Zaczyna się ta wyjątkowa część roku, kiedy żużlowcy mają najmniej czasu. Nawet, kiedy ruszą rozgrywki ligowe, będą mieli go więcej. Teraz jest najgorętszy okres. Ostatnie prace szlify w warsztacie, wielokrotne sprawdzanie wszystkich podzespołów i upewnianie się, że cały sprzęt będzie działać bez zarzutów. Dopinanie spraw związanych ze sponsorami i brandingiem. Organizacja logistyki zgrupowań i wyjazdów treningowych. Śledzenie prognoz pogody i poszukiwania torów, na których można zacząć jeździć. To wszystko dzieje się zwykle w czasie dwóch pierwszych tygodni marca. Mimo natłoku zajęć, Wiktor Przyjemski znalazł chwilę, by opowiedzieć nam o tym, jak przetrwał zimę i co czuł na pierwszym treningu żużlowym w 2026 roku!
Jak spędziłeś zimę?
Można powiedzieć, że pół na pół, bo było trochę pracy i trochę leniuchowania. Kiedy skończył się poprzedni sezon, musiałem porządnie odpocząć, a potem zabrać się za rehabilitację kontuzjowanych nóg, więc trochę czasu spędziłem na siłowni. Ale zima wyjątkowo się dłużyła i musiałem znaleźć fajny sposób na jej przetrwanie. Spotykałem się ze znajomymi, grałem z kumplami w planszówki, obejrzałem kilka seriali itp. A kiedy w lutym zaczęły się zgrupowania – klubowe i reprezentacji Polski – to już poszło z górki. No i oczywiście dołączyłem w tym okresie do ekipy Red Bulla. Dużo spraw jest z tym związanych, ale były to wyłącznie miłe obowiązki. Tak udało się przetrwać do marca i pierwszego treningu na torze żużlowym.
Jakie są twoje wrażenia po tej sesji?
Było cudownie! Tego nie da się z niczym porównać, absolutnie genialne uczucie. Wrócić znów na motocykl, pośmigać sobie, rozprostować kości i do tego zrobić to jeszcze w Bydgoszczy – wiedząc, że to znów będzie mój domowy tor, coś niesamowitego. Uśmiech nie schodził z mojej twarzy!
Jak czułeś się na motocyklu?
Zachowałem dużo pokory i starałem się jeździć rozważnie, bo to był dla mnie pierwszy w tym roku kontakt z jakimkolwiek motocyklem. Do tego tor wymagał ciągłego skupienia. Pewnie nie był idealny, ale jak na pierwszy raz i tak należą się wielkie słowa uznania i podziękowania dla wszystkich, którzy odpowiadali za jego przygotowanie. Przy odpowiednim podejściu można było naprawdę solidnie i bezpiecznie potrenować. Myślę, że wykorzystałem te warunki w stu procentach, a każdy kolejny dzień treningowy przyniesie jeszcze więcej radości dla mnie i cennych informacji dla mechaników. Nie mogę się doczekać!
Ponawiam pytanie: jak czułeś się na motocyklu?
Ah, no tak (śmiech)! Było naprawdę w porządku. Czułem się znakomicie i w pewnej chwili sam zdałem sobie sprawę, że jestem zaskoczony tym, jak gładko wszystko szło po takiej przerwie. Z jednej strony wiedziałem, że muszę uważać, bo na pierwszym treningu tor bywa zdradliwy i motocykl może pociągnąć całe ciało. Bałem się, czy nie będę za bardzo usztywniony. A tu co? Wielka niespodzianka! Od razu mega komfort i niesamowita radość z samej jazdy. Rany, jak mi tego brakowało!
Zdjęcia z treningu potwierdzają, że bawiłeś się dobrze i czułeś się pewnie na motocyklu…
Dokładnie! Pochylenie, balans, wygięcie ciała, maneta – wszystko było (śmiech). Do tego cała otoczka treningu – klimat stadionu, spotkanie z kolegami i trenerem, rozmowy o żużlu, dyskusje, pierwsze porównania. Uwielbiam to! W takich warunkach czuję się najlepiej. Jeszcze odnośnie samej sylwetki – cieszę się, że od razu mogłem sobie pozwolić na taką pewną jazdę. Trenowałem bardzo świadomie i specjalnie chciałem przypilnować tej pozycji na motorze. Z tego jestem bardzo zadowolony.
Kontuzje z końcówki poprzedniego sezonu ci nie doskwierały?
Zupełnie nie! W połowie treningu złapałem się na tym, że kompletnie nie myślałem o nogach, bo pamiętajmy, że obie miałem kontuzjowane jesienią. Wtedy jeździłem mimo ogromnego bólu i starałem się pomóc drużynie, jak tylko mogłem, ale w trakcie wyścigów stale musiałem myśleć o nogach – o ich ułożeniu, odciążaniu, o tym, żeby przypadkiem nie zahaczyć o tor itd. Teraz w ogóle o tym nie myślałem, wszystko przyszło automatycznie. To chyba najlepiej świadczy o tym, że po tamtych urazach nie ma najmniejszego śladu. Ogromnie się z tego cieszę. Mam czystą głowę, spokój, jestem zdrowy i głodny jazdy. Czego chcieć więcej?
Mówisz o głodzie jazdy. Wspomniałeś też, że to był twój pierwszy kontakt z motocyklem w tym roku. Dlaczego nie zdecydowałeś się na motocross, który też przecież bardzo lubisz?
Zrobiłem to świadomie i mam nadzieję, że podjąłem dobrą decyzję. Złożyło się na nią kilka czynników. Jesienią i pod koniec ubiegłego roku treningi na motocrossie wykluczyły świeże kontuzje. Dopiero je leczyłem i nie mogłem ryzykować, nie było sensu w ogóle pojawiać się na torze. Potem była zima, w tym roku wyjątkowo długa i mroźna. A kiedy śnieg w końcu stopniał, szybko okazało się, że wyjazd na tor żużlowy będzie możliwy bardzo szybko, więc znów nie chciałem niepotrzebnie ryzykować. Ale był też inny powód. Wydarzenia z końcówki poprzedniego sezonu przyniosły dużo emocji – przygody zdrowotne, jazda w finale, powrót do Polonii Bydgoszcz – to wszystko sprawiło, że potrzebowałem więcej odpoczynku, niż zwykle. Nie tylko fizycznego, także takiego mentalnego spokoju. Wolałem trochę przeciągnąć ten okres bez motocykla, żeby zatęsknić, żeby poczuć taki wielki głód jazdy.
Udało się?
Zdecydowanie! Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo chciało mi się po prostu jeździć na motorze. Cieszę się na każdy wyjazd na tor, jaram się treningami i czekam na pierwsze zawody, no i oczywiście ligę. Jakbym porównał ten mój brak jazdy w zimie do diety, to mógłbym powiedzieć, że celowo się przegłodziłem. Chciałem to wydłużyć, chciałem nawet postąpić wbrew sobie i swoim potrzebom, chciałem po prostu poczuć wielki głód jazdy. I teraz go czuję!