Ten Typ Mes, Polish Hip-Hop Festival Płock 2018
© Piotr Szapel
Muzyka

Ten Typ Mes: Bolidem 300 km/h po zakrętach

„Nie interesuje mnie jazda na gokarcie, kiedy mogę bolidem 300 km/h po zakrętach” – Ten Typ Mes chwilę po premierze płyty „Biały Tunel” opowiada nam o paliwie, którego potrzebuje jako artysta.
Autor: Tomek Doksa
Przeczytasz w 24 min
Co powinien zrobić raper, który przez całe swoje dorosłe życie mówi, że rap połączony z auto-tunem jest w 99% przypadków asłuchalny? Wziąć auto-tune w swoje ręce. Ten Typ Mes, w nowo zawiązanym zespole pod nazwą Biały Tunel, postanowił zrobić coś, czego nikt się po nim nie spodziewał. Co prawda przy okazji wspólnego singla z duetem Tuzza mówił mi, że do auto-tune'a można go przekonać „tylko wtedy, gdy dołączysz do tego przede wszystkim interesującą treść”, ale że jego kolejna płyta będzie w całości zrealizowana na tym patencie? Niebywałe. Ale jakie dobre! Naszą rozmowę zaczynamy więc od pytań z kategorii: z kim przegrał zakład i dlaczego tak późno.
Gdybyś mógł cofnąć się w czasie, co byś chciał wcześniej robić: zostać dresiarzem czy używać auto-tune’a?
Ten Typ Mes: Haha, trudne pytanie. Ale chyba jednak zostać dresiarzem. Jestem przekonany, że największym minusem w mojej karierze zawodowego artysty byłoby użycie auto-tune'a zanim zdecydowałem się na lekcje śpiewu. Bo to jest tak niezmiernie rozleniwiające urządzenie, że pewnie nie znalazłbym w sobie dość motywacji, by pracować nad głosem wiedząc, że w studiu kryje się taki satan, który kusi i poprawia. Z dwóch zaproponowanych opcji wybieram więc dres i beztroski lajfjstal. Gdybym od dziesięciu lat używał już auto-tune’a, moje albumy na pewno byłyby przez to uboższe. A nie ma nic gorszego niż ubogi album.
Przy poprzedniej płycie podpisanej przez Tego Typa Mesa – „RAPERSAMPLER+” – mówiłeś mi, że głód sztuki cały czas trzeba karmić innymi substancjami, zmieniać smaki. Rozumiem, że okiełznanie auto-tune'a było ci potrzebne, by nie stanąć w miejscu, ale dlaczego akurat teraz?
Potrzebowałem takiej przyprawy, po prostu. Nie boję się w tym miejscu zacytować najsłynniejszego girlsbandu Europy, Spice Girls, który w latach 90. zachęcał wszystkich słuchaczy: „Spice up your life!”. Transformacja rapera w wokalistę, który posługuje się auto-tunem, cały czas jest moim zdaniem na polskim rynku niedoje*ana. Do tej pory nie pojawiały się u nas takie piosenki, które od początku do końca miałaby podobne emocje do tych, które znajdziesz na „Białym Tunelu”. Zwykle auto-tune był wykorzystywany jako substytut śpiewania, ja natomiast śpiewałem samodzielnie refreny już w 2003 czy ‘04 roku, w związku z czym moja droga jest zupełnie inna i nie uważam, że sięgnąłem po auto-tune za późno. Gdyby chodziło o to, że potrzebuję być Futurem z 2012 roku i robię dziś jakiś mumble rap przy użyciu tego narzędzia to pewnie tak, można by mi to wytknąć. Ale pokaż mi drugiego tak rzetelnego rapera, który najpierw nagrał tyle śpiewanych zwrotek, łącznie dwoma numerami punkowymi. No właśnie. Dlatego aspekt „za późno” nie ma w moim przypadku racji bytu. Podążanie za trendami też warto w mądry sposób powstrzymywać – trzeba cały czas myśleć o warsztacie, to są skomplikowane sprawy. Jeśli komuś, tak jak mnie, zależy na muzyce i na odkrywaniu siebie, na pewno to zrozumie.
W Białym Tunelu podoba mi się najbardziej ten element zaskoczenia – nowa płyta Mesa, ale nagrana w nowym zespole, do tego z pomocą auto-tune'a, którego przez wiele lat się wyrzekałeś. Nie chciałeś zrobić kroku dalej i wydać ten album bez żadnego wcześniej singla? To byłaby dopiero niespodzianka! Tym bardziej, że „Biały Tunel” to dla mnie płyta wyjątkowo niesinglowa – powinno się jej słuchać za jednym podejściem, od początku do końca.
To bardzo ciekawe, co mówisz. Może faktycznie trzeba było wypuścić cały materiał od razu, bez sugerowania, co jest singlem i sprezentować to ludziom w jednej, tajemniczej formie, ale... Po pierwsze: już jest na to za późno (śmiech), a po drugie: jak przy każdym ruchu showbiznesowym nie ma równania co wyjdzie ci na pewno na dobre. Mam jednak nadzieję, że ludzie nie zniechęcili się eksperymentalnością i odwagą tych singli łamane na „poje*aniem i zje*aniem się Mesa”, i zechcą odpalić tę płytę od początku do końca. Tym bardziej, że jest to moja najkrótsza płyta, więc odpadają w jej przypadku komentarze w rodzaju: „dobra, nie mam półtorej godziny na tego ch*ja, co zawsze nagrywa za długie płyty”.
No dobra, ale dlaczego to nie jest po prostu kolejna płyta Tego Typa Mesa?
Powodów jest szereg. Czasami masz ochotę zrobić coś dziwnego, jeszcze bardziej stestować swoich odbiorców i odje*ać coś, co jest naprawdę rewolucją w kontekście tego, do czego przywykli. A ja myślę, że moi słuchacze są moimi słuchaczami właśnie dlatego, że lubią być zaskakiwani. Że włączają sobie nową płytę Mesa na zasadzie rozrywkowego podejścia do hasła: „OK, to teraz wydarzy się coś naprawdę dziwnego”, a nie że traktują ją jako wejście do strefy komfortu w rodzaju: „OOOK, dobra, to jest ten sam Mes od 2003 roku”. Raczej nie tak prowadzę swoją drogę przez płyty. Ale czy użycie auto-tune’a na całej nowej płycie firmowanej Mesem nie byłoby przegięciem? Tu postanowiłem zrobić krok w boczną alejkę. Miałem ochotę odpocząć od swojej ksywy również dlatego, że „RAPERSAMPLER”, który w całości napisałem, wyprodukowałem i wykonałem, trochę mnie zmęczył. Zjeździłem kraj wzdłuż i wszerz, i pomyślałem, że teraz spróbuję stworzyć coś nowego z kimś. Rzuciłem więc chłopakom, Bartkowi Tkaczowi i Szogunowi, pomysł: „Zróbmy coś razem, mamy podobne emocje, co do show-biznesu, co do muzyki, w ogóle mamy podobne poglądy, zróbmy więc projekt, w którym każda 1/3 jest tak samo ważna”. Oni się zgodzili, ale też pokazali później bezwzględność w różnych negocjacjach. Biały Tunel to jest prawdziwy, kłócący się zespół, nie żaden twór składający się z dwóch wynajętych przeze mnie producentów, i muszę ci powiedzieć, że to jest świetne!
Który z was teraz ma mniej zębów?
(śmiech) Na szczęście nie doszło między nami do przemocy, wszystko poszło kulturalnie. Szogun w ogóle uważa, że to jest nowe „Illmatic” i każdy kto tego nie rozumie dziś, zrozumie za 10 lat. (śmiech) Ja z kolei uważam, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by ta płyta brzmiała najlepiej w Polsce. Opowieść o naszych sporach jest natomiast co najmniej dwuwątkowa. Po pierwsze wszyscy trzej spotkaliśmy się w momencie, w którym nie cierpimy już rozmawiać przez telefon. Rozmowy przez telefon kojarzą nam się z jakimiś desperackim, naje*anym szukaniem kogoś na melanżu: „grfzdzie jefssteś, chdsdsodź tu!”. Dlatego teraz jesteśmy w fazie piszącej. Nie wiem, czy jest to uwstecznienie społeczne czy następny krok ku rozwojowi, prawdopodobnie to pierwsze, ale komunikacja przy Białym Tunelu odbywała się za pomocą różnych wiadomości i smsów. To był bardzo ciekawy eksperyment rozkmininania albumu poprzez literki. Te litery przypominały już czasami pociski i wtedy ustawialiśmy się w 3D i łagodziliśmy sprawę momentalnie. Czyli „warto rozmawiać”, a nie tylko pisać.
Inną kwestią był podział na role. Pamiętam z początków prac nad płytą zdanie chłopaków, którzy mówili: „jaramy się twoim śpiewaniem i chcemy, żebyś śpiewał dużo”. A ja zawsze, kiedy ktoś mi mówi, że mam coś zrobić, to z samej przekory robię inaczej. Czyli w tym przypadku chcę dostarczać rapowe zwrotki. Z drugiej strony sam, zyskując dostęp 24 godziny na dobę jeśli chodzi o energię twórczą do asa, który ujarzmia dwa instrumenty, czyli flet i saksofon, przede wszystkim chciałem, żeby dogrywał flet i saksofon. (śmiech) Ale Bartek Tkacz mi tłumaczył: „Słuchaj, ale to nie jest cała prawda o mnie, ja jestem również producentem i proszę mnie nie traktować jak maszyny do wydychania powietrza”. Szogun z kolei nie uznawał naszych argumentów jeśli chodzi o kolejność utworów, o to, co ma płytę otwierać, co ją zamykać, jak należy słuchacza przytrzymać jeśli chodzi o rozgrywkę tempa, emocji. Ja na swoich solowych płytach podchodzę do tego inaczej, u mnie musi być sinusoida, dla Szoguna natomiast ważniejszy jest spójny klimat w najlepszym tych słów znaczeniu. Na szczęście jesteśmy osobowościowo dość do siebie podobni. Na pewno światopoglądowo. Pewnie dlatego udało nam się stworzyć tak spójnie brzmiący album.
Gdyby poglądy wam się nie zgrywały, nie byłoby to możliwe?
Mogłoby się nie udać, bo w pewnym momencie mógłbym stwierdzić, że co z tego, że ten gość to wirtuoz, jak jednocześnie to spie*dolony… – tutaj wstaw sobie, co tylko chcesz – lewak, prawak, feminista, szowinista. A w tej konfiguracji zawsze gdzieś z tyłu głowy mieliśmy, że jesteśmy sobie mentalnie bliscy. Łączy nas niemal identyczne poczucie humoru, jakaś troska, empatia w środku, akceptowalny level gwiazdorstwa, te sprawy.
Teraz łączy was też wspólna płyta. Kiedy do niej siadaliście, co sobie mówiliście?
Zróbmy coś najlepszego na świecie, używając dostępnych nam warsztatów i talentów. O to chodziło. Padały takie hasła, jak: „zróbmy coś radykalnego, w ogóle nie kierujmy się żadnymi kalkulacjami”. Nie interesowało nas to, że będzie na czasie lub nie, że ludzie do tego nie dorośli. Nawet jeśli nie dorośli, to może kiedyś dorosną. My jako artyści nie możemy w wieku trzydziestu paru lat się infantylizować tylko po to, żeby więcej sprzedać. Nas na pewno nie interesuje jazda na gokarcie, kiedy umiemy zapie*dalać bolidami 300 km/h na zakrętach.
Cieszy mnie to, co mówisz, bo nieco obawiałem się już o Alkopoligamię – Biały Tunel to pierwsze duże wydawnictwo od czasu ubiegłorocznej płyty Emila Blefa. Wyglądało na to, że mocno wyhamowaliście, ale może nowa płyta coś zmieni.
Słuchaj, jesteśmy już z roku na rok coraz bardziej wymagający i mamy za sobą wiele przygód z różnymi artystami, dlatego żebyśmy teraz weszli w jakiegoś nowego wykonawcę to wymagałoby kilku rzeczy. Przede wszystkim braterstwa, miłości i zaufania, a powiem ci, że z roku na rok coraz trudniej o to. Obawiam się że im dalej w las, tym bardziej stajesz się wymagający wobec nowych znajomości. Musiałoby być więc tak, że w pacjencie, na którym mielibyśmy przeprowadzić zabieg pt. „Płyta na pełnej ku*wie i pełnym zaangażowaniu”, wszyscy musieliby się wziąć i naprawdę zakochać. Nie wykluczam oczywiście, że to się wydarzy, ale raczej nie dzisiaj.
Tobie nowe znajomości wciąż przychodzą łatwo czy jesteś na etapie ograniczonego zaufania?
Jedną z rzeczy, które najbardziej lubię w swoim zawodzie jest to, że działa jak otwieracz. Rozmów. Że mogę iść i zagadywać kompletnie obcych mi ludzi w różnych sytuacjach. Uwielbiam to w swoim zawodzie, w swojej pasji! Nawet jeśli kogoś zagadam i ten pomyśli: „O ch*j ci chodzi, czego ty ode mnie chcesz?!”, ja zawsze mam na to naprawdę szczerą odpowiedź: „Szukam inspiracji”. Bo ja potrzebuję rozmawiać z ludźmi i wiedzieć, co moi rodacy, Europejczycy albo nawet Hindusi czują. Albo Ukraińcy i nie Ukraińcy. Opowiem ci przy okazji historyjkę. Jechałem ostatnio przez miasto samochodem pewnej korporacji – a muszę ci powiedzieć, że zamawiam ją tylko wtedy, gdy nie mogę się doczekać taksówki, bo jestem cały czas zwolennikiem taksówek i kierowców kompetentnych…
Szogun, Ten Typ i Bartek Tkacz, czyli trio Biały Tunel

BIały Tunel

© Alkopoligamia

I po zmroku, jak już musisz wsiadać, to do auta z kogutem...
Dokładnie. A sytuacje z tych wszystkich aplikacji są w różnym stopniu krzywdzące, np. jeśli chodzi o podatki. Niestety nie zawsze mam czas, który pozwala mi czekać na ulubioną taxi, więc zdarza mi się też od czasu do czasu korzystać z usług mniej wykwalifikowanych firm. No i któregoś dnia jadę takim właśnie pojazdem, rozmawiam z mamą przez telefon, i mówię jej, że no właśnie jadę z panem z Ukrainy, wiesz miasto się zmienia, i w ogóle, a nagle pan, kawał chłopa odwraca się, mierzy mnie naprawdę mrożącym krew w żyłach spojrzeniem i mówi: „Z Czeczenii, nie Ukrainy!”. Czyli widzisz, na chwilę poczułem się jak ekspert we własnym mieście, a sam potknąłem się o stereotyp i trochę wstyd. No i tak wdałem się w ciekawą gadkę pod tytułem: „czy Bóg jest potrzebny i czy na cokolwiek”. Po czym rozstaliśmy się we wzajemnym szacunku.
A nigdy takich rozmów nie żałujesz? W czasie, gdy rozmawiałeś z nieznajomym Czeczenem o Bogu, mogłeś nadrobić na przykład zaległości z najbliższymi.
Podchodząc do sprawy tak pragmatycznie oczywiście, że dojdziesz do wniosku, że mógłbyś poświęcić ten czas na naukę języka hiszpańskiego albo nadrobienie wszystkich zaległości, ale ja jednak jestem zawodowym tekściarzem i uważam, że moim obowiązkiem jest być otwartym na świat. Jasne, są pisarze, którzy nie wychodzą z domów i wymyślają całe nowe światy, tworzą fantastykę, nazywają planety, nazywają gatunki, ale ja pozostaję nieufny wobec gadania, że „moja twórczość w ogóle nie ma nic wspólnego z moim życiem i to jest całkowicie odrealniona wyobraźnia”. Obawiam się wręcz, że te ich wszystkie światy tworzone są na bazie tego, że mieli na przykład chu*ową relację z ojcem albo beznadziejny seks przez ostatnie 10 lat i wciąż nie mają pomysłu, jak to zmienić. Ja gram raczej w otwarte karty i po prostu potrzebuję tych inspiracji z zewnątrz. Jasne, statystka bywa druzgocąca. Zdarzyło mi się prawie zejść z tego świata, bo pewna rozmowa poszła nie tak i absolutnie nie chodziło o zagadywanie do młodych dziewczyn, a rozmowę z rówieśnikami, no ale myślę, że koniec końców żyję i nie popadłem w paranoję, że każde wyjście do ludzi to potencjalna trepanacja czaszki. To już jest ukształtowana sytuacja i niespecjalnie na swojej terapii akurat nad tym muszę pracować. Poznawanie czy wręcz męczenie ludzi to jest jednak moje hobby.
Masz jakieś inne?
Wędkowanie. W którym pozostaję na maksa słaby.
Nie żartuj.
Serio. Kilka razy w roku jestem z ukochaną na Mazurach, gdzie próbuję z tych ryb, które wyśmiewają się ze mnie pod powierzchnią, zrobić kolację. W dziewięciu na dziesięć przypadków to mi się nie udaje. Ale zdarzyło mi się kiedyś złowić np. szczupaka. Wtedy pojąłem, dlaczego ta ryba jest taka droga. Szczupak to jest przepyszny sku*wysyn.
Jaka była największa ryba, którą złowiłeś?
To jest dość ryzykowna historia, bo o zabijaniu i „krzywdzeniu planety”, ale spieszę z odpowiedzią. Była to ryba złowiona na Seszelach, na pełnym oceanie, gdzie dorwałem naprawdę wielką ku*wę. Jej nazwy niestety teraz nie pomnę, ale obiadu było z niej aż na trzy dni! Co więcej, podczas tej wycieczki z połowem towarzyszyło nam wegańskie dziecko. Z moimi przyjaciółmi, którzy są wege nie zgadzamy się w większości kwestii jeśli chodzi o zwierzęta, ale zgadzamy się, że małe dziecko potrzebuje białka odzwierzęcego. Zobacz: z jednej strony mamy Hindusów, którzy są w ustawieniu fabrycznym wege i jakoś niezbyt wielu z nas zna dwumetrowych Hindusów, a z drugiej są mieszkańcy Teksasu, gdzie za każdym razem gdy wchodziłem do knajpy z dwudziestoma mężczyznami, ja byłem najmniejszy. A mam 1,87m! No i na tej łajbie udało mi się zabitą przeze mnie rybą karmić dziecko wege. How cool is that?
Skoro już jesteśmy przy podróżach – one są dla ciebie formą odpoczynku, wylogowania się do życia?
Bardzo chciałbym odcinać się na wczasach od telefonu, internetu, ale słabo mi z tym idzie. Jak z wieloma innymi kuszącymi rzeczami w życiu. Oczywiście na takich Seszelach było to nieco łatwiejsze, bo tam psy chu*ami wodę piją z kałuży, więc telefon też działa jak chce, ale ogólnie rzecz biorąc podróż ma dla mnie sens wtedy, kiedy mam szansę na poznanie ciekawych ludzi. Albo chociaż ciekawą architekturę, którą też jestem w stanie nakarmić swoją raczkującą zajawkę na podróże. Obawiam się jednak, że gdyby nie moja kobieta, za dużo bym nie podróżował. Raczej ciągle bym gadał z Polakami przy barze albo z naje*anymi Angolami i cisnął im za Brexit.
Z podróży można często przywieźć nie tylko ładne zdjęcia, ale i spotkania czy rozmowy. Porozmawiajmy więc o tych ciekawych ludziach. Kogo zapamiętałeś z dotychczasowych wojaży?
Pierwsze skojarzenie to jest mój człowiek, teraz mogę tak o nim powiedzieć, nazwijmy go – bo nie chcę zdradzać charakterystycznego imienia – Nicolae Ceaușescu. Bardzo ciekawa sytuacja, jesteśmy z moją kobietą w L.A. i chcemy podjechać do domu naszej znajomej, Ashley, obywatelki osobliwego raju podatkowego, jakim jest Panama. Problem tylko w tym, że jej typ jest Rumunem i ma teraz założoną bransoletkę na nogę. Dlaczego? Bo jest przestępcą. I zdaniem Ashley możemy ją oczywiście odwiedzić w domu, ale ona szczególnie tego nie poleca. Mówi, że jest bardzo gościnna i w ogóle, ale nie ręczy za swojego typa, bo ten jest bardzo agresywny a fakt, że musi siedzieć w areszcie domowym, tylko jeszcze bardziej go nakręca. Mnie natomiast to tylko strasznie zajarało, natychmiastowo. Poprosiłem więc, żeby zadzwoniła do Ceaușescu i zapytała go, jakie piwo pije. On powiedział, że pije dokładnie jeden, tylko jeden rodzaj, i jeśli przywieziemy coś innego to nas zabije. Następna scena jest taka, że podchodzimy do drzwi, a te otwiera – widziałeś to na pewno wiele razy w amerykańskim kinie, bo znany obrazek w popkulturze – rozje*ana jednostka w szlafroku. Jak nie otwiera ci gość w szlafroku, to znaczy, że legendy o jego szaleństwie są przesadzone. Miał dwa metry, ewidentnie był pod wpływem substancji i naprawdę nie cieszył się na widok gości. (śmiech) Postanowiłem go więc rozbroić, wyciągnąłem do niego te piwa i zacząłem mówić jakieś fajne rzeczy o Rumunii, np. takie, że przed wojną nasze kraje graniczyły ze sobą i tak dalej. I co? Od razu gadka do rana, mnóstwo historii. A wiem, że mogło być różnie.
Kolejna wielka postać, tym razem rodowicie z Los Angeles, to bezdomny, który zarządzał – uwaga – wielką dzielnicą bezdomnych. Widać tę postać w moim klipie „L.A. Part. 2”. To był ten człowiek, którego zgody potrzebowaliśmy, żeby kręcić w tym miejscu. Wyobraź sobie: crackhead, który będąc jednocześnie dramatycznie uzależnionym od jednego z najtwardszych narkotyków i mieszkający w namiocie na ulicy, za drobną opłatą zapewnia ci bezpieczeństwo na długie godziny. Niesamowita postać, wiele mówiąca na temat współczesnych Stanów Zjednoczonych i takich, co do których dopiero się dokształcamy, o ile tylko wciśniemy coś odpowiedniego na Netfliksie albo HBO. Filmy, przy których my dorastaliśmy, miały zazwyczaj taki lot, że pokazywały świetne USA, śmieszne i kolorowe, a jednak brak opieki zdrowotnej czy jedna decyzja Reagana o obcięciu państwowych wydatków na opiekę psychiatryczną, co doprowadziło do zamknięcia wielu szpitali psychiatrycznych i wyjścia chorych na ulice, rozpie*doliła ten kraj. I sam fakt, że jest coś takiego, jak wielka dzielnica bezdomnych w kraju, który pozuje na najbardziej ogarnięte mocarstwo i państwo, które może inne pouczać jak żyć… ku*wa! Uważam, że Warszawa jest sto razy lepszym miejscem do życia jeśli chodzi o zarobki, opiekę zdrowotną, szkolnictwo i sprawy naprawdę fundamentalne, żeby założyć rodzinę czy gospodarstwo domowe. Los Angeles to jest dziura w dupie świata, naprawdę. Ten kraj jest w rozsypce i mało osób o tym wie.
Czyli Stany masz już odhaczone i raczej do nich nie wrócisz.
Pewnie, że wrócę! Jestem wychowany na amerykańskich filmach i amerykańskiej popkulturze, więc ten kraj nie przestanie mnie fascynować. Ciekawi mnie inna kwestia – czy kiedykolwiek polecę do Japonii. Wielu moich znajomych, którzy odhaczali różne rzeczy podróżniczo, namawiają mnie do tego. Na wejściu powiedziałbym: „na ch*j? Nie!”, ale potem pomyślałem, że jednak takie kreskówki jak „Tygrysia maska”, „Trójka Drombo” – one też mocno zryły mi beret. W dodatku miały włoski dubbing, więc to był poważny mindfuck. Był taki kanał Polonia 1, tam to leciało. W ogóle mnie natomiast nie ciągnie do krajów arabskich – jestem teraz tak zateizowany, że wszystko, co jest mocno osadzone w religii sprawia, że chcę być poza.
A myślisz, że przestanie cię kiedyś ciągnąć do ludzi?
Mam nadzieję, że nie! Chociaż miałem co najmniej kilka powodów ku temu, by stać się nieufnym. Różne przyjaźnie różnie się skończyły i to takie, które obstawiałem, że jeśli tylko dane nam będzie żyć w zdrowiu, to wytrzymają nawet do dziewięćdziesiątki. Pewni ludzie przekroczyli jednak mój próg zaufania i to bardzo bardzo. Te ciosy, które od nich zebrałem powinny być słyszalne na „Białym Tunelu”.
Na przykład w numerze „Bezrękawnik”.
Akurat „Bezrękawnik” jest o postaci totalnie spoza show-biznesu. Być może jakieś spekulacje wobec niej będą mieć miejsce, natomiast jest to człowiek, którego nikt, że tak powiem „na mieście, nigdy nie poznał. Choćby dlatego, że jest człowiekiem mocno izolującym się. No i się odizolował. Ode mnie.
Szogun, Ten Typ Mes i Bartek Tkacz, czyli Biały Tunel

BIały Tunel

© Alkopoligamia

Wspomniałeś wcześniej, że pewni ludzie przekroczyli twój próg zaufania. Ty nie masz sobie nic do zarzucenia?
No wiesz, jest takie stare porzekadło, że wina zawsze leży pośrodku. Albo że nikt nie jest bez winy. To są takie quasi terapeutyczne stwierdzenia, które mają być może zluzować atmosferę, może kogoś w jakiś sposób pocieszyć, ale ja jestem dość radykalnym antagonistą i jeśli ktoś mnie naprawdę skrzywdził i nie miał ochoty przeprosić, to ch*j mu na grób. Nie dopatruję się w czymś takim niuansów. Ja często mówię „przepraszam” swoim bliskim, czuję się jak gówno, kiedy zaczynam nowy dzień lub słyszę smutny trop od terapeutki. Nigdy nie jestem zadowolony z siebie. Co innego ze swoich prac. Z nich też nie jestem „zadowolony”, ale zdarza mi się czuć satysfakcję lub nawet dumę.
A traktujesz płytę Białego Tunelu jako formę terapii?
Jeżeli pomyślisz o niej górnolotnie, to tak, przyjdą ci do głowy słowa typu: oczyszczenie, katharsis, ale możesz też pomyśleć o niej na zasadzie: masz tu farbki, blok techniczny i maluj sobie te emocje. Coś jak w psychiatryku. Byłem ostatnio w takiej placówce, bo moja mama mimo 75 lat wciąż jest aktywna zawodowo i pracuje w szpitalu psychiatrycznym jako radiolog, i widziałem tam różne obrazki pacjentów. Mające pomóc malującemu. Z nimi jest jednak tak, że one raczej pomagają t y l k o malującym. Innym osobom już nie bardzo. A ja mam to szczęście, że mogę swoje smuty sprezentować ludziom. W ogóle mam wrażenie, że w całym tym wychodzeniu ze sztuką do ludzi chodzi o to, żeby ci, którzy mają jakiś problem, nie czuli się samotni. Projekcja taka, że twoje problemy są wyjątkowe i że nikt tak się nie czuje jak ty, to jest jedna wielka pułapka. Sorry, ale nie jesteś wyjątkowy, ja nie jestem wyjątkowy. Kiedy więc nagrywam taką płytę jak „Biały Tunel” to wiem, że możemy sobie pomóc – choćby przez to, że powiemy sobie, że jest nas więcej. Samotność z problemem jest dodatkowym, ku*wa, ciosem i współczuję wszystkim, którzy czują, że są danego dnia najgorsi na świecie. Nie są!
Sądzisz, że ludzie będą tak tę płytę traktować? Jak rodzaj własnej terapii?
Już to wiem. Słuchacze piszą do mnie, np. na Insta, że „to numer o mnie”. I mam wrażenie, że nie chodzi tu tylko o psychofanowskie zagrywki i robienie Mesowi dobrze. Z tych wiadomości wynika, że Biały Tunel poruszył ich jakąś osobistą strunę.
Ja dłużej zatrzymałem się na „Odkąd umarłem”. Ale bardziej zastanawiając się, co sam spotkam po śmierci. Wierzę, że coś.
A ja myślę, że to jest takie życzeniowe myślenie – żeby było coś – ale nie, nie będzie. Tytułowy „Biały Tunel” oraz szereg fantastycznych rzeczy, które wyświetliły się ludziom, którzy przeżyli śmierć kliniczną, są to w gruncie rzeczy podobne slajdy, które pojawiają się po kwasie czy grzybach. Mam za to nadzieję, liczę wręcz na to, że organizm, gdy umiera, jest jeszcze w stanie wyświetlić swoimi ostatnimi kilodżulami mocy piękne rzeczy. I że odchodzi w spokoju.
Odchodzi i nic? Nie wierzę.
Słuchaj, możesz wierzyć w co chcesz. Jest tyle krótkich punchline’ów, które przychodzą mi teraz na szybko do głowy, ale najlepszy był chyba Ricky Gervais, który mierzył się intelektem z Jerrym Seinfeldem w dokumencie, który gorąco polecam, „Comedians in Cars Getting Coffee”. Niestety ja to spalę, bo ten punch ma sens tylko w wersji anglojęzycznej, ale trudno, może właśnie dlatego, że spalę to zachęcę cię, żebyś sam to obejrzał w oryginale. Tekst polega na tym, że Ricky opowiada, że pracuje nad dowcipem o Bogu. I ktoś mówi temu Bogu o Holokauście, na co Bóg odpowiada: „Że co?! Nie wiedziałem! Opowiedz mi, co się stało, co mnie ominęło”. A rozmówca Boga mówi: „Ech, od czego by tu zacząć... Musiałbyś tam być”. I to jest dla mnie krótka i ostateczna kwestia zamknięcia tematu Boga. Na zasadzie: był, ale jest okrutnym sadystą, albo nie był, bo nie istnieje.
Moim zdaniem jest tysiąc sposobów na to, by człowieka oszukać, że jest jakaś energia, jakaś reinkarnacja, kolejny wymiar, do którego wkraczasz, bo my tych wszystkich uspokajaczy potrzebujemy na co dzień. Widzisz na przykład dziecko, które rodzi się w totalnej biedzie i za chwilę umiera, i chcesz wierzyć, że to nie jest wcale tym, czym jest. Chcesz widzieć sens w tej tragicznej i niezasłużonej śmierci. Ale obawiam się, że to tylko kolejny sposób, żeby oszukać samego siebie.
I to właśnie będziesz mówił ludziom, którzy będą przychodzili na koncerty Białego Tunelu, będą chcieli zbić piątkę i może zadać ci ze dwa pytania? Zapowiada się niezła rozrywka...
(śmiech) Ja ludzi gorąco zachęcam do robienia dobrych rzeczy i do mówienia miłych rzeczy. Jestem raczej typem mocno podnoszącym na duchu, o ile tylko nie wpie*doliłeś się w moją kolejkę albo nie jesteś panną, która chce wbić do męskiej toalety. Natomiast nasze fantazje i przypuszczenia na temat tego co jest, a czego później nie ma, wolę przeformułować w zachętę do tego, by jednak jak najlepiej przeżyć swoje życie. Tu, na ziemi.
Ty do tego potrzebowałeś jeszcze książki.
Tak! W tym momencie nawet próbowała się do mnie dobić pani z wydawnictwa Wielka Litera, które pewnie chciała coś mi powiedzieć o ostatecznej wersji, bo już nad taką pracujemy. I muszę ci powiedzieć, że to wspaniała kwestia, bo ja się strasznie bałem redakcji. Straszono mnie, że pisarze palą rękopisy, które są pokreślone przez redaktorów, i niczego w końcu nie wydają, bo redakcja przypie*dala się za bardzo do ich twórczości. Ja natomiast złapałem świetny przelot z moim redaktorem, któremu jestem mega wdzięczny za to, że wyłapał kilka nieścisłości, kilka bzdur faktograficznych. Dla mnie redakcja książki to była czysta zajawka. Serio.
Wydajesz płyty, po brzegi wypełnione swoimi obserwacjami, raczej regularnie. Do czego ci ta książka była więc potrzebna?
Do tego, by zrzucić kilka tematów, których nie umiałem zrzucić w piosenkach. Oraz do tego, by zmienić podejście do pisania. Kiedy na przykład piszę tekst dla kogoś – Korteza, załóżmy, albo Krystyny Prońko – to bierze on się z rozmów. Staram się wtedy, żeby taki tekst brzmiał jak ich życie. Żeby oni potem na estradzie w Suwałkach nie czuli się dziwnie, śpiewając pomysły rapera dobiegającego czterdziestki, tylko żeby to pasowało do nich samych. Kiedy piszę dla siebie – też cały czas jestem połączony z kartką szczerą autobiograficzną jazdą. A potrzebowałem się z tego uwolnić. I udało się! Nagle dostałem olśnienia, że mogę połączyć kilka postaci w jedną. Mogę połączyć jakąś byłą dziewczynę z inną byłą dziewczyną, dorzucić cechy mojej kobiety, mojej siostry, i stworzyć jedną spójną postać, która jest prawdziwa. Bo ma prawdziwe cechy. Budowanie postaci – ależ ku*wa jest to odświeżające! Niezła zajawa, polecam.

5 min

Ten Typ Mes & Tuzza Globale - Kaczzki