Wiktor Unton
© Iwanczuk.Visions
Muzyka

Wiktor Unton: Łowca przygód i nowych bodźców

O pasji do muzyki, fotografii, podróży, a ostatnio także do... narzędzi, rozmawiamy z Wiktorem Untonem. Koncertowym DJ-em rapera Sitka i właścicielem vana, którym zamierza przejechać trochę świata.
Autor: Tomek Doksa
Przeczytasz w 11 minPublished on
DJ, fotograf, podróżnik… Z kim właściwie rozmawiam?
Wiktor Unton: Gdybym spróbował ci spisać, czym właściwie zajmuję się na co dzień, byłoby tego naprawdę sporo. Ale też nie wiem, czy chciałbym w ogóle taką listę robić. Wiesz jak u nas, w Polsce, jest. Jak ktoś zajmuje się wszystkim, to według niektórych nie zajmuje się niczym. (uśmiech) Wolę wychodzić z założenia, że to, co robię, robię przede wszystkim nie na pokaz, a dla siebie.
Czyli to, co widzę na przykład na twoim Instagramie, to tylko wycinek całości.
Tak, większości rzeczy tam nie pokazuję. W momencie, gdy zaczęła się moja większa przygoda z muzyką, kiedy zacząłem jeździć i grać duże koncerty, festiwale, naprawdę regularnie wrzucałem z tych wszystkich imprez zdjęcia. A na nich byłem cały czas ja, ja i ja. W którymś momencie stwierdziłem, że coś w tym wszystkim jednak jest nie tak. Kiedy w zeszłym roku zaczął się pandemiczny lockdown, kiedy całe to moje życie zatrzymało się niemal do zera, zrozumiałem wtedy, że chcę zmienić swoje podejście do social mediów i przestać pokazywać siebie, a zacząć przez swoje konta przekazywać moim obserwatorom fajne wartości. Poprzez rzeczy, które robię. Chcę to teraz pokazywać na pewno w inny sposób niż wcześniej.
Czyli kiedyś DJ, fotograf, a dzisiaj mentor.
Może jest w tym trochę racji, ale ustalmy jedno. Ja nie mam prawa wpływać na życie innych. Mogę im tylko pokazywać, że nie głupie cyferki, nie pieniądze, a życie chwilą i walka o swoje marzenia popłaca. Że można faktycznie żyć na co dzień tak, jak pokazują nam to na fejkowych obrazkach. Że naprawdę da się to zrobić. Trzeba tylko chcieć.
U ciebie jak to wszystko się zaczęło? Co było pierwsze?
Myślałem, że chciałeś zostać DJ-em, bo nie lubisz, gdyś ktoś ci narzuca swoją muzykę.
Też coś w tym jest. Chodząc ze znajomymi po imprezach, żeby potańczyć, ciężko nam było znaleźć miejsca, w których przez całą noc moglibyśmy się bawić do takiej muzyki, jakiej chcemy. Więc po części na pewno to też miało na mnie wpływ.
Czyli dziś już nie tańczysz?
Nie tańczę, tak jak kiedyś, ale wciąż mam ten dryg. Wiesz, ja po zagraniu imprezy czuję się tak, jakbym przebiegł maraton. (śmiech) Bo ja nie tylko gram, ale tak naprawdę uczestniczę razem z ludźmi w tej imprezie. Muszę ci powiedzieć, że mam bardzo zbliżone podejście do DJ-a NOZ-a, z którym też rozmawiałeś, a mianowicie, jeśli coś robię, to wchodzę w to na sto procent. Tak jak NOZ, łączę się z ludźmi w klubie. Tworzę z nimi jedną, wspólną całość. Bo tylko jeśli DJ naprawdę dobrze bawi się na imprezie, impreza bawi się razem z nim.
Ja każdą sztukę traktuję jak coś nowego, niespotykanego. Podchodzę bardzo indywidualnie do każdego miasta i tamtejszych odbiorców. Nie wyobrażam sobie, że można przyjść na imprezę i zagrać gotowego seta, którego ustaliłeś sobie dużo wcześniej, bo tak naprawdę nie wiesz, jacy ludzie przyjdą i jak się będą bawić. Podobnie jest z koncertami Sitka – nawet jeśli mamy ułożoną pewną setlistę występu, załóżmy, że gramy według jakiejś kolejności, to jednak w każdym miejscu ludzie bawią się inaczej i staramy się do tego dostosowywać. Dlatego nie umiałbym ci też powiedzieć, co jest w graniu trudniejsze – dj set czy koncert – bo jedno i drugie wymaga ode mnie sporej kreatywności.
Z tego, co mówisz wynika, że rutyna jest ci raczej obca.
Jedyna rutyna, jaka pojawia się w moim życiu to ta, gdy coś podczas imprezy wypada spoza mojej kontroli. Ja na przykład bardzo cenię sobie podczas grania prywatność przestrzeni, w której stoję i gram. Nie lubię, gdy ktoś mi ją zaburza, bo potrzebuję mocno wczuć się w imprezę. A gdy przychodzi ktoś do mnie, przeszkadza, bywa w tym nachalny, może wybić mnie z mojego imprezowego rytmu i spowodować, że wtedy wpadam w lekką rutynkę. Zaczynam grać pewne schematy, które są sprawdzone i bezpieczne. Ale jest to też moment, którego nigdy nie lubię.
Co ciekawe, tak jak ludzie chodzą do klubu wyszaleć się czy pokrzyczeć, tak jak chodzę tam, żeby się wyciszyć. Zakładam słuchawki i mnie nie ma. Wchodzę w swój świat i resetuję głowę, odcinam się od codziennej papierologii i faktur, z którymi na przykład mam do czynienia na co dzień.
Jak w ogóle zaczęła się twoja koncertowa przygoda z raperem Sitkiem?
To jest bardzo śmieszna historia, choć dla mnie zakończona nieco tragicznie. Dawno temu robiłem Sitkowi zdjęcia na jednym z jego występów we Wrocławiu. Wtedy jeszcze nie byłem koncertowym DJ-em, ale już grałem imprezy. Robiąc mu wtedy zdjęcia na scenie pomyślałem, że to jest ten typ, że ja chciałbym połączyć z nim kiedyś siły i zrobić razem coś fajnego. I wyobraź sobie, że po dwóch dniach zadzwoniła do mnie ówczesna menedżerka Sitasa, która powiedziała: „słuchaj Wiktor, poszukujemy DJ-a i kierowcy w jednym na najbliższe koncerty, wchodzisz?”. Jakaś siła przyciągania sprawiła, że te nasze drogi się spotkały! Na nasz pierwszy wspólny koncert jechaliśmy moim autem na Mazury. Niestety, 50 km przed klubem, po siedmiu godzinach jazdy, przed maskę wyskoczył mi pies, wpadłem w poślizg i wylądowaliśmy w rowie. Auto rozbite, deszcz pada, telefony rozładowane, bo w samochodzie nie było jak ich ładować, jednym słowem dramat. Tak się zaczęła ta nasza przygoda. Mocno, z przytupem. Ale trwamy ze sobą do dziś.
I macie ze sobą znakomity przelot. W ekipie koncertowej Sitka starasz się odgrywać tylko rolę DJ-a, czy pozwalasz sobie na więcej?
Moje podejście jest takie: gwiazdą wieczoru zawsze jest Sitek. Moim zadaniem, najpierw jako kierowcy, jest bezpieczne dowiezienie jego i chłopaków na koncert, a potem odpowiednie przygotowanie sceny. Ustawienie mikrofonów, sprawdzenie sprzętów czy dostarczenie i przygotowanie wody, bo wiele osób o tym nie wie, ale nakrętki w wodach mineralnych muszą być na scenie odkręcone, żeby dostęp do niech był szybki i łatwy. Sam koncert to jest już deser tego wszystkiego, wcześniej odpowiadam za przygotowania. Kiedy już jestem na scenie, nakręcam odpowiednio ludzi, przygotowuję ich do tego, że to Sitek zaraz wyskoczy na scenę. Motywuję ich do ostrej zabawy.
I zawsze idzie koncertowo?
Mieliśmy raz taką mocną sytuację. Po zagraniu przez nas tak naprawdę jednego numeru, zaczęła się ostra zadyma w klubie. Lokalesi przejęli wtedy scenę i jedyne, co było słychać, to łamanie szczęk. Wszyscy nagle zaczęli, z niewiadomych przyczyn, ze sobą walczyć. Pamiętam, że rzuciłem wtedy do Sitasa: „mordo, gramy »Chcemy być wyżej«, bo trzeba to zrobić dla tych ludzi, którzy chcą pewne rzeczy usłyszeć. Nie narażajmy się na pogorszenie sytuacji. Gramy i uciekamy”. Ale i to nam się nie udało, bo zaraz zaczęła się kolejna fala. Musieliśmy uciekać tyłami. (śmiech)
Wspomniałeś wielki przebój Sitka. A ty, kiedy czujesz się najbardziej „wyżej”? Podczas grania imprez, koncertów, podróżowania?
Trudno to określić. Na pewno nie mógłbym żyć bez muzyki, tak samo jak nie mógłbym bez podróżowania i fotografii. Staram się wszystko ze sobą godzić, bo jestem osobą, która cały czas potrzebuje nowych bodźców. Nowych inspiracji i poznawania świata. Nie umiem ci jednoznacznie powiedzieć, kiedy najbardziej czuję się wyżej. Czuję się tak zawsze, gdy robię to, co kocham.
Sprawdźmy więc, co jeszcze masz na swojej liście. O czym teraz najbardziej marzysz?
Zastanawiałem się na tym kiedyś i wiesz co? Ja nie mam wcale marzeń. Nie wiem, czy to dobrze, czy nie, ale ze mną jest tak, że ja każdą wizję, jaka rysuje mi się w głowie, staram się w swoim życiu zrealizować. Po prostu. Co gdzieś zobaczę, coś usłyszę i podejmuję decyzję, że też chcę to zrobić. Swoje marzenia ubieram w cele. Na przykład jestem bardzo mocno związany z koszykówką i teraz zaangażowany w projekt promocji koszykówki 3 na 3, która stała się już zresztą dyscypliną olimpijską. Jest bardzo duża szansa, że nasza ekipa wystąpi na najbliższych igrzyskach. Ja bardzo lubię budować nowe rzeczy, i rzeczy wartościowe, a tu nadarza się szansa rozwinięcia i rozpropagowania nowego sportu w naszym kraju. W Polsce znana jest jednak najbardziej koszykówka 5 na 5, ale 3 na 3 mocno się rozrasta. Dlatego chcę brać udział w tworzeniu szkółek dla młodych i zainteresowanych i chcę dołożyć do tego swoją cegiełkę. Z innych planów – zamierzam ruszyć na trzy-cztery tygodnie busem przed siebie. Przeżyć takie prawdziwe van life.
No właśnie – van. Czym on jest dla ciebie?
Ten samochód to dla mnie mocna inwestycja w siebie. Wiesz, od lat gram imprezy, od lat koncerty i robię zdjęcia, a ostatnio przyszedł taki moment, gdy nie można było tego wszystkiego robić i nagle musiałem się zastanowić: co teraz? Uświadomiłem sobie, że nigdy w życiu nie trzymałem w ręce szlifierki. Bo nie miałem takiej potrzeby. Z tego też powodu bus pozwala mi inwestować w siebie, bo uczę się przy nim kolejnych rzeczy. Teraz wchodzę do marketu budowlanego i czuję się w nim jak… w sklepie z obuwiem. Serio. Nagle interesują mnie takie rzeczy jak narzędzia.
Ale rozumiem, że nie chodzi tylko o posiadanie vana, ale coś więcej?
To ma być dla mnie domek i mobilne biuro w jednym. Miejsce, w którym mogę odpocząć, ale i popracować. Niezależnie od tego, gdzie się akurat znajduję. Takiego samochodu szukałem przez rok. Znalazłem go w końcu pod rosyjską granicą. Uwierz mi, oglądałem całą masę samochodów, wszystko w nich się sypało, ale ten był w bardzo dobrym stanie. Ma oryginalne 135 tys. przebiegu, a jak na 24-letniego busa, to jest naprawdę nic. Tak jak mówiłem wcześniej, ja cały czas potrzebuję bodźców, potrzebuję adrenaliny i coraz to nowych rzeczy, które mnie inspirują do życia. One są dla mnie jak tlen. Dzięki nim mój mózg lepiej funkcjonuje.
Zdradź na koniec, czy takie van life to jest przygoda dla każdego? Co trzeba mieć, żeby łatwiej spełnić takie marzenie?
Zacznijmy od tego, że musisz mieć przede wszystkim odpowiednie nastawienie. Musisz mieć zajawkę na coś takiego. Mieć świadomość, że podróżując takim vanem nie jedziesz do hotelu, nie wiesz do końca, co cię czeka w danym miejscu i musisz być zawsze gotowy na przygodę. Oczywiście, gdy jeździsz na ładny kemping, to możesz to sobie wcześniej dobrze zaplanować i zwizualizować, ale ja staram się jeździć i żyć bardziej na dziko. Bliżej natury. I to jest według mnie najważniejsze – odpowiedzenie sobie na pytanie, czy chcesz żyć wygodnie, bezpiecznie, bardziej w luksusie, czy jednak żyć przygodą.
Zobacz też:

38 min

Quebonafide: Romantic Psycho Film

Film dokumentalny o Quebonafide, jednym z najpopularniejszych i tajemniczych polskich raperów, to zapis jego podróży w głąb Azji, która zainspirowała go do pracy nad płytą „Romantic Psycho”.

Dowiedz się więcej

Quebonafide: Romantic Psycho Film

Film dokumentalny o Quebonafide, jednym z najpopularniejszych i tajemniczych polskich raperów, to zapis jego podróży w głąb Azji, która zainspirowała go do pracy nad płytą „Romantic Psycho”.

38 min
Oglądaj