Dawid Podsiadło
© Jacek Kołodziejski / Sony Music
Muzyka

Wywiad: Dawid Podsiadło bez żadnej maski

Dla niektórych sztuką nieosiągalną jest nagranie dwóch niezłych płyt. A Dawid Podsiadło właśnie wydał świetną trzecią, a przy okazji zdecydowanie swoją najlepszą. Pytamy u źródła, jak on to robi.
Autor: Tomek Doksa
Przeczytasz w 12 minPublished on
Po znakomitym debiucie „Comfort and Happiness” z 2013 roku i równie dobrym albumie „Annoyance and Disappointment”, wydanym dwa lata później, wydawało się, że Dawid Podsiadło na kolejnych płytach będzie robił dokładnie to samo – nie zabija się przecież kur znoszących złote jaja, a jego chwytliwy, śpiewany na wpół po polsku, na wpół po angielsku soft rock dał mu tłumy fanów i pozycję piosenkarza numer jeden na rodzimym rynku. „Małomiasteczkowy” to jednak krążek bardziej roztańczony, pełen niespodzianek i przy okazji... najlepszy w dorobku 25-letniego artysty.
Po rozmowie na temat jego około muzycznych pasji przyszła w końcu pora, by zapytać Dawida, jak udało mu się z małego miasta spełnić takie wielkie sny.
Ogłaszając przerwę mówiłeś, że potrzebujesz nabrać dystansu, odpocząć i poszukać inspiracji do nowych rzeczy. Wszystko się udało?
To akurat były kwestie, które musiałem powiedzieć uzasadniając moją przerwę. Nie stałem się nagle pustelnikiem i nie wyjechałem w poszukiwaniu nowych dźwięków. W ogóle nie. Nie miałem żadnego procesu pt. „przygotowanie do pisania nowej płyty”. Od początku wiedziałem, że chcę pracować z Bartkiem Dziedzicem jako producentem i byłem jedynie otwarty na to, co przyniesie nasza wspólna energia. Nie było żadnego planu, ani specjalnie wyznaczanego kierunku. Bartek zapytał mnie tylko na wstępie: Dawid, co twoim zdaniem będzie bardziej zaskakujące w twojej osi kariery – czy to, że zrobisz bardziej alternatywną płytę i będziesz próbował dostać się na OFF Festival, czy to, że pójdziesz jeszcze bardziej w mainstream i jeszcze bardziej w popularne piosenki? I że bez żadnej maski, ale bardzo wprost, opowiesz o tym, jak żyje 25-latek i z czym się musi w swoim życiu uporać? No i stwierdziliśmy, że bardziej zaskoczy ta druga opcja. Że nie będę niczego i nikogo udawał, ale pójdę bliżej świateł oraz brzmień, które słychać w radiu. Ale cały czas starając się, by to, co robimy, było szlachetne i nie było w żadnym wypadku pójściem na łatwiznę.
Powiedzieliśmy więc sobie, że będziemy nagrywać hity i dobre piosenki. W sumie to był jedyny plan. No i to, żeby była wreszcie po polsku. Bo czułem, że to jest dobry moment, żeby taką płytę w końcu zrobić.
Dawid Podsiadło "Małomiasteczkowy"

Dawid Podsiadło "Małomiasteczkowy"

© Jacek Kołodziejski / Sony Music

Dzisiaj, kiedy znasz już swój trzeci album dobrze, możesz powiedzieć, że ten mini plan wypalił?
Tak. Choć wydaje mi się, że nie zrobiliśmy aż tak super przebojowej płyty. Jest kilka numerów, które mają potencjał radiowy – co udowodnił singel „Małomiasteczkowy”, zaraz się okaże, jak sobie poradzi „Nie ma fal” – ale kilka utworów jest też z zupełnie innej, onirycznej, bajki. Ja na pewno jestem z niej bardzo zadowolony. Spędziliśmy z Bartkiem kilka wspólnych miesięcy i przy okazji bardzo się polubiliśmy. Udało mi się też spełnić moją wielką ambicję, by całą płytę nagrać po polsku... No i wierzę że wyszła nam naprawdę dobra rzecz.
Nie bałeś się całej płyty po polsku?
Kilka razy w trakcie prac nad albumem bliskie mi osoby – Bartek i Maciek, mój menedżer – pytały: czy na pewno chcesz ją całą zrobić po polsku? Kiedy na przykład jakiś tekst przychodziło mi pisać dłużej, to podpowiadali: „ale wiesz, to nie jest tak, że ty musisz wszystko pisać po polsku. Przecież sami to sobie narzuciliśmy, więc nie ma ciśnienia, że ona musi być cała tak zaśpiewana. Jeśli ten numer chcesz po angielsku, to niech będzie po angielsku”. Ale ja takiej płyty potrzebowałem sam dla siebie. Bardzo chciałem się z tym zmierzyć. Ostatecznie włożyłem w to dużo pracy i pewnie też dlatego jestem z niej teraz tak zadowolony. Cieszę się, że się nie poddałem i że pociągnąłem tę próbę do końca.
Co tak bardzo motywowało cię do pisania w języku polskim?
Już od jakiegoś czasu widziałem reakcję publiczności na moje polskie utwory i widziałem tę różnicę, gdy słuchali anglojęzycznych. Wcześniej napisałem już „W dobrą stronę”, a jestem z tego utworu mega dumny, napisałem też „Bellę”, w jakiejś części „Pastempomat”, zacząłem pisać dla innych artystów, m.in. dla Natalii Nykiel, z Julką Pietruchą chwilę popracowałem nad jej tekstami, doszedłem zatem do wniosku, że najwyższa pora spróbować z całą płytą.
Zauważyłem, że sprawia mi to frajdę i dobrze czuję się sam ze sobą, kiedy śpiewam po polsku, szkoda więc byłoby tego nie wykorzystać. Myślę też, że dzięki temu zabiegowi więcej ludzi doceni moją całą płytę, a nie tylko wybrane single. W każdym razie bardzo tego chciałbym.
Nie wierzę, że poszło tak gładko. Z czym miałeś największy problem?
Większych problemów nie było. Bardzo ważną osobą w procesie pisania nowych tekstów był produkujący album Bartek. Niektóre piosenki miały alternatywne wersje tekstowe i wyglądało to tak, że kiedy przynosiłem te teksty do studia, to w trakcie prac Bartek czasami mówił: „nie wiem czy to jest to, może zbyt wiele tematów naraz, tego nikt nie zrozumie,”. I oczywiście to były dla mnie trudne momenty, za każdym razem. Ale ufałem mu i faktycznie jeżeli takie uwagi się pojawiały to często szedłem za nimi, zaczynając znowu od zera, od szukania tematu. I to było chyba najtrudniejsze. Bo jak już jest dobry pomysł, to wtedy można się bawić słowem i tworzyć historię. Samo zlokalizowanie historii nie było jednak łatwe. Niektóre piosenki poszły dość łatwo – jak „Małomiasteczkowy”, „Dżins” czy „Nie ma fal” – bo były to numery zbudowane na tym, co brałem ze swojego życia. Ale to jest dość niebezpieczny system pisania tekstów – że musisz dopiero przeżyć coś konkretnego, żeby potem o tym napisać. Choć w moim przypadku jednocześnie bardzo skuteczny. Jest na przykład na nowej płycie utwór „Matylda”, którego by nie było, gdyby akurat coś się w moim życiu nie wydarzyło…
Co takiego?
Kiedyś Bartek przysłał mi nagrany przez siebie na dyktafon fragment utworu, do którego strasznie długo szukaliśmy refrenu, i w tym fragmencie podśpiewywał coś, co na moje ucho brzmiało jak: „It’s been love, it’s been love”. I ja od razu wiedziałem, że to jest Matylda! Ta Matylda! Bartek był na początku dosyć sceptyczny, mówił: „Dawid, co ty wygadujesz?! Przecież zwrotki są o czymś innym, jaka Matylda? Nikt tego nie zrozumie!”. (śmiech) Ale postawiłem na swoim, zwrotki i refren udało mi się ostatecznie jakoś połączyć i wydaje mi się, że ma to sens.
A musisz wiedzieć, że jestem totalnym maniakiem filmów i seriali, a Natalie Portman, czyli Matylda z „Leona zawodowca” skradła mi serce już dawno. Jestem fanem silnych kobiet i grana przez nią postać zawsze mi imponowała. Czułem, że w utworze, w którym mówię trochę o mojej codzienności, ale w jakiś taki bardziej poetycki sposób mam nadzieję, odniesienie się do siły 12-letniej dziewczynki, która towarzyszy płatnemu zabójcy, będzie interesujące.

9 min

Dawid Podsiadło: "Matylda" i sesja akustyczna w górach

Zobacz film z wyjątkowej sesji Dawida Podsiadło w górach

Jest więcej filmowych, lub innych popkulturowych, ukrytych bohaterów na tej płycie? Na każdej poprzedniej też puszczałeś oko do fanów gier czy filmów.
Tak, tytuły dwóch poprzednich albumów wziąłem z serii japońskich gier Final Fantasy. Na poprzedniej płycie był też „Forest”, myślę, że wiadomo o co chodzi, było też odniesienie do „Zagubionej dziewczyny” – filmu Davida Finchera. A na nowej? W utworze „Lis” jest na przykład ukłon w stronę utworu „Unchained Melody”, który bardzo lubię. Nawiązuję też do „Gwiezdnych Wojen” – co prawda można to odniesienie interpretować dwuznacznie, ale również jako bezpośrednie odniesienie do filmowej sagi i jej przyszłości. Bo jej kolejne części nie będą więcej oglądane w tym towarzystwie, o którym śpiewam.
Wspomniałeś wcześniej, że chciałbyś, by ludzie słuchali całej płyty, nie tylko singli. Starałeś się może zamknąć ją jakąś klamrą?
Nie. Miałem nawet dzisiaj z Maćkiem, moim menedżerem, rozmowę o tym, czy do książeczki przy płycie wrzucić jakąś notatkę w stylu: „gdybyście zapytali mnie co u mnie słychać, to mogę Wam po prostu puścić ten album.” Bo rzeczywiście są na niej historie, których doświadczyłem prawdopodobnie w ciągu ostatnich dwóch lat i może powinienem zaznaczyć, że ta płyta je podsumowuje. Ale ostatecznie uznałem , że nie ma sensu tego robić. Że wszystko jest w tych piosenkach i każdy powinien odebrać je na swój sposób. To na pewno nie jest koncept album. Są za to piosenki o relacjach damsko-męskich, są też odniesienia do kwestii popularności i tego, z czym na co dzień muszę się mierzyć.
Skoro nie w tekstach, to może ta klamra jest w muzyce? Przy okazji premiery „Małomiasteczkowego” mówiłeś, że chcesz robić „muzykę, która poruszy do tańca i do zabawy”.
Bardzo lubię taniec i zabawę, ale nie do końca o to chodziło. Są na nowej płycie co prawda momenty, w których można tańczyć i będę do tego oczywiście zachęcał na swoich koncertach, ale to nie jest taneczny album. Znajdziesz tam też wolne, hiphopowe wręcz bity, do których co najwyżej możesz się pobujać. „Małomiasteczkowy” na pewno jest najbardziej tanecznym utworem i ta adnotacja z „tańcem i zabawą” odnosi się raczej do niego. Na poziomie aranżacji i instrumentarium jest jednak sporo współczesnej mody i wydaje mi się, że to, co wspólnie z Bartkiem zrobiliśmy jest świeże i leży blisko zachodnich produkcji. Ale ostatecznie nie jest to tak taneczne, jak myślałem, że będzie.
Dawid Podsiadło

Dawid Podsiadło

© Jacek Kołodziejski / Sony Music

Ten hip-hop, wolne bity – to był twój pomysł?
Bartka. Mieliśmy w ogóle jasny podział pracy. On zajmował się w ogromnej części muzyką, a ja pisałem głównie teksty. Na tej płycie jestem bardziej tekściarzem niż muzykiem. No i wokalistą. Ale tak jak Bartek miał wpływ na moje teksty, tak i ja współtworzyłem i kształtowałem jego pomysły muzyczne. Każdy numer przechodził wiele różnych zmian i rzadko kiedy dany utwór kończył się na wersji o numerze 6. Były wersje numer 7, nawet 8. „Małomiasteczkowy” na przykład był na początku zupełnie innym utworem, dużo wolniejszym, bardziej folkowym, a „Blues”, który teraz w ogóle nazywa się „Nie kłami” – w pierwszych wersjach był utrzymany w klimatach r’n’b, jakiejś dyskotekowej Kylie Minogue, a skończył na for wokalu i fortepianie… Sporo się działo po drodze, ale to jednak Bartek kształtował nowe utwory. On miał na nie największy muzyczny wpływ.
Myślałem, że te hiphopowe flirty to bardziej zasługa twoich ostatnich gościnnych występów. Na przykład z Taconafide, albo Bitaminą.
Wiesz za co najbardziej uwielbiam współpracę z innymi artystami? Że to jednak jest zupełnie inne od tego, co sam robię. Dlatego nie chciałbym na swojej płycie brzmieć jak u innych. Im dalej jest coś ode mnie, tym jest to dla mnie ciekawsze. Stąd te chociażby wymienione przez ciebie projekty, w których wziąłem udział. Podoba mi się w nich to, że przychodzę i modyfikuję coś, co wymyślił i stworzył ktoś inny. Ktoś, kto ma swoją wizję, a ja muszę się do tego dopasować. Tak było na przykład z „Tamagotchi” Taconafide – wymyśliłem co prawda historię, ale to Filip [Szcześniak, czyli Taco Hemingway – przyp. red] napisał ten tekst. Dopasowując go do mojej jakże skomplikowanej melodii. Mówiłem Filipowi: „tylko nie każ mi rapować, błagam cię. Lepiej będzie, jak jednak zaśpiewam”. A on: „no dobra, wysyłam ci bit, posłuchaj, coś tam do tego zaśpiewaj, a ja ci potem napiszę, co trzeba”. I tak też zrobiłem. Po czym Filip stwierdził: „no, dobre, dobre! Inspirujące… Już wiem co tu napisać”. I wysłał właściwy tekst. Ja bardzo Filipa lubię, szanuję i jaram się każdym jego wydawnictwem, a kiedy usłyszałem „Tamagotchi” po raz pierwszy od razu wiedziałem, co to jest za numer! Bardzo się cieszę, że mogłem w nim zaśpiewać.
Przy okazji premiery „Małomiasteczkowego” mówiłeś jeszcze, że „dużo ryzykujesz tą produkcją”. Miałeś na myśli ten swój zdecydowany skok na pop i mainstream?
Nie, ja pop przecież uwielbiam, uwielbiam piosenki. Ale te dobre. Mam dryg, żeby je pisać, żeby były przyjemne. Sam też szukam tego w muzyce – szukam melodii i piosenek. Najbardziej na świecie uwielbiam też je robić. Ale bałem się chyba… Wiesz, niezależnie od tego, z którego miejsca startujesz i gdzie jesteś ze swoja karierą, z każdym kolejnym materiałem wystawiasz się na próbę i zastanawiasz, czy ludziom się to spodoba. Halo, dzień dobry, pytam? Ja przynajmniej tak mam, że lubię być częstowany lukrem i słyszeć, że coś super wyszło. To bardzo przyjemne. Ryzyko też się wiązało z językiem polskim. Czy te historie trafią do ludzi, czy bedą chcieli ich słuchać, przeżywać i je polecać. To też dla mnie ważne.
Mam jednak wrażenie, że zrobiliśmy wszystko, żeby to było bardzo dobre. Mimo napiętej koncówki w studiu, zostało nam jeszcze trochę czasu, na ewentualne poprawki, ale czuliśmy z Bartkiem, że nie są nam one potrzebne, że jesteśmy w miejscu, w którym niczego nie chcemy już zmieniać.