Tadeusz Błażusiak przesiadł się na motocykl elektryczny. W tym sezonie SuperEnduro miał otworzyć nowy rozdział motorsportu. Miał, bo… nie został dopuszczony do rywalizacji. Opowiedział nam o powodach przesiadki na e-bike, zaletach i wadach nowego sprzętu oraz planach rozwoju i perspektywie powrotu do sportu.
Kiedy uświadomiłeś sobie, że możesz poważnie spojrzeć w stronę motocykla elektrycznego?
Dziesięć lat temu mówiłem, że jak zdrowie pozwoli, kości będą całe i głowa sprawna, to karierę skończę na elektryku…
Pamiętam, ale wtedy brzmiało to, jak żart! Mówiłeś to z przekąsem…
Zgadza się. Ale tak w życiu bywa, że rzeczywistość dogania żarty. Jasne, wtedy miało to być chwytliwym hasłem, taką śmiechową formą deklaracji, że nie wybieram się na emeryturę i dociągnę jeszcze do nowej ery. Jakieś trzy lata temu, rozmawiając z moją Asią o sytuacji, karierze i planach, rzuciłem już całkiem poważnie, że chyba tego elektryka nie zdążą zaprojektować i zbudować…
No i?
No i zdążyli!
Jak to się zaczęło?
Ludzie ze Starka zgłosili się już blisko dwa lata temu. Miałem wtedy ważny kontrakt z GasGasem, ich projekt tak naprawdę dopiero raczkował, motocykl był raczej marzeniem, niż realnym narzędziem, więc grzecznie odpowiedziałem, żeby wrócili z motorem, który będzie już jakąś bazą do pracy. Wrócili. Po ostatnim sezonie SuperEnduro, pod koniec marca, umówiliśmy się na testy.
Jak wyglądał twój pierwszy kontakt z e-bikem?
Dostałem do rąk kilka różnych wersji tego motocykla. Oczywiście był to sprzęt, który wymagał ogromnej pracy. Prawdopodobnie właśnie to było jednym z elementów, który mnie przekonał. Umówmy się, ja już swoje zrobiłem, niczego nikomu dowodzić nie muszę, ale… sobie jeszcze mógłbym. Wizja tego, że można rozwijać jakiś projekt, odpowiadać za kierunki, w które podąża grupa inżynierów budujących motocykl i potem brać za to odpowiedzialność w sporcie, wydała mi się kusząca. Na tym etapie swojej kariery, potrzebuję tego typu bodźca do motywacji. Moim zdaniem ten projekt ma sens.
Dyskusja o motocyklach elektrycznych jest bardzo burzliwa. Uważasz, że powinno się debatować nad tym, „czy” one wejdą do motorsportu, czy raczej „kiedy” to się stanie?
Ale to już się dzieje! To tak, jakbyśmy teraz siedli i zaczęli się zastanawiać, czy po roku 2023 nadejdzie 2024, czy może nie?! To nie miałoby najmniejszego sensu, byłoby czystą stratą czasu. To, że tak się stanie, i że elektryki wejdą do wyścigów, jest oczywiste. Warto wykorzystać ten przełomowy czas i przygotować się na to, co nas wszystkich czeka. Udawanie, że to się nie stanie, albo próby sztucznego przesuwania tego w czasie, są walką z wiatrakami.
To co nas czeka?
Ja nie szykowałbym się na to, że elektryki zastąpią motocykle spalinowe. A jeśli tak miałoby się stać, to raczej ze względu na przepisy, a nie naturalny cykl życia motorsportu. Dla mnie na ten moment są trzy rodzaje motocykli: dwusuwy, czterosuwy i elektryczne. I niech każdy jeździ takim, jakim mu pasuje. Wydaje mi się, że one mogą ze sobą współistnieć i to nie byłoby nieuczciwe dla nikogo. Tak na to patrzę.
Nie ma jeszcze topowych zawodników, którzy mieliby doświadczenie startowe zdobyte na elektrykach i motocyklach spalinowych. Być może ty będziesz pierwszym z nich i to w skali globalnej. Mimo to, spór trwa. Są zwolennicy i przeciwnicy e-bike’ów. Myślisz, że ta dyskusja oparta jest na racjonalnych argumentach i wiedzy, czy emocjach?
Na emocjach. Tej wiedzy jeszcze nie ma. W sporze biorą górę emocje, uprzedzenia, stereotypy i przyzwyczajenia. To jest naturalne, bo nie ma szerokiej bazy danych porównawczych. I ok, każdy przecież ma swoje nawyki i pełne prawo do tego, by uważać, że one są tymi jedynymi słusznymi. Spoko. Ale chyba zbyt często jest to na zasadzie „nie wiem, ale chętnie się wypowiem”, albo „nie mam doświadczenia, ale mam swoje zdanie”. Wiesz, o co chodzi, nie? Nie chcę tu wchodzić w tony, by namawiać kogokolwiek, żeby dał szansę tym sprzętom, bo nie taka jest moja rola. Niech każdy robi to, co mu się podoba i uważa za słuszne. Ale niech także innym da do tego prawo. Jak wprowadzano czterosuwy, to były podobne dyskusje! Że nie, że coś tam, że to źle itp. A teraz co? Zupełnie naturalne jest, że mamy dwu i czterosuwy.
Dobra, wracam do tego, że jesteś pierwszym fachowcem najwyższej rangi, który może pokusić się o porównanie…
Ja bym nawet nie porównywał! Tak, jak mówiłem – dla mnie jest dwusuw, czterosuw i elektryk. To jest zupełnie nowy sprzęt, który ma za sobą pierwszy rok rozwoju. Ok, ten rozwój jest naprawdę dobrze przemyślany i zaplanowany, pracują nad nim tęgie głowy, liczba tych głów wzrasta w ogromnym tempie, ale… to nadal jest tylko rok! Czyli cholernie mało, szczególnie w porównaniu do fabryk, które dysponują dekadami doświadczeń. Na ten moment mój Stark może już stanąć do wyścigu i spokojnie daje potencjał na pierwszą „dziesiątkę”, a może nawet już do walki o TOP5. I naprawdę stosunkowo niewiele potrzeba, by był w stanie rywalizować o podium w mistrzostwach świata.
W którym kierunku idzie ten rozwój?
To jest inny sprzęt i trzeba mieć tego pełną świadomość. Zupełnie inaczej przyrasta moc. Nie ma przełożeń. Trzeba to wykorzystać do maksimum. Nie ma podpinania biegów, zatem nie ma przerwy w dostarczaniu mocy – a jeśli tak, pewnie w przyszłości będzie można zastosować inną ramę, która z kolei otworzy kolejne pola do rozwoju. Wejdziemy w detale, ale na mistrzowskim poziomie w sporcie właśnie te detale decydują. W tym motocyklu masz wrażenie, że w każdej sekundzie jest optymalnie dobrane przełożenie. Nie zmieniasz biegów, nie wachlujesz nogą, stopa cały czas dociska podnóżek, odpada ci myślenie o tym, więc jakaś część w głowie, która jest za to odpowiedzialna (nawet jeśli robisz to z automatu) ma „więcej wolnego” i może skierować uwagę na inne aspekty wyścigu. Niuanse. Ale jakże ciekawe! Na pewno jest mniej rzeczy, na które musisz zwracać uwagę i które musisz kontrolować, a to na pewno daje szereg możliwości. To są plusy.
A minusy?
Nie ma sprzęgła. Ono w wielu sytuacjach może uratować tyłek, z wielu błędów pozwala się wykaraskać. Być może zostanie opracowane i zastosowane, tak jak w trialowych motocyklach elektrycznych. Niemniej teraz go brakuje i to na pewno jest minus. Trzeba się do tego także przyzwyczaić, dostosować technikę jazdy, odnaleźć się w tych realiach na tyle dobrze, by nie stracić zbyt wiele. Drobiazgów jest mnóstwo, mogą pomagać, albo przeszkadzać. Myślę, że właśnie sam fakt nowości tego sprzętu, jest i jeszcze przez jakiś czas będzie pewną przeszkodą. Lata przyzwyczajeń robią jednak swoje. Na treningu można wszystko opanować, ale nie do końca wiadomo, jak zareaguje organizm w warunkach wyścigowych, kiedy trzeba będzie instynktownie podejmować decyzje w ułamkach sekund. A te decyzje będą przecież podejmowane w oparciu o doświadczenia zbierane na motorach spalinowych, dlatego w tym przypadku ci zawodnicy będą jeszcze przez jakiś czas lepsi. Zmiany w ustawieniach – znów, z jednej strony wiele z nich wprowadza się łatwiej, ale z drugiej ciążyć mogą spalinowe przyzwyczajenia przy decydowaniu się na nie. Wychodzi więc na to, że w ogólnym rozrachunku te wady i zalety mogą się równoważyć. Odpowiedź może dać tylko rywalizacja.
Do której dojdzie…?
Kiedy tylko dostanę na to zgodę. Ja jestem zawodnikiem, jestem gotowy, stawiam się z motocyklem na każdej rundzie. Niestety, przepisy, które zmieniły się z dnia na dzień, tuż przed startem sezonu, na tę chwilę uniemożliwiają mi start. Trzy dni przed inauguracją sezonu SuperEnduro motocykl spełniał wszystkie warunki wymagane regulaminem. Miał homologację i przeszedł odbiór techniczny. Dobę później już nie. Komentarz pozostawię czytelnikom. Chciałbym tylko, żeby wiedzieli, że ja, z moim nowym zespołem, szykowaliśmy się do rywalizacji i zrobiliśmy wszystko, do czego obligował nas regulamin. Nie wszedłbym w żaden niepewny temat, nie teraz, nie na takim etapie kariery. Ja robię swoje. Mam nadzieję, że wkrótce będę mógł wrócić do rywalizacji.
Do kogo należy decyzja?
To już tematy dla ludzi siedzących na najwyższych piętrach. Mój zespół oczywiście robi wszystko, by dopuszczono nas do startów. Doszło do rozmów z samym szefem FIM, Jorge Viegasem, ale to nie do końca jego rola. Wspominam jednak o tym, by uświadomić wszystkim, jak wysoko to zaszło i jak poważnie traktowany jest ten temat. Być może czasem tak poważne rozmowy wolą ciszę, niż szum medialny, dlatego więcej nie chciałbym zdradzać. To, co należy do mnie, jest wykonywane. Jestem w formie, każdego dnia gotowy, by stanąć na starcie. Jeden telefon i ruszamy.