Bartłomiej Bukowski, redbull.com: Za nami rozgrywane w Trójmieście finały VALORANT EAST: UNITED, jak wrażenia po turnieju?
Kamil "baddyG" Graniczka, profesjonalny gracz VALORANT obecnie grający w Team Vitality: Pozytywnie. Organizacyjnie event wyszedł super. Drużynom, z tego co widziałem, podobało się to, jak wszystko funkcjonowało. Dodatkowo była bardzo spoko miejscówka, praktycznie centrum Gdańska, także komunikacyjnie również na duży plus. Jedynym minusem był stream, który był na delay’u, ale nie dało się już tego inaczej rozegrać.
Krystian "Terp" Terpiński, VALORANT Lead Manager w PLE: Nie będę się tu wychwalać jak było to zrobione organizacyjnie. Uważam jednak, że przede wszystkim trzeba docenić ludzi, którzy stali za tym eventem. Przemawiam trochę w ich imieniu. Najbardziej buduje mnie to, że udało nam się stworzyć zaplecze ludzkie w sposób bardzo organiczny. My, jako firma, nadajemy temu kierunek, ale przy takich eventach, gdzie zaangażowanych jest kilkadziesiąt osób, kluczowe jest, aby każdy dopiął swoje zadania, bo bez tego po prostu układanka się sypie. Jestem bardzo dumny, że wyciągnęliśmy rękę do ludzi, którzy często nie wiedzieli nawet co chcą robić w życiu, a dzisiaj spełniają się przy tworzeniu wydarzeń, o których później mówi się nie tylko w Polsce, ale w wielu krajach Europy.
Mówicie sporo o stronie organizacyjnej, a jak ocenicie społeczność Valoranta, atmosferę panującą na wydarzeniu?
"Terp": Powiedziałbym, że atmosfera była typowo Valorantowa. Eventy w tym świecie mocno odbiegają od innych tytułów, bo wciąż jesteśmy młodą społecznością. Nie mamy i mam nadzieję, że nigdy nie będziemy mieć, zarysowanych podziałów. Nie ma “szarych ludzi” i wielkich gwiazd. Wprost przeciwnie, tutaj wszyscy są ziomkami. Podchodzą do ciebie nowe twarze, mówią: “Jestem z Twitch chatu, mam taki i taki nick”. To bardzo fajne spotkać ich wszystkich na żywo. Nikt tutaj się nie izoluje, każdy może pogadać z każdym. Atmosfera jest bardzo rodzinna. O to walczyłem, aby każdy czuł się ważną częścią naszego community, niezależnie od swojej roli. W Valorancie piękne jest to, że czujemy wszyscy, że wspólnie pracujemy na coś, co dopiero ma być wielkie. Wciąż potrzeba dużo organicznej harówki, ale myślę, że to sprawia, że ludzie bardzo chętnie przyjeżdżają na takie eventy. Chcą pomagać i być częścią całości.
Ty “Terp” byłeś jednym z głównych organizatorów eventu, jak wyglądała Twoja praca od kulis?
"Terp": Eventy rządzą się tym, że nawet jeżeli planujesz je z odpowiednim wyprzedzeniem, a my planowaliśmy go z przynajmniej 4-miesięcznym, to niektórych rzeczy nie da się przewidzieć.
Już na start, gdy przyjechaliśmy do Gdańska, siedziałem na setupie chyba do 4 w nocy, a następnego dnia działaliśmy w KEL-u od 8 do 21. Myślałem, że po tym wszystkim, wreszcie trochę odeśpię, ale około 21:20, gdy skończył się ostatni mecz, podchodzą do mnie chłopaki z Izraela mówiąc: “Mr. Terp, we need a doctor”. “LASTONE” z Team Finest pokazuje, że ma całą skórę czerwoną, białe bąble, przekrwione oczy i nie wie co się z nim dzieje, że nigdy w życiu tak nie miał. W takich momentach jako organizator nie kalkulujesz. Dostajesz przypływ adrenaliny i nie ma mowy o zmęczeniu. Wziąłem jeszcze jednego kumpla, zapakowaliśmy się w taksówkę i ruszyliśmy na SOR. Okazało się, że chłopak dostał silnej reakcji alergicznej na… banana, którego zjadł pierwszy raz w życiu. W wieku 25 lat.
Na szczęście jednak cała sytuacja zakończyła się dobrze. Wiadomo, z jednej strony niespecjalnie miły przypadek, ale też dzięki temu złapaliśmy mega więź z chłopakami z Izraela. Jeszcze do tego wszystkiego wracając o 3 w nocy do hotelu zgubili paszport, później cały dzień wydzwaniałem firmy taksówkarskie i ostatecznie udało się go odzyskać. Afera bananowa też została później oczywiście obrócona w żart. Wydrukowaliśmy kartkę z przekreślonym bananem i powiesiliśmy go na boksie, w którym grali Izraelczycy.
Takich sytuacji jednak nie przewidzisz. Na zorganizowanie eventu składa się 200 tysięcy czynników, ale zanudziłbym wszystkich opowiadając o nich dokładnie. Liderując jednak w takim projekcie, na koniec dnia, choć masz ludzi, którzy ci pomagają, to ty jesteś za wszystko odpowiedzialny, to ty musisz dopilnować, by każdy miał co jeść, gdzie spać, każdy miał czym przejechać, aby komunikacja była płynna… takich czynników jest mnóstwo, ale w pełni się tego doświadcza dopiero wówczas, gdy się to robi.
Chyba jedyne, czego zabrakło na turnieju, to succes story Polaków. Incognito odpadło bowiem już po dwóch meczach
"Terp": Na pewno jest to rozczarowanie, aczkolwiek nic nie dzieje się bez przyczyny. Oczywiście, Incognito zawiodło, ale trzeba pamiętać dlaczego w tym sezonie VALORANT EAST: UNITEDPolacy nie odnieśli sukcesów. W pierwszym sezonie rozgrywek dwie najlepsze rodzime ekipy wypuściliśmy do VRL East: Surge i to wówczas przeżywaliśmy wielki sukces jeżeli chodzi o naszą scenę.
Warto też pamiętać, że VALORANT EAST: UNITED to nie jest turniej tylko dla Polaków i nie możemy wiecznie myśleć o tym, czy biało-czerwone piątki dowiozą. W tym sezonie obraliśmy jako rynek strategiczny Węgry i mieliśmy w finale węgierskie derby. Teraz to oni mieli swój wielki moment. My robimy wszystko, aby równomiernie rozwijać najważniejsze rynki jak i pracować organicznie nad rozwojem tych mniejszych rynków. VEU to 20 krajów, a my jako PLE musimy zadbać o wszystkie.
"baddyG": Moim zdaniem niepowodzenie Polaków wynika z tego, że wypuściliśmy naszych topowych graczy do Europy, do drużyn zagranicznych. Przez to u nas w regionie tych najlepszych zabrakło.
Znam natomiast chłopaków, którzy wygrali. Wiem, że grają wiele godzin dziennie i widać tę różnicę, że oni naprawdę przykładają się do gry. Według mnie to jest najważniejszy czynnik.
Aktualnie polska scena znów musi wyłowić największe talenty i muszą one dostać drużyny, w których będą mogły się rozwijać, czyli takie, w których będą też doświadczeni gracze, którzy wciąż będą chcieli coś osiągnąć.
Incognito teraz bardzo mocno postawiło na doświadczenie, jedynym młodym jest “PROFEK” i jak widać to im nie zadziałało. Powodem moim zdaniem jest to, że za mało grają, lub ta ich gra jest za mało efektywna. Starają się bazować na indywidualnościach. Wszystkie drużyny podczas finałów VEU grały razem, a Incognito biegało wszędzie oddzielnie. Było widać dużą przepaść między nimi, a resztą drużyn.
Incognito zrobiło jednak zmiany w składzie zaledwie na 2 tygodnie przed turniejem, czy to mogło odbić się na ich postawie?
"Terp": To było jedynie oficjalne ogłoszenie, oni grali w tym składzie już chwilę wcześniej.
"baddyG": Mieli też bootcamp, a niewiele drużyn w Polsce ma obecnie szansę jeździć na obozy przygotowawcze. Mieli się tam przygotowywać, a jak wyszło… to wszyscy widzieliśmy. Czy ten skład ma przyszłość? Ciężko stwierdzić, wszystko zależy od tego, jak podejdą do tego sami zawodnicy, czy stwierdzą, że to jest TEN lineup, którym chcą grać dalej. Jeżeli jednak zrobią disband i się rozejdą, to moim zdaniem ci gracze nie mogą liczyć na żadne lepsze oferty. Są już od dawna na scenie, od dawna się pokazywali i nie dawało to za dobrych efektów.
Ten LAN był dla nich sprawdzianem. Jeżeli jednak na turnieju rangi VRC, który jest najniższym szczeblem w całym ekosystemie Riotu, mieli tak duże problemy by podjąć walkę z kimkolwiek, to nie wiem jak chcieliby odnaleźć się w nieco lepszych drużynach.
A Rapid Ninjas? Jak oceniacie triumfatorów turnieju, gdzie jest ich sufit?
"Terp": To jest bardzo ciekawa historia. Przez 5 weekly cupów z rzędu Rapid Ninjas dostawali się do finału lub półfinału, ale nie potrafili postawić tej kropki nad “i” i wygrać. Udało im się to dopiero w ostatniej, szóstej edycji weekendowych turniejów kwalifikacyjnych, przed którym dołączył do nich trener. Przebili z nim swój szklany sufit.
To jest ekipa złożona z bardzo doświadczonych węgierskich zawodników, którzy w przeszłości mieli mniejsze lub większe sukcesy, ale tutaj dopiero pokazali co potrafią. Kluczowy był odpowiedni mindset, o czym mówiła większość graczy, przyznając jednocześnie, że wcześniej mieli z tym ogromne problemy.
Niemal od razu po turnieju "Terp" zapytałeś na Twitterze fanów, co jeszcze można usprawnić w kolejnych edycjach. A gdybyś miał wskazać, jaką jedną rzecz Ty byś ulepszył bądź wprowadził?
"Terp": Wciąż mamy bardzo dużo pomysłów na usprawnienie głównego produktu, jakim jest VALORANT EAST: UNITED. Mimo to i tak przeszliśmy już sporą rewolucję między pierwszym, a drugim sezonem. Wywróciliśmy cały format do góry nogami, dodaliśmy LAN-a, a także wiele rzeczy, które miały ułatwić życie zawodnikom. Pierwszy sezon był dość skomplikowany, trzeba było zbierać punkty, sprawdzać milion rzeczy… Teraz zrozumieliśmy, że nie chodzi o to, aby szukać nie wiadomo jak finezyjnych rozwiązań, tylko o to, aby system rozgrywki był prosty, a to otoczka wokół niego była jak najciekawsza.
Kolejne pomysły wciąż póki co czekają na odpowiedni moment. Gdybym miał jednak wskazać jedną rzecz, którą bym chciał zmienić, to otwarcie się na jeszcze więcej krajów. To niekoniecznie jest co prawda w moich kompetencjach, bo jesteśmy ligą Riotową i na koniec dnia to Riot Games wyznacza podziały. Są jednak są już pewne przesłanki i plotki, że po nowym roku wiele się zmieni. Jest wciąż sporo krajów, które chciałyby móc u nas rywalizować na codziennych warunkach, a obecnie ich przedstawiciele musieli kombinować i szukać zmian w składach, by zmieścić się w ramy regulaminów.
Zapewniam jednak, że nikt z nas nie zamierza się zatrzymywać i spoczywać na laurach. Chcemy maksymalnie rozszerzyć nasze działania. Jako PLE głęboko wierzymy, że jesteśmy w stanie zrobić wielkie rzeczy w Valorancie. Mamy bardzo duże aspiracje.
Widać w Tobie olbrzymi entuzjazm do tego co robisz, jesteś od początku mega zajarany Valorantem, poświęciłeś mu się w pełni w zasadzie od pierwszych dni. Co cię tak w nim urzekło?
"Terp": To prawda, zawsze byłem osobą, która bardzo mocno wierzyła, że jeżeli w odpowiedni sposób pokierować tę grę, to może stać się bardzo fajnym produktem i miejscem dla ludzi.
Co mnie jednak personalnie przekonało do Valoranta? To bardzo prozaiczna historia, nie stoi za tym nic wielkiego. Zagrałem pierwszy raz w trakcie zamkniętej bety, gdy jako dziennikarz dostałem zaproszenie dla mediów i od razu zdałem sobie sprawę, że “to jest to”. To jest to, czego szukałem w życiu.
VALORANT nie tylko odmienił moje życie zawodowe, bo nie robiłem kalkulacji ile na tym zarobię. Zresztą będąc szczerym, to przez pierwszy rok głównie przy nim traciłem. Zanim zacząłem zarabiać pieniądze z Valoranta minęło bardzo dużo czasu. Ani przez moment jednak się nie wahałem czy idę w dobrym kierunku.
Czynnikiem, który na pewno również mnie mocno przekonał, było to, że Riot od samego początku obdarzył mnie dużym zaufaniem i wsparciem. Jeszcze 2,5 roku temu nie wyobrażałem sobie nawet, że będę odbierał telefony od Rioterów. I to nie telefony na zasadzie, że “coś chcą”. Dzwonili po to, by zapytać jak ja postrzegam stan gry, stan sceny. Od początku trzymają rękę na pulsie, chcą się dowiedzieć co osoby zaangażowane w ich tytuł sądzą o tym wszystkim i co można zrobić, aby było lepiej. Mało która produkcja może się czymś takim pochwalić.
VALORANT wciąż jest oczywiście na początku swojej drogi. To nie jest tak, że esport się rozwinął i każda nowa gra z miejsca staje się wielka. Każda świeżynka potrzebuje czasu na rozwój, historii i ludzi, którzy właśnie tej grze zadedykują swoje życie, aby kiedyś stała się wielka. Wiem, że za kilka lat będę mógł tak powiedzieć o Valorancie.
Od premiery tytułu minęły już jednak przeszło 2 lata. Jak po tym czasie oceniacie stan polskiej sceny?
"baddyG": Jeżeli chodzi o graczy to nie ma wątpliwości, że mamy jednych z najlepszych w Europie. Jesteśmy w zasadzie w każdej możliwej większej lidze i wszyscy uważają Polaków za bardzo dobrych zawodników.
Jeżeli jednak chodzi o nasze rodzime podwórko, to tu jest nieco gorzej. Nasze organizacje nie są tak chętne do podpisywania utalentowanych składów. Najlepszym przykładem jest tu AWARIA, która bodajże rok szukała jakiejkolwiek organizacji, choć była w rankingu vlr.gg w top15-top25. Bardzo dobrze się pokazywali, jednak żadna firma nie chciała w nich zainwestować i stało się to, czego wszyscy się obawiali, czyli rozłam. Nie ukrywam, że żywię z tego tytułu żal do polskich organizacji.
Wydaje mi się, że od czasu gdy ja jeszcze grałem nad Wisłą w barwach Balisty, to jedyne wsparcie polskich graczy w Valorancie gwarantuje Anonymo. Mam nadzieję, że w kolejnych latach rodzime organizacje zdecydują się jednak na inwestowanie w ten ekosystem. Trzeba przyciągnąć polskich widzów do nowej gry. Trzeba sprawić, by ludzi, którym podoba się ta gra, przyciągnąć także do sceny esportowej. To jest ważny czynnik, na którym moim zdaniem polskie organizacje i influencerzy powinni się skupić.
"Terp": Przede wszystkim na polskiej scenie esportowej wciąż wierzy się głównie w dwa tytuły. Wynika to z pewnej stygmatyzacji i nie każdy jest gotów zaryzykować i dostrzec potencjał innych gier. W Polsce niektóre zespoły były brane do organizacji, by później właściciele podchodzili do tego bardzo po macoszemu. Często te składy były traktowane jako taki dodatek, który niech sobie będzie, ale nikt nie ma na niego pomysłu ani nie potrafi się go skomercjalizować.
Anonymo na pewno jest tutaj marką, która podchodzi do całej sprawy nieco inaczej. Dla nich VALORANT to rzeczywiście projekt strategiczny, co pokazuje choćby fakt, że mają już drugą dywizję, a także angażują się w tworzenie przestrzeni dla młodych i utalentowanych graczy. Oprócz tego nie ma co się jednak czarować - nie jest pod tym kątem specjalnie kolorowo.
Inna sprawa, że nie traktowałbym tego jako wielkiego problemu. Nie wydaje mi się, abyśmy byli uzależnieni od polskich organizacji. W samym VRL East: Surge mamy dwa polskie składy, jeden gra w brytyjskiej organizacji, a drugi w serbskiej. Do tego był jeszcze do niedawna skład oparty w dużej mierze o Polaków, grający w organizacji z Izraela. To dowodzi, że biało-czerwoni w Valorancie są bardzo silną nacją i nie boją się w nich inwestować zagraniczne podmioty.
Skoro już mowa o finałach VRLa, będziemy tam oglądać w pełni polski TENSTAR, a do tego Ciebie "baddy" oraz "Patitka". Na co według was stać Polaków w tym turnieju?
"baddyG": Przede wszystkim pytanie, czy TENSTAR jest gotowe do rywalizacji na europejskiej scenie? Nie wiem, sam jestem tego bardzo ciekaw, będę na pewno śledził ich poczynania. Jeżeli natomiast chodzi o “Patitka”, to wiadomo, posiada on olbrzymie doświadczenie, od samego początku był w topie. Teraz znalazł organizację, która po lekkiej przebudowie stara się wrócić na szczyt. Szczerze powiedziawszy Excel może być naszym najtrudniejszym przeciwnikiem. Czy się ich obawiamy? Raczej nie. Uważamy jednak, że to jedyna drużyna, która może postawić nam realny opór.
Jeżeli natomiast chodzi o Vitality, to wszyscy podchodzimy do tego tak, że jest to kolejny krok w naszych turniejach, trzeba po prostu wygrać i tyle. Raczej nie kalkulujemy z kim możemy zagrać. Nie ważne na kogo trafimy, trzeba się pokazać i zdominować resztę stawki. Wiemy, że jesteśmy w stanie to zrobić.
Nasza transformacja, jeżeli chodzi o mental całej drużyny od początku VRL France, jest ogromna. Do teraz nie dowierzam, jak daleko doszliśmy jako drużyna z pomocą naszych coachów mentalnych. Jestem z tego dumny. Jeżeli utrzymamy ten poziom, będziemy się wciąż rozwijać, to nie będzie na nas mocnych. Może to zabrzmi zbyt pewnie siebie, ale wiemy jak zbudować drużynę, która będzie wygrywać.
"Terp": Budujące jest to, że mamy w VRL Finals tylu reprezentantów, a mogliśmy ich mieć jeszcze więcej. Dlatego też nie jestem tak zmartwiony kłopotami na polskiej scenie, bo wciąż mamy rodzimą drużynę, która wygrała regionalnego VRL-a, a mnóstwo Polaków rozrzuconych jest po topowych ligach. Jesteśmy na takim etapie, na jakim LoL był kilka lat temu. Miał miejsce masowy eksport graczy do innych krajów. Polacy stali się tak dobrą nacją, że zwyczajnie zaczęli uciekać na zachód i ciężko im się dziwić, bo za granicą są większe pieniądze i większe perspektywy.
"baddyG": Trzeba też pamiętać, że jako Polacy jesteśmy najliczniejszą nacją w VRL Finals. Tylko my będziemy tam mieć aż 7 reprezentantów.
Dotychczas największe sukcesy spośród polskich graczy święcili “zeek” i “starxo”, którzy w barwach Acend wygrali mistrzostwa świata. W tym roku jednak nie idzie im tak dobrze, co miejscem w składzie przypłacił “zeek”.
"Terp": Na pewno wierzyłem, że to będzie sezon, w którym “zeek” i “starxo” odniosą sukces, “MOLSI” indywidualne także grał na super poziomie, ale jednak drużynowo wyglądało to zgoła inaczej. Nie ma co się oszukiwać, nie jesteśmy już w momencie, w którym można mówić, że Polacy podbiją tegoroczne VCT. Obecnie został last chance qualifier na mistrzostwa świata. Na pewno wciąż wierzę, że Acend jako zespół jest w stanie dostać się na mistrzostwa świata, choć nie będzie to łatwe. Pewnych rzeczy jednak się nie zapomina i liczę, że i “starxo” i “cNeD” będą w stanie pociągnąć ten zespół jako najbardziej doświadczeni gracze.
Prawda jest jednak taka, że w zeszłym roku poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko, chyba mało kto się spodziewał, że już w pierwszym sezonie będziemy mieli mistrzów świata z Polski. Tak jednak działa życie i esport, czasem musisz się zadowolić nieco mniejszymi sukcesami. Wierzę bardzo głęboko w to, że przynajmniej jeden Polak wygra VRL Finals i to też będzie spoko. Do tego pamiętajmy, że mamy podwójne mistrzostwo VRL, czyli Anonymo, które wygrało pierwszy sezon i TENSTAR, które wygrało drugi. Są kraje, które nie mogą nawet pomarzyć o takich osiągnięciach.
"baddyG": To jest dla nas okres przejściowy. Bardzo wielu Polaków przeszło ostatnio z polskich drużyn do europejskich teamów. Nie dziwi mnie, że z początku nie ma fajerwerków. Zmiana języka, zmiana stylu trenowania… Wielu polskich zawodników grało wieczorami czyli tzw part-time, teraz, gdy dostali oferty od tych największych organizacji, grają całe dnie, jest to ich praca. Troszeczkę się ten tryb dla nich zmienia, muszą się także komunikować w innym języku, dochodzi również inna etyka pracy. Zawodnicy, którzy ostatnio zaliczyli transfer, troszeczkę zatem przygaśli, ale mam wrażenie, że w kolejnym roku to się zmieni i odpalą. Wówczas będzie widać jak mocna jest polska nacja.
Sam zresztą coś takiego przechodziłem, to naprawdę jest różnica. Też na początku było to dla mnie trudne, ale udało mi się do tego przyzwyczaić i wynieść z tego dobre wnioski, bardzo mnie to podbudowało. Mam nadzieję, że tak samo będzie z innymi zawodnikami.
Zobacz równie historię legendy polskiej sceny CS:GO - Wiktora "TaZa" Wojtasa:
13 min
TaZ: Moja esportowa droga
"To była czysta pasja, która przerodziła się w pracę. Jeśli nie wygramy turnieju, nie będziemy mieć na chleb" - zobacz dokument o esportowej karierze Wiktora "TaZ-a" Wojtasa, legendy sceny CS.