Żeby ją nagrać i wydać, chcę mieć coś do powiedzenia muzycznie i to nie tylko pod kątem polskiego rynku. Dlatego 2021 to jest ten rok, kiedy będę chciał wziąć urlop i usiąść do solidnej pracy nad warsztatem. A owoce tego, mam nadzieję, będzie można usłyszeć w kolejnym roku. W 2020 chciałbym wydać producencki materiał w stylu „lost tapes”, bo na przestrzeni czasu robiłem trochę rzeczy do szuflady. Niektóre z nich nie dawały się za bardzo do rapowania – ja i tak czuję, że Oskar doskonale radzi sobie z moimi rzeczami, które wcale nie są zawsze takie proste do położenia rapu. Oczywiście nie wiem, czy moje lost tapes będą dla kogokolwiek atrakcyjne, jednak czuję, że jeśli mają być atrakcyjne to właśnie teraz. Mam ciekawy pomysł, jak ten materiał ograć wokalami, bardziej w takiej bootlegowej formie…
Twoimi wokalami?
Nie, niekoniecznie. (śmiech) O swoich wokalach też czasem myślę, ale tym razem mam inny pomysł.
A myślisz też dzisiaj o sobie częściej jak o biznesmenie niż artyście?
Mogę cię uspokoić, jeśli się tego obawiasz – myślę odwrotnie. W przyszłości chciałbym się skupić głównie na muzyce.