W czasie, kiedy tysiące osób spodziewało się, że za chwilę w sklepach pojawi się kolejny album formacji Kaliber 44, Abradab postanowił wydać swój szósty solowy krążek „048”. Album, który jest muzycznym obrazem przedstawionym przed 40-letniego, świadomego i wrażliwego artystę. Gardzącego inwigilacją i brakiem szacunku do drugiego człowieka.
Przed tobą raper, który na scenie obecny jest już od ponad 20 lat i wciąż ma wiele ciekawego do powiedzenia.
Pytanie na rozgrzewkę. Niedawno świętowaliśmy 25-lecie albumu „Enter The Wu-Tang (36 Chambers)”. Lubisz, szanujesz?
Abradab: Nie powiem nic odkrywczego: ta płyta rozwaliła czachy wszystkim osobom, które słuchały wtedy hip-hopu. Chłopaki wjechali na scenę z zupełnie czymś nowym, nie byli kopiami innych składów, brzmieli zupełnie inaczej. Przecież stylówka Method Mana, flow Ol’ Dirty Bastarda, czy piwniczne i brudne podkłady RZA to coś pięknego! Pamiętam, że gdy dostałem debiut Wu-Tangu na jakiejś przegranej kasecie to stwierdziłem, że to świetny album, tylko otrzymałem go w strasznie kiepskiej jakości. (śmiech) Jakiś czas później dostałem oryginał i okazało się... że jakość nagrania jest identyczna! (śmiech) Przecież my uczyliśmy się na pamięć zwrotek z tego krążka. Ol’ Dirty ośmielił mnie do tego, by też zacząć rapować modulowanym głosem, choć przyznaję, że nie zwracałem wtedy za bardzo uwagi na to, kto ma, jakie warunki głosowe. (śmiech) Debiut Wu-Tangu otworzył nas na pewien sposób odbierania muzyki. Niewiele płyt w historii hip-hopu aż tak zryło nam banię.
Mówi się, że szczególnie wpłynął na was, na Kaliber 44, właśnie debiut Wu oraz album „6 Feet Deep” Gravediggaz.
Przyznam szczerze, że ja nigdy specjalnie nie spędzałem czasu z muzyką Gravediggaz. Miałem oczywiście na kasecie wspomniany przez ciebie album, ale sięgałem po niego sporadycznie. Częściej słuchałem wspomnianego wcześniej krążka Wu-Tang Clanu, który sprawił, że postanowiliśmy założyć Zakon Marii – oni mieli klan, więc my stwierdziliśmy, że będziemy mieli swój zakon. (śmiech) Ukształtowały nas również inne rzeczy – mieliśmy przecież etap, że wczuwaliśmy się w N.W.A. i chcieliśmy być gangsterami.
W jednym z odcinków dokumentalnej serii „Hip-Hop Evolution” Shock G z Digital Underground powiedział: „bycie raperem trochę wymaga bycia zachłannym egoistą”. Zgodzisz się z tym? Pytam o to, bo na swoim nowym albumie zdarzyło ci się przepraszać za bycie próżnym.
Podpisuję się pod tym obiema rękami. Uczestniczyłem kiedyś w takim panelu dyskusyjnym, w ogóle niezwiązanym z hip-hopem, i jakiś mądrala powiedział: „postawić dwóch artystów obok siebie, to każdy będzie i tak tylko mówił o sobie”. Więc ten gość stwierdził, że egoistami są wszyscy artyści. Ja mam w ogóle wrażenie, że gdy idziesz z kimś na piwo i zaczynasz rozmowę, to też głównie gadasz o sobie. Tacy są ludzie. Ale wracając do raperów. Tak, to prawda, że raper musi mieć wszystko najlepsze – od kobiety aż po zwrotki, teledyski i samochód. Oczywiście, że mamy rozbuchane ego. Z drugiej strony, stajemy przed ludźmi na koncertach i trzeba tych ludzi zabawić, więc zaczynasz napie*dalać o sobie i o tym, jak widzisz pewne sprawy, jaki masz punkt widzenia. A zachłanność? No wiesz, tu jest ciągła rywalizacja, pożeranie innych raperów. (śmiech) W pozostałych gatunkach muzycznych nie ma aż takiej rywalizacji.
Na nowym krążku z sarkazmem rzucasz: „biznes muzyczny kwitnie, nieustannie pyta co z nowym Kalibrem”. Męczą cię te pytania?
Pisząc te słowa, nie miałem na myśli żadnego narzekania, bardziej ironizowałem. To poniekąd opis kondycji dzisiejszego rynku muzycznego w Polsce. Pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu raperzy i wydawcy narzekali i jednocześnie bali się internetu. Uważali, że będą sprzedawać mniej płyt, koncerty nie będą cieszyły się już taką popularnością. A jak to wygląda dzisiaj? Goście, których teledyski osiągają 50 milionów obejrzeń w necie, absolutnie nie mają prawa do narzekań, jeśli idzie o sprzedaż nośników fizycznych, bo sprzedają ich grube tysiące.
Żadną tajemnicą jest fakt, że od wielu lat mieszkasz w Krakowie. Czym dzisiaj jest dla ciebie Śląsk?
Bogucice to jest moje miasto, one mnie ukształtowały. Tam się wychowałem, tam szlifowałem bruki i to tam trafiłem po raz pierwszy na hip-hop. Za każdym razem, kiedy przejeżdżam przez Katowice i widzę te wszystkie kominy, bloki, to serce zaczyna mi szybciej bić, bo przypomina mi się dzieciństwo. Jestem stąd, reprezentuję Katowice, to się nigdy nie zmieni, mimo że nie jestem Ślązakiem z dziada pradziada. Moi rodzice urodzili się na Dolnym Śląsku, a do Katowic przyjechali za chlebem, do pracy. Wiele osób wówczas wprowadzało się na Górny Śląsk z takich właśnie pobudek.
W przyszłym roku twój młodszy kolega, Miuosh, wystąpi na Stadionie Śląskim. Doczekaliśmy czasów, gdy już nie U2, a polski hip-hop wchodzi u nas na stadiony.
Podchodzę do tego z ogromnym szacunkiem, bo naprawdę dobrze dopie*dolił. (śmiech) Miuosh już dawno przekroczył ten, nazwijmy to, standardowy poziom hip-hopu: gra na dużych festiwalach, współpracuje ze wspaniałymi, poważnymi artystami. Mogę tylko dodać jedno: szkoda, że to nie my tam zagramy. (śmiech)
Wróćmy do twojej płyty. Polityka to bardzo często niewdzięczny temat, ty jednak w „Horyzontach” postanowiłeś ten temat poruszyć.
Chciałem zwrócić uwagę ludzi na rzeczy moim zdaniem istotne. Sytuacje, które mamy ostatnio w Polsce, nie mogą mnie nie dotyczyć. Nasze społeczeństwo jest strasznie zantagonizowane i mnie to bardzo boli. Nie chcę pokazywać palcem, czy to wina jednych, czy drugich, bo jedni i drudzy dali w pewnym momencie dupy. Nie jestem po żadnej ze stron politycznych – jestem normalnym, tyle że wku*wionym obywatelem. W przestrzeni publicznej jest ogromny hejt i brak szacunku do innego człowieka. Ostatnie dwa lata bardzo mnie poruszyły: dziwiłem się, bywało mi smutno, czułem się rozczarowany, zatem – jak przystało na artystę – nie mogłem tego zamknąć w sobie, tylko wyszedłem z tematem do ludzi. Nie mam już 25 lat, więc to naturalne, że czasem chcę mówić o rzeczach poważnych. To nie jest już tylko mój świat, ale też świat moich dzieciaków. Nie uważam też „Horyzontów” za jakiś strasznie radykalny utwór. Słowa, które tam mówię, mają się nijak przy tym, co przykładowo opowiadał kiedyś Kazik o Millerze.
Inny kawałek, „Złe oko”, to z kolei fajny podkład do futurystycznego serialu „Black Mirror”. Czarne lustro". Przeraża cię, dokąd zmierza ten świat i do czego ludzie będą się w stanie jeszcze posunąć?
Muszę przyznać, że nigdy nie oglądałem „Black Mirror”, więc serial na pewno nie inspirował mnie do napisania tego utworu. Piosenka nie wyszła też z przerażenia, bardziej z obserwacji. Moim zdaniem poziom odbierania nam prywatności jest absurdalnie gigantyczny. Denerwuje mnie totalna inwigilacja. Już wiele lat temu, gdy wjeżdżałem do Stanów Zjednoczonych na koncert, musiałem zostawić im odcisk palca. Pozostaje pytanie, czy zbieranie takich informacji nie obróci się kiedyś przeciwko nam. Oczywiście, sami tę naszą prywatność oddaliśmy dla ogólnie pojętego bezpieczeństwa. Tylko rodzi się pytanie: kto tu, ku*wa, ma być bezpieczny? My czy oni?! Czy ci, którzy ustawiają te prawa, a sami chowają się za immunitetami, mają ochroniarzy i bezpieczne telefony, czy my, ludzie jednak bezbronni, których można na wszystkim przyłapać?!
W takich dyskusjach często pojawia się argument: nie mają się czym martwić ci, którzy nie mają nic na sumieniu.
Ale co to jest w ogóle, ku*wa, za gadanie?! Nic im do mojego sumienia! To moja sprawa, nikogo nie krzywdzę, płacę podatki... Nikt mi nie będzie do niego zaglądał! Kto mi powie, co mogę mieć na sumieniu, a czego nie? Kto będzie moim sędzią? Prawo zmienia się co chwilę, potrafi też działać wstecz. Zaczyna się odbierać ludziom emerytury, nie dając możliwości złożenia żadnego sprzeciwu. Ludzie, którzy nie mają nic na sumieniu, co oni teraz mają powiedzieć? Każdy ma coś na sumieniu i to prywatna sprawa wszystkich z osobna. Dopóki nie ma pokrzywdzonych, to nie ma winnych. Coraz częściej tworzy się winnych, mimo że nie ma pokrzywdzonych. Dlaczego wsadza się do więzienia typa z gibonami w kieszeni? Kto tu, ku*wa, jest pokrzywdzony? Dlaczego on siedzi?
Na nowym krążku umieściłeś też numer „Ciapa” – swoisty hymn poświęcony pieniądzom. Ciekawi mnie, dlaczego polscy raperzy od zawsze mieli problem z mówieniem o tym, ile zarabiają. Dlaczego kasa w hip-hopie to był temat tabu?
Chyba to kwestia tego, co było i nadal jest naszą przywarą: wieczna zawiść i zazdrość. Gdy ktoś osiąga sukces w Polsce to mówi się, że „ukradł”, albo „mu się udało”. Nie, że „zapracował na to”. Spójrz, gdy Polak spotyka swojego znajomego i pyta co u niego, to słyszy: „powolutku, stara bida”. Wiecznie, ku*wa, jesteśmy bidulki, pchamy pod górę ten kamień. Kto u nas mówi: „aaa, u mnie zajebiście, pracowałem cały rok, wypie*dalam na dwa tygodnie do jakiegoś egzotycznego miejsca”? W rodzimym rapie pojawiały się kiedyś teksty: „nie dla sławy, nie dla pieniędzy”, wszyscy robili wszystko dla zajawki, wstydzili się powiedzieć, że zarabiają. Natomiast młodsze pokolenie wjeżdża teraz i od razu mówi, że jest tu po hajs, że chce mieć sponsorów, już przy pierwszych klipach mają być reklamy. Kasa z czasem stała się motywacją.
Rozmawiałem dotąd z wieloma raperami i jakieś 80 procent z nich kompletnie nie ma zajawki na hip-hop. Ich nie interesuje, co dzieje się teraz na scenie, nie mają w oku tej iskry, gdy opowiadają o muzyce, podchodzą do niej tylko w rzemieślniczy sposób. U ciebie wygląda to zupełnie inaczej.
No ja nie wiem, co robią inni raperzy. (śmiech) Stary, jak ja się zaraziłem hip-hopem na początku lat 90., to mi to zostało do dzisiaj. Nagram nowy kawałek i się z tego cieszę, podobnie mam, gdy zrobię zajebisty bit. My z DJ-em Jarozem podczas trasy gadamy tylko o muzyce. Ja tej płyty nie napisałem, tylko ją urodziłem. W ostatnim czasie zebrało mi się w głowie tyle rzeczy, że musiałem je po prostu z siebie wyrzucić. Miałem taki okres, że przez pięć dni mało co jadłem, tylko siedziałem i kombinowałem z tą płytą. Siedziałem i pisałem. Te teksty we mnie były, ja niczego nie musiałem wymyślać. Wszystko pisało się samo.
I nagrywało też samo. Dlaczego ty na swoje albumy praktycznie w ogóle nie zapraszasz innych raperów? Na „048” dograł się tylko twój brat, Joka.
Pojawił się w pewnym momencie pomysł, by zaprosić na ten krążek gości, ale kiedy już napisałem te teksty, to pomyślałem: ale gdzie ja mam ich tu zaprosić? (śmiech) Na siłę miałem ich wciskać? Bez sensu. Pojawianie się na płytach innych raperów buduje jakąś popularność w innych kręgach, często docierasz do ludzi, którzy normalnie by cię pewnie nie posłuchali. Można zatem powiedzieć, iż w jakiś sposób strzelam sobie w kolano. Też nie jest tak, że nie jaram się polskimi raperami i nie chcę z nimi nagrywać – jest wręcz przeciwnie. Mam listę gości, z którymi chciałbym coś zrobić. Ale nie czułem tego przy „048”. Możliwe, że przy okazji następnego projektu, sięgnę po tę listę.
Myślisz, że byłbyś w stanie powiedzieć drugiemu raperowi, muzycznemu koledze, że jego zwrotka ci się nie podoba i najlepiej, jakby napisał inną?
Na szczęście nigdy nie musiałem nikomu tak mówić. (śmiech) Trudno odpowiedzieć na to pytanie, ale wydaje mi się, że gdyby ktoś totalnie przegiął pałę, to powiedziałbym mu to wprost. Wiesz, nie chciałbym, by ktoś na mojej płycie załatwiał swoje prywatne sprawy, czy opowiadał o jakiś pierdołach. Z drugiej strony – może nie chciałbym kogoś urazić, byłoby mi głupio? Naprawdę ciężko powiedzieć, a nie chcę tutaj pie*dolić, nie będąc nigdy w takiej sytuacji.
Należysz do osób, które uznają kompromisy w muzyce, czy zawsze musi być po twojemu?
To zależy. Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Ja wiele rzeczy robię sam: piszę teksty, nagrywam wokale, produkuję bity, więc mam do tego inne podejście niż ktoś z zewnątrz. Na pewno zawsze słucham komentarzy i biorę je pod uwagę. Czasami takie rady rzeczywiście pomagają spojrzeć na moją muzykę w inny sposób. Nie ma natomiast opcji, by np. wytwórnia cokolwiek mi narzuciła i mówiła, co mam robić. Tak było od zawsze, od pierwszego Kalibra. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że wydaję swoje płyty w wytwórni, która będzie decydować o tym, co ma znaleźć się na moim albumie.
Twoja nowa płyta, szczególnie w kwestii doboru muzyki, jest strasznie zróżnicowana. Co przy pracy nad tym albumem było dla ciebie najtrudniejsze?
Zdążyć z terminami. (śmiech) Reszta szła gładko. Nie zderzyłem się z żadną górą lodową, rzeczami nie do przejścia. Jeśli miałbym pracę nad „048” porównać do „Ułamku tarcia” to odpowiem szczerze, że teraz był to pikuś, wszystko przyszło naturalnie. Przy Kalibrze było zupełnie na odwrót. W ostatnich latach mocno zmienił mi się gust muzyczny. Nie pamiętam przykładowo, kiedy ostatni raz słuchałem Outkastu, poszedłem w inną muzyką, co też słychać w moich podkładach
Rozmawiamy w momencie, kiedy od premiery czwartego krążka Kalibra 44 mijają już prawie trzy lata. Jak z perspektywy czasu odbierasz przyjęcie tego materiału?
Spodziewałem się lawiny komentarzy, że po co to w ogóle ruszamy. Dostaliśmy natomiast gigantyczną ilość wiadomości i podziękowań z powodu naszego powrotu. Byłem więc przerażony, gdy płyta wjeżdżała na półki sklepowe! Wyszło nadspodziewanie dobrze, naprawdę wcześniej myślałem, że sprzedaż będzie na niższym poziomie, a koncertów zagramy znacznie mniej. Okazało się jednak, że płyta znalazła blisko 30 tysięcy nabywców, zagraliśmy prawie 200 koncertów i na tym wcale nie koniec. Wciąż gramy.
„Ułamek tarcia” doczeka się kiedyś młodszego brata?
Jest na to szansa, ale zarówno ja, jak i Joka, mamy zupełne inne tempo pracy. Bardzo chciałbym zrobić nowego Kalibra, jest już nawet nagranych kilka nowych kawałków. Nasza kolejna płyta musi być jednak dużo bardziej „Jokowa”. Musi być dużo bardziej wygenerowana jego zajawką. To nie może być płyta robiona na siłę, dla pieniędzy, albo dlatego, że czas nas goni. Kaliber zupełnie nie na tym polega.