Bill Murray, Chloë Sevigny i Adam Sandler w filmie Jima Jarmuscha "The Dead Don't Die"
© Focus Features
Film

Niezły Zombieland! Najzabawniejsze komedie o zombie

Chwilę po premierze filmu „Truposze nie umierają” i tuż przed drugą częścią „Zombieland” przypominamy, jak zombie sprawdzają się w absurdalnych komediach. Oto najciekawsze z nich.
Autor: Rafał Christ
Przeczytasz w 9 minPublished on
Po filmie o wampirach – „Tylko kochankowie przeżyją” – Jim Jarmusch wziął się za kolejny wdzięczny temat w Hollywood, zombiaki („Truposze nie umierają”). Ale zrobił to w charakterystycznym dla siebie stylu, zapraszając na plan takie osobistości współczesnej popkultury, jak m.in. Bill Murray i Iggy Pop, ale też Selena Gomez, RZA czy Tom Waits. Kto jeszcze ich nie widział na dużym ekranie – niech się spieszy, bo warto. A już po seansie z Jarmushem zapraszamy na kolejne seanse z cyklu: najzabawniejsze komedie o zombie.
Twórcy poniższych 10 filmów wykazują się bowiem nie lada wyobraźnią. Mieszają ze sobą gatunki, style i konwencje, aby rozbawić publiczność. Nieraz zapominając o wiarygodnej fabule i niskim budżecie serwują widzom kolejne nonsensy, pokazują rozczłonkowywane ciała, wylewają na nas hektolitry krwi, a nawet zamieniają niewinne zwierzątka w rzucające się na ludzi bestie. Być może w większości z tych dziesięciu produkcji nie znajdziesz krzty logiki, ale rozrywkę na letnie wieczory już tak.

A takie „zombiaki” znasz? Zobacz Flatbush Zombies w akcji

„Wysyp żywych trupów”, 2004, reż. Edgar Wright

Edgar Wright już nieraz udowadniał swój kunszt jako twórca autorskiego kina gatunkowego. Nad jego ostatnim filmem „Baby Driver” rozpływali się w zachwytach zarówno krytycy, jak i widzowie. Jego kariera na dobrą sprawę rozpoczęła się jednak właśnie dzięki komedii o zombie. W „Wysypie żywych trupów” obserwujemy poczynania dwóch nieprzystosowanych do dorosłego życia trzydziestolatków. Apokalipsa zombie okazuje się dla nich wydarzeniem inicjacyjnym. W trakcie rozwoju akcji i stawianiu czoła hordom umarlaków będą sukcesywnie dojrzewać. Shaun (w tej roli częsty współpracownik reżysera Simon Pegg) chce bowiem udowodnić swojej byłej dziewczynie, że potrafi się zmienić i porzucić pozbawiony trosk tryb życia. Męską część widowni do kina przyciągała obietnica podlanej krwią i czarnym humorem rozrywki. Damską natomiast wątek romantyczny. W ten sposób każdy mógł w tej produkcji znaleźć coś dla siebie. A przy tym ubawić się jak, nie przymierzając, prosię.

„Zombie SS” 1 & 2, 2009 i 2014, reż. Tommy Wirkola

Co tu się wyprawia? Ludzie gryzą zombie! Jelito służy jako lina?! Ktoś przeprowadza amputację bez znieczulenia? Wow! Tak, pomysł zombie-nazistów był strzałem w dziesiątkę. Ta norweska mieszanka horroru i komedii jest iście wybuchowa. Nieraz was obrzydzi. Bardzo często zaskoczy. A przede wszystkim rozśmieszy do łez. Dla twórców nie ma bowiem żadnych świętości. Bawią się znakomicie snując opowieść o grupce turystów, którzy natknęli się na pilnowany przez nieumarłych żołnierzy SS skarb III Rzeszy. W będącej już międzynarodową koprodukcją „dwójce” również jest na czym oczy zawiesić. Inwazja zombie-nazistów zagraża tym razem całemu światu. Tommy Wirkola podkręca akcję i absurd jeszcze bardziej. Dlatego nie dziw się niczemu, co tu zobaczysz. Obie części nadają się idealnie na filmowy maraton po ciężkiej imprezie. Zapewniają lekką, przepełnioną czarnym humorem rozrywkę.

„The Video Dead”, 1987, reż. Robert Scott

Telewizja ogłupia! Telewizja niszczy mózgi! Telewizja to zło! Tak, to może być prawda. Szczególnie jeśli z odbiornika wyłażą głodne zombie. Telewizor jest tutaj bramą dla żywych trupów, przez którą dostają się do naszego świata. Stawić im czoła będzie musiało rodzeństwo i nowo poznane przez nie osoby. I chociaż niski budżet bije po oczach w każdej scenie, zabawa jest naprawdę przednia. Twórcy z każdą chwilą podkręcają fabularne absurdy. Robią to w imię dobrej, oldschoolowej, VHS-owej rozrywki. Miłośnicy kina klasy B i fani filmów odnajdywanych w najciemniejszych zakątkach wypożyczalni wideo bardzo szybko odnajdą się w świecie przedstawionym. Gdyby ta produkcja miała powstać dzisiaj, pewnie regularnie pokazywana byłaby na kanale Syfy. W końcu w rolę jednego z umarlaków wciela się Anthony C. Ferrante, czyli reżyser wszystkich części „Rekinado”.

„Zombieland”, 2009, reż. Ruben Fleischer

Jesse Eisenberg i Woody Harrelson stworzyli tu sztampowe, a jednak niezapomniane kreacje dwóch łączących siły mężczyzn, których różni od siebie wszystko. Pierwszy z nich preferuje nie zwracać na siebie uwagi i trzymać się zasad pozwalających mu do tej pory przeżyć, a drugi chętnie pociąga za spust rozwalając truposzom głowy. Starcie ich charakterów to główny temat żartów. Jednakże tylko dzięki temu, że jakoś się dogadują, udaje im się przetrwać apokalipsę zombie. Prócz wspomnianych aktorów zobaczymy na ekranie również Billa Murraya w autotematycznej i przezabawnej roli. I nawet jeśli znasz wszystkie sceny na pamięć, w rozmowach ze znajomymi powtarzasz kultowe już teksty z filmu, warto go sobie odświeżyć. Na horyzoncie pojawiła się przecież druga część. „Zombieland: Double Tap” swoją premierę będzie miało na początku października. I prawdopodobnie utrzyma poziom swojego poprzednika oraz zadowoli wysokie oczekiwania fanów.

„Powrót żywych trupów” 1 & 2, 1985 i 1988, reż. Dan O'Bannon i Ken Wiederhorn

Swoją „Nocą żywych trupów” nieodżałowany George A. Romero dał zombie godność na jaką zasługiwały. Film wzbudzał autentyczny strach. Twórcy pierwszych dwóch części „Powrotu żywych trupów” poszli nieco inną drogą. Zobaczymy tu punk-umarlaków, a nawet umarlaków tańczących do „Thrillera” Michaela Jacksona. A wszystko to dzięki chemikaliom, które wywołują apokalipsę. Wszystko może się wydarzyć, bo reżyserzy częstują widzów kolejnymi absurdami bawiąc się dobrze znaną konwencją. Te produkcje sprawdzają się więc jako inteligentna parodia tytułów sygnowanych nazwiskiem Romero. Dan O'Bannon i Ken Wiederhorn robią sobie jaja wykorzystując różnorakie popkulturowe tropy. Ich zombie może nie przerażą cię na śmierć, ale sprawią, że umrzesz ze śmiechu. A kiedy już po obejrzeniu „jedynki” i „dwójki” zakochasz się w tej serii, możesz sięgnąć po trzy kolejne części. Znajdziesz w nich już o wiele mniej komedii, ale więcej horroru.

„Zombiebobry”, 2014, reż. Jordan Rubin

Już sam tytuł sugeruje, że nie będziemy mieć w tym wypadku do czynienia z kinem ambitnym. Ba, zapowiada idiotyczną rozrywkę. I właśnie tę obietnicę spełnia. Sześcioro nastolatków spędza wakacje w odciętym od reszty świata domku letniskowym nad jeziorem. Młode panie i młodzi panowie eksponują swoje cielesne wdzięki, tylko po to, żebyśmy potem mogli zobaczyć jak są rozrywane przez zombiebobry. Bohaterowie będą walczyć o życie, ale na niewiele się to zda. Twórcy zapewniają widzom ostrą jazdę bez trzymanki mieszając ze sobą horror i czarną komedię oraz konwencje animal attack z formułą filmów o zombie. Małe, zwykle urocze zwierzątka nigdy nie były równie przerażające. Po seansie nikomu nie wpadnie do głowy pomysł, aby proponować jedzenie ich płetw.

„Gorączka śmierci”, 1988, reż. Mark Goldblatt

Ten film z pewnością znany jest osobom spędzającym swoje dzieciństwo w wypożyczalni VHS i zwolennikom nocnego oglądania telewizji. Zresztą każdy, kto widział jakiś buddy cop movie, znajdzie tu dużo znajomych elementów. W końcu to opowieść o dwójce zróżnicowanych charakterem twardych gliniarzach bezpardonowo rozprawiających się z przestępcami. Ich przeciwnikami okazują się zombie. Trafiają na trop afery z umarlakami w tle, w którą zamieszany jest postać grana przez samego Vincenta Price’a. W wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności i otrzymanych ciosów jeden z nich stanie się żywym trupem. Nie będzie chodził powoli po mieście szukając mózgów do zjedzenia. Postanowi za to wraz z partnerem dowiedzieć się, kto stoi za tajemniczymi wskrzeszeniami. Jeśli wymagasz od produkcji logicznej i spójnej fabuły, możesz się srogo zawieść. Jeśli jednak potrafisz czerpać przyjemność z nonsensownej rozrywki, „Gorączka śmierci” jest właśnie dla ciebie.

„Doghouse”, 2009, reż. Jake West

Po sukcesie „Wysypu żywych trupów” brytyjscy twórcy często sięgali po formułę horroru, w którym coś dla siebie znajdą zarówno mężczyźni jak i kobiety. „Doghouse” się w nią nie wpisuje. Ba, łatwo wręcz uznać go za seksistowski i utrzymany w złym guście żart. Obserwujemy w nim grupę mężczyzn udających się na wieś. Chcą poimprezować kilka dni, aby ich przyjaciel zapomniał o problemach związanych z rozwodem. Nie wiedzą jednak, że w oddalonej od cywilizacji miejscowości wojsko przeprowadzało testy, zarażając kobiety wirusem zamieniającym je w krwiożercze zombie. Wycieczka mająca składać się z pijackich ekscesów i podrywania, zamienia się w walkę o przetrwanie. Jest krwawo, śmiesznie i o wszelkiej poprawności politycznej można zapomnieć. Film nie nada się więc na romantyczną randkę z ukochaną, ale na posiadówę z kumplami już tak.

„Martwica mózgu”, 1992, reż. Peter Jackson

Zanim Peter Jackson zaczął reżyserować wielomilionowe hollywoodzkie widowiska, dał się poznać jako twórca filmów tyleż zabawnych co obrzydliwych. W „Martwicy mózgu” odnalazł idealną równowagę między elementami komedii a gore. Wirusa zamieniającego ludzi w żądne mózgu zombie roznosi małposzczur (tak, zwierzę będące mieszanką małpy i szczura). Każdy kogo to przedziwne stworzenie ugryzie ulega rozpadowi na naszych oczach. Według podawanych przez media danych, w słynnej scenie z kosiarką zużyto aż 300 litrów sztucznej krwi. Nic więc dziwnego, że w niektórych kinach na świecie przed seansem widzowie otrzymywali torbę na wymioty. Pewnie wykorzystywali ją równie często co ocierali łzy ze śmiechu.

„Poultrygeist: Noc kurczęcich trucheł”, 2006, reż. Lloyd Kaufman

Tromy i Lloyda Kaufmana nie trzeba przedstawiać żadnemu miłośnikowi złego kina. W tym filmie znajdą oni wszystko, za co kochają produkcje wytwórni i jej założyciela. Niesmaczne i niepoprawne żarty, absurdalne zwroty akcji, a przede wszystkim dużo, dużo gore. Główny bohater podejmuje pracę w restauracji przypominającej KFC. Niestety jej budynek postawiony został na starym indiańskim cmentarzu i toksycznych odpadach. Zmutowane duchy Rdzennych Amerykanów zaczną opętywać nie ludzi, a kurczaki serwowane klientom lokalu. Domyślacie się jaki będzie tego efekt? Nie. Nikt o zdrowych zmysłach nie jest w stanie przewidzieć tego, co zdarzy się w kolejnej scenie. „Poultrygeist” to ostra jazda bez trzymanki, napędzana wyobraźnią osób, którzy nie znają pojęcia „złego smaku”. Po seansie będziesz zszokowany, obrzydzony, ale... uśmiech nie zejdzie ci z twarzy przez kilka kolejnych dni. Nadaje się idealnie do oglądania w parze z „Martwicą mózgu”. Oczywiście, jeśli jesteś w stanie to wszystko wytrzymać...