Muzyka

Szwed SWD: Klucz do Hemp Studia

© Jakub Nurczyk
Oderwaliśmy Szweda od produkowania nowej muzyki, by porozmawiać z nim o pracy w Hemp Studiu, a nawet... wyrywaniu paneli akustycznych o trzeciej w nocy.
Autor Marcin Misztalski
W którym momencie swojej muzycznej drogi byłeś w 2004 roku, kiedy Hemp Gru wypuszczało „Klucz”?
Szwed SWD: Na samym początku, wszystkiego dopiero się uczyłem. Robiłem wtedy może z dwa lata bity w Fruity Loopsie, w takim osiedlowym studiu, które mieściło się w moim pokoju w Chełmie. Już w dość młodym wieku uzmysłowiłem sobie, że chcę zająć się muzyką na poważnie. Pamiętam dzień, w którym zrobiłem dwa pierwsze podkłady. Siedziałem sobie w domu z ziomalami i zawitał do nas komornik. Wtedy postanowiłem, że zostanę producentem muzycznym. Jestem samoukiem, nie ukończyłem żadnej szkoły muzycznej - mimo że Waco później często cisnął mnie, że powinienem znać podstawy i uczyć się np. gry na pianinie. Byłem tylko na kilku lekcjach, ale uznałem, że to nie dla mnie. Płytę Hemp Gru podsunął mi jeden ze znajomych. Na początku myślałem, że to ekipa z mojego miasta i nazywa się Chełm Gru. (śmiech) Musiałem więc odrobić lekcje. „Klucz” zrobił na mnie duże wrażenie, głównie ze względu na brzmienie całego materiału. Mieli bity, będące zupełnie inne niż te, jakie robili wtedy Volt, DJ Decks czy Noon. Były bardzo rozwinięte - to nie były produkcje robione tylko na bazie samych pętli, ale rozkładały się w różnych kierunkach, podkreślały teksty raperów i umiejętnie budowały napięcie całego utworu.
Na samym początku szukałeś inspiracji poza granicami naszego kraju?
Podpatrywałem to, co robili przykładowo Dr. Dre, Timbaland i J Dilla. Największe wrażenie zdecydowanie robił na mnie ten pierwszy, bo jego produkcje były twarde, miały cios i nie brzmiały popowo. Słuchałem ich płyt, ale oglądałem także na YouTubie filmy z ich studiów nagraniowych. Patrzyłem, na jakim pracują sprzęcie, z jakich programów korzystają, jakie mają głośniki i tak dalej. Można zatem powiedzieć, że na początku sporą część wiedzy chłonąłem z YouTube.
Można powiedzieć, że pierwszy sukces, jaki osiągnąłeś, to dotarcie ze swoją muzyką do Pelsona?
Tak. Molesta zapowiadała wtedy powrót z albumem „Nigdy nie mów nigdy”. Na Allegro pojawiły się oficjalne t-shirty promujące krążek. Postanowiłem napisać do gościa, który handlował tymi koszulkami z zapytaniem o namiar na chłopaków, bo chciałem podesłać im swoje produkcje. Minęło kilkanaście dni i dostałem adres do Włodiego, pod który wysłałem list intencyjny i CD-Ra z muzyką. (śmiech) Pół roku później, jakoś w lipcu, zadzwonił do mnie Pelson. Byłem do tego stopnia roztrzęsiony tą sytuacją, że rozmawiałem z nim, mając łzy w oczach. Ogromnie to przeżyłem. Pele powiedział, że w mojej paczce są dwie muzyczne perełki, które chcą wziąć na swój krążek. Oczywiście od razu pochwaliłem się tym na całym osiedlu i wyczekiwałem dnia, kiedy płyty będą już w sklepach. W dniu premiery poszedłem kupić krążek i okazało się, że... mnie na nim nie ma! Było to dla mnie duże rozczarowanie, ale też ono spowodowało, że jeszcze bardziej chciałem działać. Zadzwoniłem oczywiście później do Pelsona, a on - w ramach rekompensaty - zaprosił mnie na koncert Molesty do Lublina. Wyjazd na koncert również był dla mnie dużym przeżyciem, bo po raz pierwszy mogłem uczestniczyć w koncercie hiphopowym, a dodatkowo jechałem na niego totalnie sam. Kiedy byłem już w klubie, postanowiłem pójść na backstage, a na nim Wilku zapytał mnie kim jestem i co tu właściwie robię. Przedstawiłem mu historię z bitami na „Nigdy nie mów nigdy”, a on bardzo ciepło mnie przywitał i powiedział, że teraz kojarzy. Chwilę pogadaliśmy, w pewnym momencie wziął mnie na bok i rzucił, że to ostatni album Molesty w pełnym składzie, że będzie się od teraz bardziej koncentrował na działaniach Diil Gangu i chce, bym dołączył do ich ekipy.
W podobnym czasie zdecydowałeś, że wyjeżdżasz do Warszawy?
Decyzję o opuszczeniu rodzinnego miasta podjąłem później, dzień po maturze. Pamiętam, że imałem się różnych prac fizycznych, by zarobić kilka stówek na bilety i przeżycie pierwszego miesiąca poza domem. Więc to nie było tak, że jechałem do stolicy, wiedząc, że zrobię wielką karierę producenta muzycznego. Nic z tych rzeczy. Rodzice o moich planach dowiedzieli się kilkanaście godzin przed moim odjazdem. Powiedziałem im, że jadę spełniać marzenia. W Warszawie, poza moją chrzestną i Wilkiem (miałem z nim sporadyczny kontakt), nikogo nie znałem. Początki oczywiście nie były łatwe. Wynająłem z kolegą mieszkanie na Ursusie i... nie wiedziałem, co dalej. Znajdywałem jakieś proste prace i tak w zasadzie bujałem się przez rok. Brałem taką robotę, jaka była pod ręką. W końcu trafiłem do sklepu tekstylnego, w którym - zupełnie nieświadomie - poznałem dziewczynę Wilka. Wilku czasami tam zaglądał i obserwował jak radzę sobie w sklepie, w kontakcie z klientami etc. Musiałem zdać jego „egzamin”, bo po jakimś czasie zaproponował mi pracę na magazynie w Diilu. Reszta potoczyła się już tak naprawdę sama. Poznałem całą ekipę, w tym Bilona - który początkowo nie lubił mojego muzycznego stylu, zahaczającego o R&B.
Podobno usłyszał kiedyś bit i nie wierzył, że to ty go zrobiłeś?
Pewnego dnia siedziałem w pracy i w tle leciał mój podkład. Wszedł Bilon i powiedział, że to zajebista produkcja i że wie, z czego wziąłem sampel. Odpowiedziałem mu, że nie jest to sampel, tylko moje autorskie granie. Bilon mi nie uwierzył i spędził ponad godzinę, przeszukując YouTube’a, szukając kawałka z domniemanym samplem. Znalazł numer (chyba) Big L'a, który faktycznie brzmiał podobnie. „No i co?” - odparł. (śmiech) Powiedziałem wtedy: „OK, zapraszam cię wobec tego do mojego studia i zagram ci ten fragment”... Ten „egzamin” też zdałem. (śmiech) Pamiętam, że tego dnia zrobiłem szkic bitu do kawałka „Coś z niczego (Brudne pieniądze)” - czyli do mojego pierwszego wspólnego kawałka z Hemp Gru.
Ile lat później założyłeś „Hemp Studio”?
Dokładnie nie pamiętam. Pewnego dnia zapytałem Bilona, dlaczego tak duża ekipa, z takim fajnym zapleczem, nie ma jeszcze swojego studia nagraniowego. Powiedziałem, że jeśli znajdzie mi jakiś mały kąt, to jestem w stanie przenieść swoje graty i im pomóc. Okazało się, że ma wolną przestrzeń o wymiarach około cztery na pięć metrów i zaczęliśmy działać. W tym małym pokoju powstało pierwsze „Hemp Studio”, z którego puszczaliśmy też audycje naszego radia. W tym momencie na poważnie wkręciłem się w hiphopowy wir. Do dziś z Bilonem prowadzimy studio, które ciągle się rozwija. Mam nadzieję, że niebawem jeszcze bardziej się rozrośniemy.
Jaka pierwsza anegdotka przychodzi ci do głowy, kiedy pada hasło: „Hemp Studio”?
Sytuacja z Wacem! Przy pracach nad krążkiem „Braterstwo” Bilon znów skumał się z Wacem, który wówczas miał jeszcze swój sprzęt w „Schronie”. Przewieźliśmy te wszystkie jego maszyny do naszego studia i powiedział mi, że jeszcze się do mnie odezwie, bo zostało tam trochę paneli akustycznych. Zadzwonił do mnie kilka dni później w środku nocy i chwilę później podjechał takim małym fiatem 500. Należy pamiętać, że to naprawdę kawał chłopa, więc w tym samochodziku wyglądał dość zabawnie. (śmiech) Pojechaliśmy do „Schronu”, mając na tylnej kanapie łom, by powyciągać zamontowane tam panele. Okazało się, że w studiu już odcięto prąd. Wbiliśmy się więc do kamienicy, w której mieściło się studio i z latarkami w zębach, jakoś o godzinie trzeciej w nocy, wyrywaliśmy panele akustyczne. (śmiech) Żarty, żartami, ale ta noc utkwiła mi w głowie też ze względu na to, że miałem okazję być w legendarnym studiu tuż przed jego definitywnym zamknięciem.
Przypuszczam, że praca realizatora to ciężki kawał chleba. Jakie błędy popełniają raperzy przy nagrywaniu wokali?
Ciężko tu uogólniać, bo każdy raper ma swoje słabsze strony, o których nie wypada mi raczej mówić. (śmiech) Jeśli już pytasz, to odpowiem w ten sposób: zauważyłem, że raperzy mniej się starają, kiedy nagrywają zwrotki dla innych MCs. Często takie wersy nagrywane są na kolanie, na szybko i nierzadko tylko z sentymentu. Nieraz słyszałem hasła typu: „kurde, muszę to zrobić, a nie do końca podoba mi się klimat utworu”.
Często wtrącasz się im w robotę?
Jestem z natury człowiekiem, który bardziej obserwuje, niż wychodzi przed szereg. Również podczas pracy studyjnej. Zazwyczaj nie mówię im, jak mają rapować, bardziej daję komfort do działania. Zwracam uwagę tylko wtedy, kiedy uważam to za konieczne. Wiąże się to oczywiście z drobnymi sprzeczkami. Czasem mała kłótnia z artystą sprawia, że wychodzi to ostatecznej wersji kawałka na dobre, ale równie dobrze może zniszczyć cały klimat. To cienka linia. Wnioski są proste: muzyka lubi emocje, nie tylko te dobre. Jednak przyznam ci szczerze, że niezbyt często stosuję te praktyki, raczej rzadko kłócę się z innymi osobami podczas nagrywek. (śmiech)
Jesteś chyba cierpliwym gościem?
Ludzie powtarzają, że to mój największy atut. Nie poddaję się emocjom, nie podnoszę głosu, nie frustruję się i nie wychodzę ze studia, gdy coś nie idzie po mojej myśli. Mam dużą podzielność uwagi, potrafię podczas prac robić kilka rzeczy naraz. Przed naszą rozmową gadałem ze znajomym i powiedziałem mu, że muszę zatrudnić pomocnika do „Hemp Studia”. To chyba nie będzie łatwe zadanie, gdyż obecnie reprezentuję naprawdę wysoki poziom pracy i nie wiem, czy producenci, będący dopiero na początku swojej drogi, poradzą sobie w działaniach ze mną. Pamiętam jedną sesję z JWP, na której był młody, dopiero uczący się, chłopak. Niemalże oszalał, gdy zobaczył, co tam się dzieje. (śmiech) Lewą ręką kręciłem gałkami, by ułożyć głos Erosowi, po prawej stronie miałem Szczura, za moimi plecami gadał Kosi, a ja byłem w stanie to wszystko ogarnąć. Stary, on był przez te dwie godziny pracy z JWP bardziej zmęczony, niż ja po całym dniu roboty. (śmiech)
Włodi powiedział mi niedawno, że im raper z większymi sukcesami na koncie, tym pokorniej podchodzi do prac studyjnych. Co myślisz o tej teorii?
Tu również nie należy generalizować. Włodek to ciekawy przykład, bo można go tak naprawdę nazwać starym producentem. On produkował chociażby utwór „Czy to prawda?”, z pierwszego albumu HG. Paweł ma inny zmysł i podejście do pracy w studiu niż większość jego kolegów po fachu. Od raperów nie można wymagać pokorności. Pamiętam, jak Kosi trafił do mnie z pierwszym albumem Jetlagz. Jego postawę w studiu nie do końca mógłbym nazwać jako pokorną. Było to zapewne spowodowane tym, że nie byłem jeszcze na takim poziomie, na jakim jestem teraz - nie do końca mi również ufał. Obecnie wygląda to inaczej. Słucha moich rad i kiedy np. mówię mu, że nagranie brzmi dobrze, to znaczy, że brzmi dobrze - nie musimy poprawiać go po raz piąty. Realizator na szacunek i zaufanie u raperów musi sobie ciężko zapracować.
W naszej rozmowie przewinęła się już wcześniej postać Waca. To chyba twoja największa muzyczna inspiracja?
O jego istnieniu dowiedziałem się z magazynu „Ślizg”, w którym miał swoją rubrykę, dedykowaną młodym producentom. Dzięki tej gazecie dowiedziałem się również, że jest artystą, który nagrał „Świeży materiał”, czy dostarczał muzykę ówczesnej czołówce sceny. Bardzo zazdroszczę mu klimatu, jaki potrafił stworzyć na swoim albumie producenckim. To prawdziwy muzyczny alchemik! Do produkcji podchodzi w magiczny, nietuzinkowy sposób. Jest moją inspiracją do dzisiaj, dużo mu zawdzięczam i wiele się od niego nauczyłem. Powiedział mi np. kiedyś, że każdy głos ma swój artefakt - daną częstotliwość, która w danym głosie jest najważniejsza. Taki artefakt bardzo wyraźnie słychać np. u Erosa. Eros to w ogóle momentami brzmi jak Jadakiss. (śmiech) Nie każdy o tym wie, ale Waco podczas realizowania raperów brał do ręki mikrofon i muzycznie ich „podbijał”, dzięki temu - jego zdaniem - łapali lepszy feeling. Słuchając dziś jego niektórych utworów, ciężko się z nim nie zgodzić.
Muzyka · 2 min
Raperzy podają wers, z którego są najbardziej dumni
Myślisz, że to jeden z tych gości, który zdefiniował na początku 2000 roku polską szkołę bitu?
Zdecydowanie! Nasi producenci mieli wtedy jakąś rasowość i oryginalność. Cieszę się, że mogłem dorastać w tamtych czasach, bo wtedy naprawdę powstawało polskie hiphopowe brzmienie, które - oczywiście - momentami zahaczało o szkoły amerykańskie i francuskie. Jeśli Noon, Webber czy Volt puszczali swoje podkłady, to od razu było wiadomo, że wyszły spod ich rąk. Styl Waca charakteryzuje się do dziś mocnymi bębnami i dźwiękami z muzyki klasycznej. Waco to gość, który ma wykształcenie muzyczne drugiego stopnia na - chyba - gitarę akustyczną i pianino. Naprawdę pięknie gra na instrumentach. Można go usłyszeć np. w kawałku PCP - „Globtrotter”. Choć gdybyś go o to zapytał, to zapewne powiedziałby, że brzmi tam słabo. Wynika to z tego, że jest perfekcjonistą. Muszę jeszcze dodać, że polską szkołę bitu w późniejszych latach tworzyli także Korzeń, Majki i Matheo.
Podobno chciałeś stworzyć „Najświeższy materiał”? (śmiech)
Zażartowałem kiedyś, że nagram taki album, ale nie wiem, czy Waco by się na to zgodził. (śmiech) Nie ukrywam, że marzy mi się zrealizowanie z nim wspólnego projektu. Wiem, że byłby to twardy orzech do zgryzienia, gdyż, jak wspomniałem wcześniej, jest on perfekcjonistą i potrafi poprawiać swoją muzykę w nieskończoność. Przyznał ostatnio, że gdyby nie Wojtek Sokół, który zamknął jego album, to „Świeży materiał” mógłby się ukazać kilka lat później albo i wcale. Zresztą ja już z nim współpracowałem kilka razy. Takim naszym największym dziełem jest „Moja dzielnica” z gościnnym udziałem Cormegi. Pamiętam, jak do mnie kiedyś przyszedł z czterema woskami pod pachą i powiedział: „Arku, będziemy dziś robić bit z winyli”. (śmiech) Podpięliśmy sprzęt i zaczęliśmy pracować na czterech różnych urządzeniach, które były ze sobą zsynchronizowane. Na początku kompletnie nie mogłem tego ogarnąć, bo nauczony byłem pracy w zupełnie innych warunkach, ale z czasem odnalazłem się w tej sytuacji i zrobiliśmy świetny bit.
Szwed SWD
Szwed SWD
W jakich warunkach powstawał wasz projekt z Bilonem i Kaczym?
Nad albumem „BRY.S.” pracujemy od końca 2016 roku. Prace trwały tak długo, bo każdy z nas ma na co dzień pełne ręce roboty, a do tego Kaczy mieszka poza granicami Polski. Zrealizowaliśmy go w całości w Hemp Studiu, ale w dwóch lokalizacjach, bo w ciągu ostatnich lat zmieniliśmy lokal studyjny - zależy nam na poprawie warunków pracy, dlatego robimy takie przeprowadzki co dwa-trzy lata. Na krążku przedstawiamy naszą zajawkę na muzykę drillową i grime'ową, inspirowaną brzmieniami z Wielkiej Brytanii. Kaczy jako pierwszy pokazał mi ten styl z siedem lat temu. Przywoził nam mixtape'y, które nabywał na winklu w Londynie. Tam nadal przegrywa się i handluje płytami na ulicy. Gwarantuję, że nasz projekt jest nowoczesny i świeży - nie tylko pod względem muzyki. Chłopaki zrobili na maksa duży krok naprzód. Płytę wypuścimy w nakładzie 2 tys. sztuk i dostępna będzie wyłącznie w Hemp Szopie.
Jakie projekty w najbliższym czasie będą jeszcze sygnowane twoją ksywką?
Przede wszystkim „Warszawski Rapton”, czyli drugi solowy album Bilona. To konceptualny projekt, w który zaangażowanych jest bardzo dużo osób - nie tylko w sferze muzyki, ale także od strony wydawniczej, graficznej oraz koncertowej. Pracuję także nad albumem elektronicznym z Dorotą Morawską. Nasz zespół nazywa się Lani. Pierwsze single już śmigają w sieci. W przyszłym roku planuję też wydać swój album producencki. Zagoszczą na nim artyści z różnych kręgów muzycznych.
Muzyka · 2 min
Quebonafide: Romantic Psycho Film - zwiastun