Nie tak dawno okrzyknęliśmy WCK mianem jedynej stołecznej ekipy, dorównującej Szybkiemu Szmalowi w kluczowych aspektach rapowego rzemiosła. Takie porównania wymagają jednak nie tylko wyeksponowania zalet następców, ale również rzucenia nieco światła na dokonania poprzedników.
W 2005 roku szybkoszmalowcy po raz drugi wspólnie przekroczyli próg polskiego rapu, z hukiem wyważając drzwi razem z futryną dzięki swojemu podziemnemu materiałowi. Tym samym udało się im to, co nie wyszło cztery lata wcześniej, gdy w nieco innym zestawieniu osobowym wypuścili legalny album. Czy trafili na odpowiedni moment dziejowy? Z pewnością tak, ale to tylko jeden z kilku elementów składających się na legendę wydawnictwa ze złotych czasów undergroundu.
Pionierski krok i skoki w boki
„Numer wytwórni z Ursynowa wziąłem z książki telefonicznej. Początkowo chcieliśmy tylko zrobić kasety z własnych środków, ale tak spodobały się jej nagrane przeze mnie kawałki, że zaproponowano nam CD, teledysk i promocję w TV, jednocześnie stawiając warunek, że pierwszym singlem będzie moje solowe »No co?«” – mówi mi 2$Z Kali, wracając pamięcią do 2001 roku i wydanego w labelu Promil debiutu Szybkiego Szmalu.
Eqlibrium, Hip-Hopowa Liga Młodzieżowa, US Rodzina... Ile mniejszych i większych fuzji musiało się dokonać w latach 90., by w końcu wykrystalizował się skład, który nagrał „Enziskenzis”, to temat godny osobnego tekstu – tym bardziej, że jak twierdzi wspomniany już współzałożyciel (a jeszcze ściślej inicjator działań i zarazem pomysłodawca nazwy), miał być to w zamyśle otwarty label-kolektyw w stylu Ruff Ryderz, nie zespół. Najważniejsze, że pierwszy garnitur puścił w świat nowatorski materiał, który po 20 latach brzmi jak dźwięki zarejestrowane podczas wizyty na poligonie doświadczalnym przed rozpoczęciem prac nad właściwą płytą. Owszem, już wtedy suma stylów w nawijce, treści i produkcji była z gatunku tych wyższych, ale jednocześnie pomysły jeszcze się nie przegryzły i rzecz jasna także nie okrzepły, dobre numery były przeplatane wypełniaczami, a kwestie realizacyjne stały na poziomie, który (delikatnie mówiąc) nie rzucał na kolana. Sygnał był jednak jasny: może brakuje egzekucji, ale równocześnie nie będzie brania jeńców. Czemu więc szybciej nie nastąpiła kontynuacja pod wiadomym szyldem?
„Z jednej strony był to okres przetasowań, z drugiej czas realizacji solowych rzeczy. Kali wypuścił kilka solówek, Mały zrobił debiutancką płytę. Każdy szukał swojej drogi i rozwinął się” – wyjaśnia Szogun, a wtórują mu kolejni reprezentanci ekipy. W ich wypowiedziach zaczynają również pojawiać się ludzie, którzy później staną się jej ważnymi ogniwami.
Słowne przepychanki i komitet transferowy
Po premierowym wydawnictwie część składu (Rembol, Frez, Kochan) naturalnie się wykruszyła. Nie oznaczało to jednak, że pozostali zaczęli gorączkowo rozglądać się za nowymi twarzami, które pasowałyby do ich wizji artystycznej. Ewentualne dokooptowanie kogokolwiek miało być naturalne i wynikać przede wszystkim z chemii z resztą. A ta, jak się okazuje, rodziła się w bardzo różnych okolicznościach.
„Z Szybkim Szmalem przeciąłem się podczas beefu na początku lat 00. Ustawialiśmy się na bitwy freestylowe: na mieście, u mojego ziomka PiRa czy u Kaliego. Początkowe relacje nie były wymianą uprzejmości. Dość płynnie, a zarazem nieoczekiwanie nasza rywalizacja przekształciła się we wspólne utwory” – zauważa Łysonżi i dodaje, że razem z Restem dołączyli do grupy w 2002 lub 2003 roku.
Z wolnostylowymi potyczkami wiąże się także szmalowa historia Procenta, na którą wpłynął przypadkiem... organizator jednego z wydarzeń. „Przecinałem się z chłopakami na różnych melanżach, kilka razy gadałem po pijaku z Ciechem, ale bliżej poznaliśmy się w 2003. Po jednej z bitew, która odbywała się nie pamiętam już w jakim mieście, zakwaterowano mnie w jednym pokoju z Emazetem i Kalim. Z tym pierwszym miałem zresztą okazję skrzyżować tego wieczoru rękawice na scenie i wygrałem. To była długa hiphopowa noc – siedzieliśmy we trzech do białego rana. W ten sposób się skumplowaliśmy” – wspomina szef Aloha Entertainment i dopowiada, że niedługo później poznał resztę załogi. Ziomkowanie się z Proceente napędziło zaś kolejny transfer, a mianowicie wciągnięcie do kolektywu Szu, czyli człowieka, który (jak uściśla Ciech) pełnił rolę rzadko rapującego wsparcia duchowego.
Niecodzienny wydaje się na tym tle przypadek Wdowy, która funkcjonuje jako autorka gościnki. „Zostałam przedstawiona chłopakom przy okazji jakiejś plenerowej imprezy. Spotykałam się wtedy z Szogunem, producentem ekipy. Później widywaliśmy się coraz częściej, bo nagrywałam swoje solowe utwory u Kaliego. Po jakimś czasie chłopaki przeprowadzili tajne głosowanie w sprawie zaproszenia mnie do grupy i choć nie wiem, jakie były ostatecznie głosy jednostkowe, ogół zdecydował o tym, że pasuję i zostaję” – przedstawia sytuację chronologicznie raperka, a gdy dopytuję, czy był plan, by znalazła się w większej liczbie kawałków z „Mixtape'u”, odpowiada, że była grupowym świeżakiem, więc spijanie śmietanki z fejmu i street creditu reszty byłoby wręcz niewłaściwe. Udzielenie się na legendarnym krążku to i tak już duża rzecz.
Co do tajnej narady – nie wiem, ile było głosów na „nie”. Gdy jednak spytałem o tę sprawę Małego, przyznał, że on faktycznie miał swoje obiekcje. „Początkowo nie spędzała z nami zbyt dużo czasu. Nie chciałem, żeby weszła do składu tylko dlatego, że jest dziewczyną naszego ziomka. Nie chodziło o rap, lecz o naturalny proces wchłonięcia do grupy. Z czasem poznawaliśmy się coraz lepiej, spędzaliśmy wspólnie więcej czasu, coraz więcej zwrotek Gosi było na naszych przeróżnych płytach i nie było opcji, żeby do nas nie dołączyła. Wdowa jest super raperką i koleżanką, więc bardzo się cieszę, że jesteśmy w jednym składzie aż do dziś” – tłumaczy po wielu latach Esz.
Niedookreślony pozostaje status Scoopa, który także przewijał się w towarzystwie nagrywkowo-melanżowym i producencko (ma na swoim koncie choćby bit do „Chamstwa”), i rapersko. Zarówno Kali, jak i Łysonżi uważają, że był on członkiem SzSz, ale ten drugi dodaje, że nie wszyscy mogliby się pod tym podpisać. Pierwszy idzie krok dalej, bo wspomina jeszcze o Kilu i Lerku, po czym podsumowuje: dla niego to wszystko było Szybkim Szmalem. Niewątpliwie za to nowe rozdanie stało się faktem i wkrótce miało napisać własną historię.
Hiphopowy sztorm, imielińska przystań
Rapowa meta, trap house, szybkoszmalowy skłot, kwadrat twórczy... Procent mógłby jeszcze długo strzelać barwnymi określeniami, gdy odpowiada na pytanie czym była Kajuta, w której tworzono „Mixtape”. Nie on jeden. Kiedy tylko pojawia się temat ursynowskiej miejscówki, każdy z moich rozmówców ożywia się i chce dodać coś od siebie. A już w szczególności ten, który powołał ją do życia.
„To był pokój u mnie, w mieszkaniu na ursynowskim Imielinie, ze zbudowaną wyciszoną kabiną. Pamiętam, jak przed jej powstaniem wpadłem do Szoguna po mikrofon i fatmana. Był u niego Maniek [Emazet – red.], który chciał, żeby nagrywanie zostało u wspomnianego, co było w sumie zrozumiałe. Byłem już jednak zdecydowany. Zawsze chciałem, byśmy o wszystkim decydowali wspólnie, ale wtedy zadziałałem arbitralnie. Myślę, że było warto, bo tak właśnie zaczęła się rodzić legenda” – stwierdza Kali, ale sama nazwa to zasługa mieszkającego kilkaset metrów dalej Łysonżiego. Wypłynęła podczas freestyle'owania.
Łysy wniósł zresztą w rozwój studio-kanciapy więcej niż tylko chwytliwą nazwę. „Wróciłem z trzymiesięcznej praktyki w Norwegii z 30 tys. zł w kieszeni, a rodzicom powiedziałem, że zarobiłem 15 tys. Praktycznie od razu po moim powrocie kupiliśmy z Kalim syntezator do studia i zaczęliśmy mocno działać. Melanże odbywały się praktycznie codziennie, a mój budżet na nie skończył się jeszcze przed ukończeniem płyty” – śmieje się po latach i przypomina sobie, że zdarzało mu się nawet uczyć tam do kolokwiów czy egzaminów na swoich dziennych studiach. I to z dobrym skutkiem, co zawsze dziwiło wszystkich zgromadzonych.
„Pamiętam, że stali bywalcy oglądali także często »Na Wspólnej«. Wyobrażasz sobie siedmiu nastukanych jak prosięta raperów, siedzących przy telenoweli w przerwach między nagrywaniem zwrotek?” – pyta retorycznie Mały, a Ciech dorzuca, że dla beki słuchało się również polskiego rapu. Jedni znajomi wchodzili, drudzy wychodzili, leciały bity, zwrotki się pisały i nagrywały, a sąsiedzi musieli mieć nerwy ze stali, co zostało unieśmiertelnione wersem w jednym z kawałków.
Można byłoby się zastanawiać, jakim cudem udało się w takich warunkach stworzyć jedną z najlepiej przemyślanych płyt w dziejach rodzimych rymów i bitów, gdyby nie fakt, że nad wszystkim czuwał ktoś, kto odżegnuje się od bycia szefem, choć każdy ze współtwórców „Mixtape'u” musiał zaakceptować nadrzędność jego zdania. Nawet jeśli nie zawsze było mu z tym zdaniem po drodze.
Inspiracje wielu, władza jednego
„Można powiedzieć, że byłem mózgiem operacji muzycznych choćby z tego powodu, że tylko ja miałem motywację do grzebania w śladach, nie mówiąc już o aranżowaniu bitów czy miksowaniu całych kawałków. Moim najważniejszym procesem twórczym było połączenie wszystkich elementów w taką płytę, jakiej sam chciałbym słuchać i jakiej mi w Polsce brakowało. Oczywiście nie ujmując niczego chłopakom, bo składowe tego krążka były na tyle mocne, że ciężko było to spieprzyć” – w taki sposób swoją rolę w projekcie opisuje obecnie Szogun. Pytany o najtrudniejszą rzecz związaną z nagrywaniem materiału odpowiada zaś, że nie przypomina sobie niczego, co mógłby tak nazwać, ale od razu kontruje, że każdy idealizuje przeszłość.
Wylewniejsi w ostatniej z kwestii okazali się raperzy z Esz Esz. Gdyby nie to, że minęło już przeszło półtorej dekady, niektórzy z nich mogliby pieklić się na samo wspomnienie tzw. szogunowej selekcji zwrotek, zwanej tu i ówdzie także szogunową dyktaturą. Teraz podchodzą do tego ze spokojem i jak jeden mąż przyznają, że ich kolega był obiektywny i usuwał tylko to, co nie trzymało odpowiedniego poziomu, z korzyścią dla całości. Mimo to część MC's pamięta ciągle i swoje, i czyjeś „wykasowafszy”. I tak Procentowi nie weszła zwrotka do kawałka „Chamstwo”, Łysonżiemu do „Stąpam lekko”, a W.E.N.A. nie znalazł się na „Nie z tą to z tamtą” z żadnym ze swoich licznych freestyle'ów. Na drugim biegunie znajduje się za to Kali. On najchętniej przesunąłby swoje osiem wersów z „Idziemy po swoje” na odpowiednie miejsce. Czyli pół wersu dalej, tak jak było to nagrane, zanim Szogun poprzesuwał zwrotki w aranżu .
„Wszyscy mieliśmy motywację do jeszcze lepszego pisania. Mocno konkurowaliśmy między sobą, każdy chciał, żeby jego zwrotka została” – zaznacza Ciech. Wydaje się, że w tej rywalizacji niewielką rolę odgrywali Stemplo, Rest i Szu, bo nie byli zbyt aktywni artystycznie, a trzon MC's stał się już jasno określony. No, może każdemu z tercetu producent wykonawczy wyciął, jak to ujął, po zwroteczce, ale to tyle.
Dużo mniej rygorystycznie wyglądała sprawa z muzyką. Oczywiście w większości składają się na nią kolejne produkcje Szoguna, ale przez to, że każdy z członków grupy miał inne zajawki i stilo, postanowiono rozszerzyć pole działania. „Nigdy nie zakładałem, że płyta tylko na moich podkładach będzie lepsza. Nie było sensu stopować tego, że skład chciał nawijać pod inne rzeczy i z tego, co kojarzę, był to naturalny proces. Kali dorzucił zajebisty produkcyjny flavour, coś, czego sam bym nie dołożył. Malin produkował płyty Procenta, więc chłopaki chcieli nagrać coś na jego bicie, ponieważ robił bardzo fajne rzeczy. Z kolei »Najebawszy« Smarka wyszło trochę przed naszym krążkiem i bardzo się nim zajaraliśmy. Odezwaliśmy się na Gadu-Gadu do Kixnare'a i tak nawiązała się współpraca. Wiesz, kiedyś producenci byli oryginalni, mieli różne wizje i inspiracje. Dzięki temu wszystkie bity nie brzmiały tak samo” – mówi z przekąsem strażnik jakości „Mixtape'u”.
Pochwała eklektyzmu i niewyparzone języki
Dopiero po czasie widać wyraźnie, jak piekielnie mocna paczka zebrała się na tym wydawnictwie. Jej eklektyzm został trafnie opisany parę lat temu przez Marcina Flinta w tekście o najważniejszych albumach polskiego hip-hopu: „Kali mógł mieć swoje crunkowo-dancehallowe fascynacje i karkołomnymi wejściami siać anarchię na bicie, ale gdzieś obok był Mały Esz wzdychający do Guru i Premiera wśród upalonych brzmień. Podczas gdy Emazet mozolnie kleił równe wersy, dając w tekstach dowody swojej poczciwości, jadowicie ironiczny Ciech wbijał szpile, eksperymentując z wywlekaniem linijek poza podkład. Łysonżi odpalał punchlines, Rest dorzucał trochę topornego hardcore'u, Procent – lokalny folklor z odrobiną literackiej ogłady. Panowie kontrastowali wzajemnie, potrafili się też nawzajem wyciągać ze swoich stref komfortu, przez co domorosły filozof musiał wejść w buty hedonisty, a bitewny MC zdobyć się na głębszą refleksję”. Aż chciałoby się dodać: wszyscy tak inni, a jednak tacy sami. Ich czynnikiem X stała się bowiem, mimo mało polskiej jazdy, stołeczność.
„Wydaje mi się, że tak jak Mokotów i Ursynów można sytuować gdzieś między bogatymi dzielnicami willowymi a biednymi zapuszczonymi zakątkami, tak Szybki Szmal gdzieś między beztroskim bananowym rapem a hardkorową ulicą. Nie byliśmy biedni, ale też nie byliśmy dziećmi bogaczy. Mieliśmy za to wyjątkową pewność siebie. Byliśmy buńczucznymi małolatami, którzy nie patrzyli na nic i na nikogo” – diagnozuje z socjologicznym zacięciem Ciech i przypadkowo wywołuje temat niejednoznacznych featuringów, które znalazły się na „Mixtapie”.
Przyjęło się mówić, że zaproszeni byli tylko znajomi szybkoszmalowców – i jest to prawda, co zostało potwierdzone kilkoma rozmowami na potrzeby tego tekstu. Nie znaczy to jednak, że wszystko jest tak proste, na jakie wygląda. Za przynajmniej dwiema gościnkami kryją się bowiem historie, które w czasach rozpędzonego rynku, pełnego zależności i wzajemnych zobowiązań, raczej nie miałyby prawa się wydarzyć. Obecność Krzysztofa Kozaka została określona przez jednego z moich rozmówców mianem „prawdopodobnego efektu spontanicznego melanżu”, co brzmi sensownie, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że Łysonżi w kawałku „Cofamy się” zaczepia szefa RRX, bo ten obiecał Kaliemu laptopa i parę innych rzeczy, a ostatecznie nie wywiązał się nawet z planu wydania jego płyty. To jednak nic przy wielopiętrowym skomplikowaniu singla „Cooooo??!!”.
Wyjaśnijmy pokrótce: w pierwszej wersji „Frajera” Ciech nawinął „Nie ma tu bębenka z drugiego piętra ani Lerka”, co nie spodobało się Onarowi, który uznał, że warszawiak zdissował jego... sylwetkę. A to nie było prawdą – chodziło mu po prostu o sznyt jego niedawnego kawałka. Czyli też diss, ale dotyczący czegoś zupełnie innego. Reprezentant Płomienia postanowił odgryźć się oponentowi na jego terytorium, nawijając: „Onar wydał chujowy singel? / Ej, ziom, lepiej popraw sobie pingle”. Dodajmy do tego fakt, że w tym samym utworze 1/2 duetu Żądło zarapowała o „kumplu z liceum, który zrobił prawie hiphopolo”, a był nim (no, nie uwierzycie) właśnie Lerek, który zresztą pojawia się jako gość w „Stąpam lekko”. Istne pomieszanie z poplątaniem, dobrze ilustrujące braki w kalkulacji i zacietrzewieniu.
Znaki zapytania i podział majątku
Ze wspomnianym chwilę wcześniej kawałkiem wiąże się też opowieść o tym, jak dziko, a i czasem niebezpiecznie bywało w trakcie kręcenia klipów. Procent tajemniczo i zarazem obrazowo powiedział, że o realizacji tego teledysku można byłoby napisać ciekawą nowelę, gdyż na planie zdjęciowym niespodziewanie zjawili się nie tylko zajawieni fani, ale również pijacy i złodzieje. Postanowiłem zasięgnąć języka, żeby dowiedzieć się nieco więcej.
„Pamiętam, że ktoś stracił plecak, ktoś inny ciuchy, które leżały na podłodze. Chwilę później poszło hasło, że trzeba wyrzucić wszystkich z lokalu, bo nikt nie panuje nad tym, co się dzieje. Ostatecznie wszyscy wzięli sobie do serca obowiązek patrzenia, kto przychodzi, po czym doszło do tego, że ochrona nie chciała wpuścić Pezeta. Musiałem po niego wychodzić i tłumaczyć menedżerce klubu, kto to jest i po co się zjawił” – wyjaśnia Łysonżi, dodając, że o ile się nie myli chodziło o klub M25 na Mińskiej.
Dzień premiery całości upłynął za to jak każdy inny – Kajuta, picie, palenie. Dobra, także lekka ekscytacja, bo wjechały płyty i wlepy, lecz ogółem nie zdarzyło się nic tak szczególnego, żeby wspominać latami tę konkretną datę. Dużo większe wrażenie zrobiło na szmalowiczach spotkanie premierowe dotyczące ich „niepółkowej” płyty w Empiku Junior w Domach Centrum, załatwione za sprawą Bruna ze znajomą pracującą dla tejże sieci. Podczas niego zeszło sto fizyków – w sumie, wraz ze sprzedażą w sieci, ok. 700 – i dało się odczuć, że muzyka na nich zawarta faktycznie trafiła do serc słuchaczy. Wciąż mówimy jednak o pukaniu do drzwi mainstreamu, a nie rozgoszczeniu się w nim, choć szacunki mówią, że materiał został pobrany z sieci kilkaset tysięcy razy.
Wielu z was zastanawia się pewnie, czy ten undergroundowy sukces można było przekuć w coś większego i trwalszego? Część wypowiedzi nie pozostawia złudzeń. Coś się skończyło, choć kilka lat po premierze podjęto filmową próbę dogadania się.
„Rozmawialiśmy w Kajucie na spotkaniu zorganizowanym przez Wdowę, na które przyszli wszyscy. W pewnym momencie powróciło zagadnienie dotyczące jednego większego koncertu składu, na który nie byłem zaproszony, a o którym to dowiedziałem się przez kuzyna z telewizji, co dosyć mnie zabolało. Byłem gotów uznać to za drobne problemy w komunikacji, ale problem był chyba głębszy. W każdym razie nic już tego dnia nie ustaliliśmy i po prostu się rozeszliśmy. Gosia była tym zdruzgotana. Myślę, że najlepiej przeczuwała, że to ostatni raz, kiedy spotykamy się w takim gronie” – relacjonuje Kali i dodaje, że później z ciężkim sercem zawetował także pomysł reedycji wysunięty przez Procenta. Pojawiły się za to zobowiązania: wspomniany miał zaprzestać łączenia nazwy Szybki Szmal z działalnością Alohy, a w zamian druga strona obiecała, że nie będzie używać loga zaprojektowanego przez Konrada Smolarskiego. Trudno się temu dziwić, skoro teledysk do „Wstań” z Benzyny został nazwany przez tego drugiego ostatnim rodzinnym zdjęciem, a od niedawna próbuje on także ożywić wydawnictwo Szybki Szmal z Brusem, Wifonem i Danym.
Nadzieja na przyszłość
Jak wiele polskich nielegali tak i ten nie pojawił się dotąd w serwisach streamingowych. Tym razem członkowie zespołu mówią jednak jednym głosem: „Mixtape 2005” znajdzie się w cyfrze albo w najbliższym czasie, albo po prostu jeszcze w tym roku. Co więcej znowu trwają rozmowy o reedycji. Do drugiego z wydarzeń z pewnością dużo dłuższa i bardziej wyboista droga, więc niczego nie przesądzajmy. Na razie zwyczajnie trzymajmy kciuki za to, byśmy niebawem nie musieli już słuchać jednego ze szczytowych osiągnięć podziemia w marnej jakości. Zasługuje na dobry dźwięk, jak mało który klasyk.