Muzyka

W.E.N.A.: Muzyka vs wizerunek

© Paweł Zanio / Red Bull Content Pool
U kogo zobaczył pierwsze szerokie spodnie, co urzekło go w życiorysie projektanta słynnych Jordanów i dlaczego wizerunek jest dziś tak ważny? W.E.N.A. puszcza nam nową płytę „Montana Max” i odpowiada.
Autor Marcin Misztalski
Raperzy, którzy wychowali się na programie „Yo! MTV Raps” z dumą opowiadali mi o tym, jak w latach 90. ubierali się tak, jakby mieszkali na Harlemie. Też miałeś etap, w którym żałowałeś, że nie urodziłeś się jako czarnoskóry mieszkaniec Nowego Jorku?
Naturalnie, natomiast przyszedł on dużo później. Na samym początku inspirowałem się tym, co nosili koledzy. Chodziłem głównie w ubraniach z lumpeksu i tych po starszych kuzynach z Niemiec. Nie ukrywam, że cieszył mnie fakt, że te ciuchy zawsze były na mnie za duże. Mówimy tu o połowie lat 90. Wtedy skateshopy były poza zasięgiem finansowym moich rodziców. Dopiero z czasem, kiedy rodzice wyszli na prostą, mogłem kupić sobie pierwsze spodnie w skateshopie. To były spodnie firmy Etylina z małą metką ESD na tylnej kieszeni. Nie będę ci opowiadał, jak długo musiałem tłumaczyć mamie, że wszystko z nimi jest dobrze i że one naprawdę mają być takie luźne. (śmiech) Był okres, kiedy nosiłem jakieś białe sprandi, szerokie dresy, biały t-shirt, na który zakładałem koszulkę koszykarską – North Caroline bez numeru – i... dooraga plus czapkę z daszkiem. No istny cyrk. Najzabawniejszy fakt związany z tym strojem jest taki, że ubrany w ten sposób poznałem Vienia i Pelsona. Spotkałem ich na ulicy Chmielnej w Warszawie, obok kina Atlantic. Znajoma, z którą wtedy szedłem, znała ich i postanowiliśmy do nich podejść. Wątpię, że chłopaki z Molesty pamiętają tę spotkanie... Całe szczęście. (śmiech)
Jestem przekonany, że miałeś swoje ulubione teledyski, po obejrzeniu których, mówiłeś sam do siebie: „wow, ale ci goście mają stylówę”.
Na moim osiedlu nikt nie oglądał „Yo! MTV Raps”. Fascynacja klipami ze Stanów pojawiła się później i trwała raczej przez krótki okres. Teledyski zacząłem oglądać dopiero wtedy, kiedy w Polsce pojawiła się telewizja Viva. Klip do Wu-Tangowego „C.R.E.A.M”przykładowo zobaczyłem dopiero po 2000 roku. Odpowiadając na twoje pytanie: tak, miałem oczywiście takie obrazki. Na pewno muszę tu wspomnieć o Rakimie i jego „When I Be on tha mic”, czy grupie Black Moon i teledysku do „How Many MC's...”.
Wspomniałeś wcześniej o spodniach Etyliny. Do których polskich firm odzieżowych, masz jeszcze spory sentyment?
Z tych starych marek najlepiej wspominam Malitę. Co prawda nigdy nie miałem ubrań tej firmy, ale zawsze odnosiłem wrażenie, że to wyznacznik pewnego stylu i świadomości przynależności do subkultury. W późniejszych czasach – kiedy ubrania już dzieliły się na skejtowskie i hiphopowe, taką marką było też Moro. W ich ciuchach śmigałem długo i bardzo sobie je ceniłem. Metoda robiła fajne polówki, moją kupiłem w skateshopie na Rondzie Jazdy Polskiej. Była to granatowo-błękitna polówka, uszyta z nietypowej bawełny. Najczęściej nosiłem ją włożoną do dresów i zarazem lekko wyciągniętą na zewnątrz.
Był to okres, w którym na ubiór słuchaczy hip-hopu patrzyło się dziwnym wzrokiem...
Pamiętam, że szerokie spodnie zawsze budziły zainteresowanie na ulicach. Spotykałem się kiedyś z dziewczyną z warszawskiego Bródna. Odprowadzałem ją pewnego dnia do domu w baggy jeansach i chłopaki grający obok na boisku, rzucali w moim kierunku, jakieś dziwne teksty. Zresztą takich sytuacji było sporo, ale ja się nigdy tym nie przejmowałem. Kiedy ukazał się debiut Molesty, wszyscy obcinali się na łyso, ja też. Nauczyciel z języka niemieckiego zapytał mnie nawet, czy jestem skinheadem. Z drugiej strony – mógł tak pomyśleć, bo chodziłem wtedy w ortalionowym dresie, czarnych butach i w skórze. Wyglądałem ewidentnie jak jakiś dres. (śmiech) A jeśli już mowa o dresach... to nigdy nie zapomnę teledysku „Ten typ” Reda i Mesa. Młodsi słuchacze koniecznie muszą sprawdzić kultowy dresik, w jakim pokazał się Ten Typ Mes.
Kiedy ludzie z zewnątrz przestali patrzeć na hiphopowców jak na dziwolągów?
Myślę, że do dziś tak na nas patrzą. Pomimo że mamy do czynienia z zupełnie inną, dużo odważniejszą modą. Taką, która tak naprawdę nie ma w sobie zbyt wiele z subkultury hiphopowej lat 90. Dziś ubiór nie świadczy już o tym, jakiej muzyki słuchamy. To ciekawy temat, ponieważ w 2019 roku już nie możemy mówić o czymś takim, jak „ubiór hiphopowca”. Kiedyś, gdy mijałeś na ulicy gościa w szerokich spodniach, od razu wiedziałeś, że słucha hip-hopu. Dziś ubiór nie definiuje subkultury. Subkultury nie są też już tak silne i często się ze sobą bardzo przenikają. Ja w pewnym wieku zrozumiałem, że nie muszę manifestować wszem i wobec swoim ubiorem, że jestem hiphopowcem. Jestem nim, nawet kiedy zakładam wąskie spodnie lub garnitur. Zrobiłem w swoim życiu tyle hip-hopu, że to moja muzyka mówi za mnie, nie ubiór.
W latach 90. hiphopowe społeczeństwo dobrze żyło ze skejtami. Oni wpływali na to, jak się ubieraliście?
W moim środowisku kultura hiphopowa wywodzi się z kultury skejtowskiej. Pierwszych szerokich spodni nie zobaczyłem u raperów, a u skejtów, którzy jeździli na desce pod moim blokiem. Ci goście słuchali hip-hopu, palili trawkę i mazali markerami po ścianach. U nas każdy na początku chciał być skejtem. Mając 13 lat, uczyłem się jeździć na desce, mimo że byłem strasznym kaleką i w moment skręciłem kostkę. Rapuję o tym w kawałku „Zarażeni” na Hifi Bandzie. Skejci byli filarami hip-hopu. Oni zawsze mieli kasety z muzyką, której nie miał nikt inny.
Jednym i drugim zdarzało się śmigać po ulicach w Nike'ach. Dlaczego ten but jest tak tożsamy z kulturą ulicy?
Air Force to but, który jest mocno związany z kulturą Afroamerykanów i późnymi latami 80. W tym modelu grał koszykarski Dream Team [Reprezentacja Stanów Zjednoczonych w koszykówce mężczyzn – przyp. red.]. W Stanach każdy chciał się z nimi utożsamiać i mieć te buty w swojej szafie, bo grali w nich najlepsi koszykarze na świecie. Tam zaczęła się moda na noszenie tych kicksów i z czasem przywędrowała do nas. Było to normalne łapanie trendów z Zachodu. W Polsce około 2007 roku ogromną furorę zrobiły Air Maxy. Wszyscy chodzili w „dziewięćdziesiątkach”, "LTD" lub „jedynkach”. Sam mam sporo par tych butów, bo około setki. Lubię w nich chodzić, ale na pewno nigdy nie nazwę się kolekcjonerem. Znam ludzi, którzy mają ich o wiele, wiele więcej niż ja. Jeżdżą za tymi modelami po całym świecie, mają w swoich mieszkaniach bardzo rzadkie i często drogie wydania. Od kolekcjonera odróżnia mnie też to, że ja kupuję buty po to, by w nich chodzić, a nie trzymać na półce. (śmiech).
Na 26 marca przypada Air Max Day. Masz tę datę w kalendarzu zapisaną czerwonym kolorem?
Kiedy jeszcze współpracowałem z Nike, to organizowaliśmy ciekawe akcje w tym dniu. Obecnie nie świętuje go jakoś specjalnie. Uważam, że ten dzień stworzyli bardziej marketingowcy niż fani obuwia. Tego dnia wychodzą fajne wznowienia Air Maxów, więc można złapać starą, niedostępną i ciekawą kolorystykę.
Kilka lat temu nagrałeś utwór dedykowany Tinkerowi Hatfieldowi. Co urzekło cię w jego życiorysie?
Przede wszystkim to, jaką drogę przebył. W moim odczuciu jest to postać bardzo inspirująca. Tinker to gość, który w latach 80. był architektem przestrzeni biurowych. Pewnego dnia podczas wizyty w Paryżu natknął się na budynek Pompidou. Budynek, który zaprojektowali dwaj architekci: Renzo Piano i Richarda Rogersa, jest agresywny i bardzo wyróżnia się na tle innych budynków w stolicy Francji. W Pampidou wszystkie instalacje są... na zewnątrz. Większość osób uważa, że instalacje to swoiste „flaki budynku” i należy je schować, a architekci tego budynku postanowili pójść pod prąd. Hatfield wiedział, że Nike zaprojektowało but, który w podeszwie posiada ukrytą poduszkę powietrzną. Tinker postanowił spotkać się z zarządem i zaproponował, by tę poduszkę pokazać światu. Jego projekt przeszedł. Hatfield z architekta biur stał się architektem butów i przearanżował swoje życie. Z czasem podjął współpracę z Michaelem Jordanem, dla którego tworzył buty, w tym słynne „jedenastki”. Jego historia to piękny przykład tego, jak może potoczyć się życie człowieka, który nie boi się realizacji odważnych pomysłów. Na Netflixie jest nawet taki ciekawy serial pod tytułem „Abstrakt: Sztuka designu”. Bohaterem jednego z odcinków jest właśnie Tinker Hatfield.
Jesteś uważany za rapera, który współpracuje z elitą polskiego streetwearu. Kiedy zaczęła się twoja przygoda z markami szyjącymi ciuchy?
Po „Dalekich zbliżeniach”. Około 2012 roku zacząłem bardziej interesować się modą. Wtedy też wynikła moja współpraca z marką Misbehave. Obecnie w ciuchach tej firmy chodzi m.in. Asap Rocky. W ciągu ostatnich lat pracowałem z wieloma brandami, zarówno tymi większymi, jak i mniejszymi. Przy albumie „Monochromy” pracowaliśmy z Asicsem. Na okładce płyty znajduję się pomalowany przez Forina but tej marki. Podjąłem współpracę z Nike, dostawałem kiedyś buty od Reeboka. Obecnie pracuję z Napapijri. Jest to firma górska, robiąca odzież outdoorową. Ich zeszłoroczną kolekcję „Tribe” projktowała Martin Rose – projektantka współpracująca ostatnio m.in. z Nike. Kendrick Lamar i Drake też obecnie noszą ich ciuchy. Pokazuje to nam, jak moda się rozwija i w którym kierunku zmierza. We współpracy z markami ważne jest to, by była ona naturalna. Osobiście nigdy nie podjąłbym współpracy z marką, która jest przypałowa, albo w której ciuchach nie chodzę.
Rakim powiedział kiedyś, że „hip-hop umarł w momencie, kiedy teksty przestały być ważne, a raperzy zaczęli skupiać się na swoim wyglądzie”. Jak ważny dzisiaj jest według ciebie wizerunek w świecie rapu?
Myślę, że wizerunek jest dużo ważniejszy niż sama muzyka. Jest to przykre, ale Rakim po części miał rację. Z drugiej strony uważam jednak, że nie ma nic złego w tym, że zajmujesz się swoim wizerunkiem, jeżeli teksty, które piszesz, nadal są ciekawe i mądre. Przeczytałem kiedyś śmieszne zdanie, że jestem najlepiej ubranym raperem w Polsce. Dziś uważany jestem za rapową szafiarkę. (śmiech) Umówmy się – żyjemy w społeczeństwie oglądaczy, którzy dostają bardzo dużo, czasami nawet zbyt dużo, bodźców z zewnątrz. Nasz umysł skupia się na tym, co widzi krótko i jest charakterystyczne. W związku z tym wizerunek jest teraz bardzo ważny, pomaga w osiągnięciu sukcesu i przyciągnięciu do siebie ludzi. Na muzyce trzeba się skupić i spędzić z nią trochę czasu, by ją w pełni zrozumieć i docenić. Ten proces trwa dłużej niż polubienia ładnego zdjęcia na Instagramie. Wizerunek stał się pierwszoplanowym czynnikiem, dzięki któremu niektórzy artyści są popularni. Co nie oznacza, że raper, który jest dziś źle ubrany, nie może sprzedawać wielu płyt... Wystarczy spojrzeć na Kanye Westa. (śmiech)
Zostawmy Westa w spokoju, a poruszmy na koniec inną ważną kwestię – dlaczego przeciętny polski raper utożsamia się z drogimi markami włoskich i francuskich domów mody?
Wydaje mi się, że w dużej mierze jest to pozowanie i leczenie kompleksów. To również zachowanie w stylu: jak cię widzą, tak cię piszą. Ludzie myślą, że jak ubiorą bluzę za 2500 złotych, to wszyscy pomyślą, że są bogaci i zyskają dzięki temu więcej szacunku i podziwu. Nie mam natomiast nic przeciwko artystom, których stać na takie ciuchy. Śmiało, niech każdy nosi, co chce. Nie mam zamiaru nikomu zaglądać do kieszeni i szafy. Mam swoją i jest fajna, mimo że nie mam w niej nic od Gucciego. Najdroższe buty, jakie znajdziesz w moim domu to obuwie za 1500 złotych... I są to buty narciarskie. (śmiech)