WaluśKraksaKryzys
Muzyka

WaluśKraksaKryzys: Miły młody człowiek atakuje

© Ewelina Eris Wójcik / Show The Show
Po wydaniu nagrywanego metodą prób i błędów debiutu zadzwonił do niego Błażej Król i powiedział: „Hej, jestem twoim fanem”. Nam WaluśKraksaKryzys opowiada, co się działo później.
Autor Tomek Doksa
Swoją debiutancką płytę zatytułowałeś – a jednocześnie tak przedstawiłeś się publiczności – „Miły Młody Człowiek”. Pytanie: czy też wielu talentów? Ostatnio natknąłem się w sieci na twój „sensacyjny lo-fi unboxing płyty/kasety/winyla Męskiego Grania 2020” i wygląda mi to jak zapowiedź kariery filmowej.
WaluśKraksaKryzys: Czyli trafiłeś na mojego vloga na YouTube, który powstał trochę z nudów i tego, że działalność muzyczna wyhamowała w ostatnich miesiącach niemal do zera, a ja postanowiłem swoją energię wykorzystać do nagrywania i montowania klipów wideo. Na samym początku zrobiłem unboxing swojej debiutanckiej płyty, który był swoistym treningiem przed unboxingiem całego zestawu Męskiego Grania, na którym pojawiła się moja piosenka.
Do Męskiego i twojej piosenki jeszcze dojdziemy, wcześniej powiedz mi, skąd ta ciągota do nagrywania filmów?
Mogę powiedzieć, że jestem fanem sztuk audiowizualnych i nawet mam takie malutkie marzenie, które noszę w sobie już od dawna, żeby kiedyś stworzyć autorski film. Dzisiaj jeszcze nie wiem, jak się do tego zabrać i właściwie jak to się powinno robić, ale chciałbym chociaż wymyślić historię, która mogłaby posłużyć do powstania scenariusza filmowego. Na razie staram się obyć z tematem.
Nie wiesz jeszcze, jak się robi film, ale muzykę – jak najbardziej. Gdzie się tego uczyłeś?
U mnie wyglądało to chyba dosyć standardowo, czyli z przygodami. Rodzice wysłali mnie do domu kultury w Skale na zajęcia perkusji. Niestety szybko złamałem bark, co wykluczyło mnie z dalszej edukacji na tym instrumencie. Przesiadłem się więc na gitarę. Nie lubiłem jednak uczyć się na niej grać – nawet kiedy później miałem zajawkę na metal, rozwijałem przede wszystkim swoje umiejętności techniczne. Nie traktowałem tego jako sztuki, ale rzemiosło. Aż w końcu odstawiłem gitarę do kąta na dwa-trzy lata. Przeprosiłem się z nią po śmierci mojego dziadka i w sumie nie umiem ci wytłumaczyć dlaczego. Dopiero po tym, jak do niej wróciłem, zacząłem grę traktować jako fajne spędzanie czasu. Bardzo naturalnie poczułem z czasem potrzebę składania swoich myśli i wyrażania swoich emocji poprzez grane na gitarze utwory.
Tak płynnie przeszliśmy do nagrania i wydania twojego debiutu?
Nie, wcześniej działałem w różnych projektach sesyjnie, z boku, i cały czas czegoś mi w tym brakowało. Czy to na scenie, czy współtworząc z kimś numery. Nie mogłem do końca wyrazić siebie stojąc w drugiej linii. Dlatego wziąłem się za samodzielne nagrywanie piosenek, które potem trafiły na krążek „MiłyMłodyCzłowiek”. Pisałem ją do szuflady i w sumie została ona upubliczniona przez przypadek…
Jak to?
Nie miałem w planie wydawania płyty. Chciałem ją sobie tylko wrzucić na Spotifya, ale że nie wiedziałem jak to zrobić, odezwałem się mejlowo do Krzyśka Kwiatkowskiego, który prowadził turbo niezależny label Trzy Szóstki. To on mi w drugim mejlu zaproponował, że wyda ten materiał na płycie CD. Dopiero wtedy sam zacząłem się przekonywać do tego, że zrobiłem płytę. Ja. Moją domową metodą prób i błędów.
E-mail od wydawcy, że będziesz miał swój kompakt, był pierwszym momentem, gdy uwierzyłeś w swoje piosenki?
Nie było u mnie jednego zdarzenia, które spowodowało, że nagle stwierdziłem, że to, co robię, jest zajebiste. Nosiłem w sobie poczucie, że muzyka, którą nagrywałem, po prostu mi się podoba. Ja się z nią zawsze dobrze czułem – z jej wszystkimi wadami i niedociągnięciami. Bo warto wspomnieć, że pierwszą płytę skleciłem u siebie w domu, na komputerze brata, i nawet jak ktoś mi dzisiaj wypomina słabe strony debiutu, to tylko się uśmiecham. Jestem ich w pełni świadom. Te błędy przyczyniły się przecież do tego, że mój materiał jest charakterystyczny. Natomiast takie poczucie, że jestem w komfortowym dla siebie miejscu jako muzyk, i że powinienem robić to dalej, pojawiało się przy okazji spotkania z Błażejem Królem, który jest dla mnie mega kotem i idolem. Jeśli on – czyli ktoś, do kogo chciałem się równać – mówi mi, że to, co robię, jest spoko, to zyskuję tę pewność, o którą mnie pytasz.
Na ciebie, jako muzyka, miała też wpływ jakaś ważna w twoim życiu płyta?
Kiedyś grałem i słuchałem dużo metalu – Death, Cynic, Vader, Behemoth, te sprawy. Natomiast skręt ku mainstreamowi i muzyce, powiedzmy bardziej przystępnej, nastąpił przy płycie Artura Rojka „Składam się z ciągłych powtórzeń” i „Mamucie” Fisza, Emade i ich Tworzywa. Prawdziwe olśnienie jednak – że to zajebista muza i zajebiście napisane teksty – miałem w 2017 roku przy płycie „Wij” Króla. Dlatego wszystko, co teraz dzieje się w związku z Błażejem w moim życiu, to jest dla mnie mega podjarka.
Wyjaśnijmy niewtajemniczonym – Błażej Król zaprosił cię podczas finału Męskiego Grania 2020 w Żywcu do wspólnego wykonania piosenki „Tuż przed północą” – skądinąd utworu pochodzącego już z twojej drugiej płyty. Jak się w ogóle poznaliście? Też pisałeś do niego mejle?
Poznaliśmy się kilka lat temu, kiedy Błażej szukał supportu przed swoim koncertem. O ile nic z tego wtedy nie wyszło, bo kiedy Król chciał mnie na support, ja miałem zaplanowany własny koncert już gdzie indziej, tak później zaproponował mi, żebyśmy się spotkali przy innej okazji. I kiedy pojawił się na Kraków Live Festival, zadzwonił do mnie mniej więcej z tekstem: „Cześć, tutaj Błażej, jestem twoim fanem, może się spotkamy?”. I tak to się zaczęło. Mamy podobne poczucie humoru, podobne też chyba zwoje mózgowe, dlatego złapaliśmy fajny przelot.
Kiedy słyszę na twojej nowej płycie „Atak” słowa „Jestem jaki jestem”, mam wrażenie, że nawet za mocny. Błażej opowiadał kiedyś, że jest mega zajarany reality show z udziałem Michała Wiśniewskiego o takim właśnie tytule. Czyżbyście oglądali go razem?
(śmiech) Pisząc te słowa, nie miałem na myśli dokładnie tego programu, ale twoje skojarzenie jest jak najbardziej słuszne. Kiedy gotowy tekst układał mi się w głowie, też o nim pomyślałem. (śmiech)
„Pozwól mi proszę robić co chcę, bez względu na to, że zrobię to źle” – to inny cytat z twojego krążka. Ciekawi mnie, czy zapisałeś sobie to także w kontrakcie z wytwórnią Mystic Production, która wydaje nową płytę?
(śmiech) Moja nowa płyta „Atak” powstała zanim podpisałem kontrakt z Mystikiem. Została skomponowana i napisana długo wcześniej. Mało tego: nikt w ten materiał nie ingerował! Nie ma na nim ani jednej sekundy, która byłaby przez wzgląd na kontrakt jakoś weryfikowana. Bardzo sobie to cenię. Podobnie sprawa ma się z klipami, które robiliśmy już z pomocą wytwórni – nie było żadnej cenzury, wciskania hamulca, niczego takiego. Nową płytę traktuję jako swój artystyczny rozwój.
Sam materiał był wymyślony już rok temu, ale dzisiaj czuję, że jest jeszcze bardziej aktualny niż wtedy, gdy go pisałem. Czuję się z tą płytą dziwnie przyjemnie, bo sytuacje, o których na niej mówię i przekminiam, są dla mnie trudne, momentami nawet bardzo. Kiedyś zastanawiałem się, czy słusznym jest odkrywanie się od strony rodziny i przemysleń z kategorii tych ciężkich, ale czuję, że dobrze, że to zrobiłem.
WaluśKraksaKryzys, czyli MiłyMłodyCzłowiek
WaluśKraksaKryzys
O to też cię chciałem zapytać. Bo śpiewasz: „Jeśli prawdy szukasz, to w ludziach jej brak”. A ile prawdy jest w twoich piosenkach?
Jest sama prawda. Często przekładam wydarzenia z życia na tekst jeden do jednego. Mam taką zaletę – a może wadę, nie wiem – że nie umiem wyobrazić sobie jakiejś sytuacji i zmyślić ją pod tekst. Nie potrafię napisać historii, że jestem komandosem i ratuję jakiegoś prezydenta. No nie, nie umiem takich rzeczy. W moim odczuciu coś takiego byłoby też po prostu słabe, nieprawdziwe. Dlatego sytuacje, które opisuję na swojej płycie, są wzięte z mojego życia. Czasem jedynie modeluję kilka osób w jedną postać, z którą wiążą się pewne emocje i przeżycia, żeby lepiej oddać obraz ludzi, w których czasem prawdy brak.
Wychodzę z założenia, że dopóki się nie przewrócisz, to się nie nauczysz. Moim zdaniem ciężko zrozumieć, co jest dobre, a co złe, jeśli sam tego nie doświadczysz. Nie uda ci się poznać właściwej perspektywy. Może lecę teraz bardzo górnolotnie, ale mnie bardzo interesuje rozkminianie samej istoty dobra i zła. Umiejętności manewrowania nimi w życiu jest według mnie bardzo przydatna.
Mam wrażenie, że twoje piosenki wycelowane są przede wszystkim w ludzi stojących na koncertach gdzieś w tylnych rzędach – schowanych pod filarami, nie pchającymi się do pierwszych rzędów i na afisz. Wrażliwych i mocniej przeżywających swoje porażki.
Tak, fajnie, że to zauważyłeś, bo ja sam byłem, i wciąż w dużym stopniu jestem, taką osobą. O tym są też moje piosenki: o rozczarowaniu, o zmarnowanych sytuacjach i szansach, których nigdy nie było. Ale uważam, że zbytnie analizowanie gorszych momentów w życiu nie jest niczym dobrym.
Życie nie jest takie, jak nam to pokazują na Instagramie albo w filmach. Nikt nie jest w stanie żyć cały czas na dwieście procent, nikt nie robi tego nieustannie „na bogato”. Każdy ma słabsze i gorsze chwile. Dlatego uważam, że oswojenie tych wszystkich swoich „dołków” pozwala łatwiej iść przed siebie. Mnie pamięć o tych wszystkich gorszych chwilach pomaga nie powtarzać ich w przyszłości.
Łatwiej iść na pewno, gdy ma się w życiu jakąś pasję. Tak jak ty muzykę.
Brak takiej ucieczki to jest rzeczywiście wielki problem. Zdarzają mi się takie sytuacje, gdy wpadam po czterech czy pięciu latach na starych znajomych, którzy z jakiegoś powodu nie są już moimi znajomymi, i na pytanie: „co tam?” słyszę od nich: „spoko, po staremu”. Wtedy myślę sobie: „ja pie*dolę, pięć lat ktoś zamyka w trzech wyrazach!”. Dlatego sam bardzo staram się uciekać od podobnego marazmu i braku perspektywy. Moją ucieczką jest niewątpliwie muzyka, są nią też gitary jako przedmioty, bo bardzo lubię ich różne brzmienia, funkcje, kształty. Mega mnie to ciekawi. Jeszcze inną moją pasją jest ładowanie się w sytuacje, które są pewnym zaskoczeniem i nowością w moim życiu.
Proszę nieco jaśniej.
Intryguje mnie to, w jak nowe miejsca mogę w swoim życiu zajść. Wiesz, cała moja muzyczna przygoda to dla mnie takie łapanie chwil, które jeszcze jakiś czas temu były poza moim zasięgiem. Nie do zdobycia. Zarówno praca nad muzyką, nad zespołem, jak i spotykanie nowych ludzi, sprawia mi ogromną przyjemność i wznieca cały czas we mnie coraz większą ciekawość, gdzie mogę ze swoimi piosenkami jeszcze trafić.
Na koncert i płytę Męskiego Grania już trafiłeś. Teraz możesz wpaść w jeszcze większe objęcia publiczności. W końcu jak sam o sobie powiedziałeś: „Jestem czarujący i lubię się przytulać”. Aż tak?
(śmiech) Te słowa zostały użyte w kontekście mojego przedstawienia się publiczności festiwalu Spring Break. Czasami musisz mówić takie rzeczy, kiedy chcesz zachęcić ludzi do przyjścia na twój koncert. Szczerze wątpię, że ludzi bardziej interesowałoby, gdybym powiedział, że gram taką i taką muzykę. Dla mnie najważniejsze jest to, jakim kto jest człowiekiem. Na przykład czy jesteś w stanie jakoś sklasyfikować Zdechłego Osę, zanim on sam coś powie o sobie?
Niektórzy mówili o nim, że był koncertową pomyłką Pezeta. A o tobie, co jeszcze warto widzieć?
OK, ale nawet Pezet po swoim koncercie na Torwarze opisał występ Zdechłego Osy jako coś totalnie punkowego. Natomiast uważam, że jeśli ktoś pyta, kim jesteś, to powinieneś przede wszystkim powiedzieć coś o sobie. O tym, jaki naprawdę jesteś. Bo oczywiście jest w tym prawda, że lubię się przytulać, jasne. Wiesz, lubię nawiązywać z ludźmi nić infantylnej przyjaźni – bez zbędnych pytań, po prostu miłe spędzanie czasu. Bardzo sobie to cenię.