Jeszcze kilka lat temu jeździł na zawody driftingowe jako zwykły kibic, a dzisiaj rywalizuje jak równy z równym z dawnymi idolami. A pod względem zasięgów w internecie zostawia ich daleko w tyle. Z Pawłem Groszem rozmawiamy o tym, jak to jest przesiąść się z krzesełka na trybunach do profesjonalnego auta do driftu. Autor vloga Drift Patriot opowiada też o grubym dzwonie, który wyłączył go z gry w trakcie ostatniej rundy Drift Masters European Championship oraz o katowickich zawodach Red Bull Car Park Drift, w których zajął drugie miejsce. I zdradza, co jest jego zdaniem kluczem do sukcesu w widoblogowaniu. Przeczytaj rozmowę z jednym z najpopularniejszych kierowców driftingowych w Polsce.
Kacper Nowogrodzki: Co z Subaru?
Paweł Grosz: Auto jest rozebrane do gołej karoserii i jest na podobnym etapie wizualnym jakbyśmy zaczynali jego budowę od początku. Będzie konieczna wymiana przedniej prawej ćwiartki. Po konsultacjach ze specjalistami oraz firmą Ireco (która budowała klatkę bezpieczeństwa) ustaliliśmy, że taka naprawa będzie zgodna ze sztuką. Na szczęście uderzenie nie było tak mocne, by była potrzebna nowa karoseria. Muszę załatwić części – przednią ćwiartkę oraz całe przednie zawieszenie. Tylny wózek też lekko ucierpiał, więc również chcę załatwić nowy, żeby mieć pewność, że wszystkie elementy mocujące zawieszenie są w odpowiednich miejscach. Do tego również elementy estetyczne typu nowy błotnik, szyba czołowa itp. Trochę tego jest…
Czyli motor działa?
Tak, motor jest bez najmniejszego zadraśnięcia.Główna siła uderzenia poszła na przednie prawe koło, które zostało wyrwane. Nawet prawa podłużnica jest cała, więc motor też jest w pełni sprawny.
Nadwozie przetrwało, ale i tak składacie samochód na nowo?
Zgadza się. Już przed zawodami w Łodzi mieliśmy plan żeby po powrocie rozebrać samochód do gołej blachy, by odświeżyć go po sezonie i przy okazji zrobić parę modyfikacji. Wiadomo – im więcej się jeździ, tym więcej jest rzeczy, które można poprawić i dostosować do siebie. Teraz doszła nam jeszcze jedna, duża praca.
Powiesz coś więcej o tych zmianach?
Chcemy się skupić przede wszystkim na rozkładzie masy. Przerobimy też częściowo tylne zawieszenie. Dodatkowo mamy w planach parę rozwiązań, dzięki którym powinno udać nam się zdjąć kilka kilo z auta. A jak dobrze wiemy – masa wrogiem przyspieszenia.
Wróćmy do zawieszenia…
Jest plan, żeby przerobić mocowanie tylnego dyferencjału – Winteresa. Głównie dlatego, żeby był zamontowany wyżej. Dzięki temu będziemy mogli bardziej obniżyć auto z tyłu. Dyferencjał generalnie jest aktualnie najniższą częścią Subaru. Po zmianach będziemy mogli zejść z wysokością auta z tyłu, tak, aby dyfer nie szorował po asfalcie. Z racji tego, że nie jest to rzecz tania, chcemy ją chronić. W tym sezonie Wintersy były jeszcze po 15 tys. złotych, a teraz kosztują po 22 tys. Przez zmianę kursu dolara, cena Wintersa wzrosła o 7 tyś zł. Szkoda byłoby go uszkodzić…
Moje pierwsze spotkanie z poślizgiem było pewnej zimy, kiedy miałem seryjne BMW E30 z silnikiem 1.6. Mając takie auto w zimę, ciężko jest, żeby tyłek nie poszedł bokiem.
A jakie masz plany z tym balansem?
To jeszcze wyjdzie w praniu. Wysokością auta można też regulować jego balans. Zobaczymy, o ile centymetrów uda nam się podnieść dyferencjał i obniżyć tył samochodu. Generalnie chcemy zbliżyć się do rozkładu masy 50/50.
Będziecie też walczyć o większą trakcję?
Tak, wiem, że w tej kwestii mamy jeszcze pole do popisu. Samo ustawienie zawieszenia ma duży wpływ na przyczepność, a dodatkowo w tym sezonie zacząłem jeździć na nowych oponach od Toyo Tires. Początek jest naprawdę obiecujący, ale jeszcze trochę pracy przed nami żeby wypracować odpowiednie ustawienia na różne trasy i warunki pogodowe.
Kiedy rozmawialiśmy zaraz po wypadku w Łodzi, mówiłeś, że musisz przeanalizować wszystko na spokojnie. I jak, wiesz coś więcej?
Tak, wiem wszystko, co chciałem wiedzieć (śmiech)… Daje mi to trochę spokoju, bo najgorsze, co może być – i to chyba dla każdego z nas – to gdy nie wiemy, dlaczego coś się wydarzyło. Wracając do wypadku, w drugim przejeździe kwalifikacyjnym zainicjowałem bardziej zachowawczo niż w pierwszym przejeździe, co spowodowało zahaczenie bandy. To taki paradoks, ale już tłumaczę, o co chodzi: na trasie w Łodzi sędziowie wymagali, by już w momencie inicjacji jechać tyłem auta po ścianie. Dzięki temu idealnie możemy wypełnić pierwszy łuk trasy. Z racji, że wszedłem w trasę zachowawczo, automatycznie odsunąłem się od ściany na jej początku, co spowodowało, że nie byłem w prawidłowej linii przejazdu. Zacząłem się zbliżać do ściany w późniejszej części zakrętu. Obrałem złą linię przejazdu, przez co zacząłem wyjeżdżać poza tor. A ponieważ tam była ściana, to nie było miejsca na korektę. Więc zahaczyłem tyłem auta, a później uderzył przodem.
Był to błąd, z którego już wyciągnąłem cenną lekcję.
To był chyba Twój największy wypadek w karierze? Jak to na Ciebie wpłynęło?
Tak, zdecydowanie. Auto mocno oberwało. Było to mocne wydarzenie również pod względem mentalnym... Mistrzostwa Europy to mój cel do którego dążę już od paru lat. W zeszłym roku skończyłem budowę nowego auta, żeby właśnie jeździć w tej lidze, konkurencyjnym sprzętem. A teraz zatrzymałem się na ścianie. Dosłownie i w przenośni. Wiadomo, w takich momentach rodzą się skrajne myśli. Aczkolwiek z perspektywy czasu wiem, że ten crash dał mi więcej niż jakikolwiek inny wynik na zawodach. Uczę się na błędach. Wrócę silniejszy.
Miałeś poczucie, że będziesz miał problem, żeby znowu wyjechać na tor?
Nie, zdecydowanie nie. Dzięki analizie jazdy po zawodach upewniłem się że to nie kwestia tego, że nie umiem jeździć. Na treningach pokazałem co potrafię – jeździłem powtarzalnie przy ścianach, miałem porysowane zderzaki od betonów, a po za tym auto było cały czas całe. Dało mi to pewność, że jednak wszystko idzie w dobrą stronę i szybko się adaptuję. Jest jeszcze nad czym pracować, ale bez grania w grę nie nauczymy się w nią grać. Z chęcią wsiadłbym już w auto i jeździł. Zdecydowanie mam jeszcze większą motywację i głód jazdy.
Skoro wspomniałeś o Drift Masters, to zadam Ci pytanie, które zadałem ostatnio też Piotrowi Więckowi – czy Twoim zdaniem Drift Masters to obecnie najlepsza liga driftingowa na świecie?
Organizacja i podejście ligi jak i włodarzy jest na światowym poziomie. Dodatkowo są w niej jedni z najlepszych kierowców świata, a uważam, że w dużej mierze to również kierowcy tworzą ligę. Klasę zawodników było widać na treningach w Łodzi, gdzie jeszcze nie walczyli o żadne pozycję, a jeździli dosłownie po bandach dodatkowo w bardzo bliskich parach. Coś pięknego dla oka.
Wypadek w Łodzi z pewnością zmienił Twoje spojrzenie na ten sezon. Ale przed finałową rundą DMEC, zaraz po zawodach Red Bull Car Park Drift w Katowicach, było widać, że świetnie dogadujesz się z autem. Zresztą zgarnąłeś tem puchar za drugie miejsce. Jak wspominasz tamtą imprezę?
Bardzo dobrze. Świetny format. W normalnych zawodach typu Drift Masters na głównym etapie konkuruje ze sobą bezpośrednio kierowca z kierowcą. A w Red Bull Car Park Drift cały czas tak naprawdę walczymy sami ze sobą. Chodzi o to, żeby mieć lepszy wynik niż wcześniej. Konkurencyjność aut nie ma tak dużego znaczenia, bo jedziemy sami. Więc można powiedzieć, że wszystko bardziej zależy od umiejętności kierowcy. To jest fajne, bo automatycznie sam musisz więcej wymagać od siebie. I wszystko jest zależne tylko od ciebie, a nie też od osoby, która jedzie przed lub za tobą w parze, jak na typowych zawodach driftingowych.
5 min
Red Bull Car Park Drift: Przejazdy Top 4 z Katowic! - video
Sprawdź finałowe przejazdy Piotra Kozłowskiego, Kuby Przygońskiego, Pawła Grosza i Piotra Więcka podczas Red Bull Car Park Drift Katowice.
A czy w jakiś sposób zaskoczyła Cię ta impreza? Czego spodziewałeś się przed przyjazdem do Katowic?
Na pewno odległości między przeszkodami. Myślałem, że poszczególne przeszkody będą bliżej siebie, że ten tor będzie bardziej kompaktowy. Jednak to nie przeszkadzało w tym, by płynnie wszystko połączyć, utrzymując dobrą prędkość. Fajne było to, że w Boxach (czyli tej przeszkodzie z beczką na środku i separatorami na około) auto mieściło się bokiem na styk. Trzeba było tam wjechać dużą prędkością, bez demolki, co było dużym wyzwaniem. Dodatkowo na późniejszym etapie zawodów pojawiła się Spirala, nowa przeszkoda, której nikt wcześniej nie pokonywał. Można było spojrzeć, kto jak szybko adaptuje się do toru. To było ciekawe zjawisko.
Twórcy Red Bull Car Park Drift tłumaczą, że formuła jazdy solo powstała właśnie po to, by ułatwić rywalizację mniej doświadczonym kierowcom w słabszych autach. Czy uważasz, że to faktycznie dobra impreza, by zadebiutować w drifcie przed publicznością i przed oczami sędziów?
Zdecydowanie. Gdybym był na początku kariery sportowej i czułbym się na siłach, by konkurować, to na pewno chciałbym taką imprezę zaliczyć. Czymś, do czego początkujący nie mają dostępu na starcie, to wzięcie udziału w zawodach i obciążenie siebie psychicznie. Pierwsze starty zawsze wiążą się z dużą presją, co automatycznie wpływa na jazdę. Red Bull Car Park Drift zachęca też tym, że ciężko jest mocno uszkodzić auto. Przeszkody są albo z plastikowych separatorów, albo z beczek.
Jak przygotowywałeś się do tej imprezy? Jakoś inaczej niż do typowych zawodów driftingowych?
Zrobiłem trening u siebie na Pancie (Panta to firma zajmująca się kasacją pojazdów – przyp. red.). Moja historia związana z driftem wywodzi się częściowo właśnie ze złomowiska. Mam do dyspozycji mały placyk, ale wystarczająco duży, żeby zakręcić bączka lub zrobić ósemkę, jest też jeden mały zakręt. Czasami z nudów i chęci wymuszenia linii przejazdu, ustawiałem tor z aut i przejeżdżając bokiem zamykałem tyłem swojego auta otwarte drzwi innych aut. Taki challange (śmiech). Na pewno to pomogło mi dobrze pojechać w Red Bull Car Park Drift. Jak na spokojnie przeglądałem zawody w Katowicach, to ani razu nie przestawiłem plastikowego separatora, jedynie potrącałem beczkę. Byłem jednym z niewielu kierowców, jeśli nie jedynym, który ani razu nie zahaczył przeszkody tyłem auta. Tak zaowocował ten mój background ze złomowca.
Czyli ćwiczenia na złomowisku?
Tak, mamy rodzinną firmę zajmującą się kasacją pojazdów.
A jak to się stało, że zainteresowałeś się driftem?
Moje pierwsze spotkanie z poślizgiem było pewnej zimy, kiedy miałem seryjne BMW E30 z silnikiem 1.6. Mając takie auto w zimę, ciężko jest, żeby tyłek nie poszedł bokiem. A jak już poszedł bokiem, to pomyślałem “Kurde, ale fajne, chcę więcej!”. I chyba tego samego dnia, w którym kupiłem to auto, spędziłem całą noc na ośnieżonym parkingu. Tylko jeździłem na stację paliw, żeby dolewać paliwa. Po prostu bawiłem się autem, a ono dało mi dużo frajdy. Jak skończyła się zima, to sprzedałem BMW, bo nie było jak jeździć. Ale gdy znowu przyszła zima, to kupiłem kolejne E30, żeby polatać na śniegu. Wtedy nie myślałem, żeby być kierowcą sportowym. To było tylko coś, co dawało frajdę z jazdy. Ale jak zima się skończyła, to byłem na tyle rozochocony, że chciałem spróbować na suchym. Znajomy poznał mnie z Łukaszem Tasiemskim. Łukasz to mój dobry kolega (też brał udział w zawodach Red Bull Car Park Drift). I to on mnie wkręcił w bardziej profesjonalny drift. No i tak przepadłem.
Który to był rok, kiedy kupiłeś tę pierwszą Beemkę?
To był chyba 2012 rok.
A kiedy wystartowałeś w swoich pierwszych zawodach?
W pierwszych zawodach wystartowałem w 2016 roku w Drift Masters w Poznaniu. W ramach drivers search (naboru zawodników – przyp. red.) dostałem dziką kartę na zawody.
Czekaj, czekaj – to nie miałeś doświadczenia w innych zawodach i od razu startowałeś Mastersach? Wiadomo, to były jeszcze inne czasy, ale mimo wszystko…
Tak, pierwsze poważne zawody pojechałem tam. Miałem wtedy BMW E30, czyli “Dzika”. Pojechałem do Poznania, bo bardzo podobał mi się ten tor, bardzo chciałem na nim pojeździć. Tam w zasadzie nie było treningów, tylko zawody, ale była opcja, by pojeździć w ramach drivers searach, więc każdy mógł spróbować. Tak wyszło, że zostałem dopuszczony do jazdy następnego dnia. I to mi rozwaliło banię, bo w swoich pierwszych zawodach zająłem 10. miejsce w kwalifikacjach. W ogóle się tego nie spodziewałem, myślałem, że odpadnę na starcie. A jeździłem z ludźmi, którzy byli wtedy moimi idolami. To było niesamowite uczucie. Aż się miło robi, jak o tym myślę.
Red Bull Car Park Drift
Piekielnie mocne maszyny, mnóstwo adrenaliny i ogień na torze: Zobacz driftingowe starcie amatorów z zawodowcami!
No właśnie, poznałeś ten świat z dwóch stron – kiedyś kibicowałeś znanym polskim drifterom, teraz z tymi samymi ludźmi rywalizujesz w parach jak równy z równym. Jakie to uczucie?
Jak to jest przejść z roli kibica do roli kierowcy? To świetne uczucie. Ale to się nie wydarzyło przez przypadek – kosztowało dużo pracy i wyrzeczeń. Możliwość pojechania pary z zawodnikiem, którego się kiedyś obserwowało, jest bardzo emocjonująca. Ale w takim momencie musisz się totalnie skupić. To jest taki miks: z jednej strony się jarasz, z drugiej nie możesz się jarać, bo musisz się skupić. Ale z czasem poznajesz ludzi, zaczynasz z nimi rozmawiać i patrzysz na nich już z innej perspektywy, jak na kolegów.
Masz takie najlepsze wspomnienie drifingowe, które od razu przychodzi Ci do głowy?
Zdecydowanie. Takim momentem jest pierwsza runda sezonu Drift Open w 2017 roku. Zawody w Toruniu, w których pokazałem bardzo dobrą jazdę w parach. To dużo dla mnie znaczyło. Szczególnie po 2016 roku i pierwszym sezonie, w którym przegrywałem wszystkie pojedynki. Mój warsztat był wtedy za słaby jeśli chodzi o jazdę w parach. W zimę mocno się zawziąłem, żeby wrócić mocniejszym. No i właśnie w Toruniu to się stało. W finale spotkałem się z Pawłem Korpulińskim. Mieliśmy aż dwie dogrywki, po których wygrałem. Była to dla mnie wielka nagroda za trening między sezonami. Pierwsze pudło w karierze, pierwsze miejsce i jeszcze nagroda z najlepszą parę. Kulminacja. To było… oj, to było piękne!
A dzisiaj jakie jest Twoje największe marzenie związane z driftem?
Mam dwa cele. Pierwszy to pojechać cały cykl Drift Masters European Championship. A drugi, ten ważniejszy, to zdobycie podium właśnie w zawodach Drift Masters. To dla mnie najbardziej mierzalny efekt pracy. W Drift Masters poziom jest tak wysoki, że osiągnięcie takiego wyniku nie może być przypadkiem. Trzeba jeździć bardzo dobrze, mieć bardzo dobrze przygotowany zespół i być mocnym mentalnie. Tu każdy przyjeżdża, by wygrać i każdy chce ci to zwycięstwo zabrać. To nie jest łatwe zadanie, ale ja lubię trudne zadania.
Jak zmienił się drifting od momentu, kiedy zaczynałeś?
Oj dość mocno. Kiedyś myślałem, że wystarczy dobrze jeździć. Ale to już nie te czasy. Drift jest teraz bardzo rozwinięty pod względem technicznym. Auta zrobiły się po prostu szybkie. Na początku był wyścig o moc, a teraz jest wyścig o trakcję. Samochody zrobiły się agresywne, tył potrafi szybko złapać przyczepność, przez co można łatwo zrobić korektę lub odprostować. Poziom trudności jazdy w poślizgu automatycznie wzrósł. Oczywiście można mieć mocne i szybkie auto, ale trzeba nauczyć się nim jeździć, a to wymaga treningu i budżetu.
Paweł Grosz, Piotr Więcek, Kuba Przygoński - podium w Katowicach
© Jacek Jabłoński / Red Bull Content Pool
Pogadajmy jeszcze o Twoim kanale na YouTubie. Pod tym względem w polskim drificie nie masz sobie równych. Zresztą nie tylko w Polsce, bo nawet James Deane ma znacznie mniej obserwujących niż Ty. Skąd ten zapał do tworzenia wideo?
Kręci mnie ten sport i chcę się nim dzielić z innymi automaniakami. To dla mnie również taka mała pamiątka, dzięki której mogę też promować drifting. Dzięki kanałowi Drift Patriot dużo osób ma dostęp do konkretnej wiedzy i może zobaczyć jak wygląda motorsport od kuchni. Uważam też, że taka aktywność to jeden z ważnych elementów bycia sportowcem w aktualnych czasach. Już na początku przygody z driftem wiedziałem, że z czasem to może zaprocentować. A ponieważ mam takie podejście, że zawsze staram się robić wszystko najlepiej, jak potrafię, to się na tym się skupiłem.
To był Twój pomysł, żeby ruszyć z vlogami, czy ktoś Cię namówił?
To był wspólny pomysł z moją starą ekipą. Na początku tworzenia kanału, przez cały 2016 rok, wrzucaliśmy materiały z imprez, które trwały ok. trzy minuty. Same migawki i tyle. Dopiero później weszliśmy z nowym formatem, z serią Drift Life, w której zaczęliśmy pokazywać wszystko od zaplecza.
Czyli zaczęliście tworzyć takie reportaże?
Tak, dokładnie, pokazywaliśmy, jak pracujemy przy aucie w garażu, jak trenujemy – zabraliśmy się za takie poboczne tematy, które są związane z driftem. To strasznie zażarło. Przy małym kanale nagle zaczęły się robić wyświetlenia po 100-200 tys.
Co jest Twoim zdaniem kluczem w tworzeniu takiego kanału?
Kluczem jest na z pewnością ciekawy pomysł, coś czego jeszcze nie ma w internecie. Długofalowo na pewno też bycie autentycznym i nie udawanie kogoś innego. Myślę, że to się zawsze obroni. Oczywiście niektórzy mają większe predyspozycje do rozmawiania do kamery, a niektórzy mniejsze. Ale wszystko można do jakiegoś punktu wypracować. Ważne jest samo nastawienie. Jak coś cię nie kręci, to bez sensu to robić. Lepiej zająć się czymś innym…
Czyli jak z każdą pasją…
Tak, dokładnie. Tu nie ma jakiejś tajemnej wiedzy.. Jak ktoś jest kreatywny, ma fajne pomysły, wie, że jest coś, czego nie ma jeszcze w internecie lub innej dziedzinie życia, to na pewno warto spróbować. Chociażby dlatego, by sprawdzić, czy wyszło. Najgorzej w życiu jest nie spróbować.
Jak powstał Twój pseudonim – Drift Patriot?
Drift Patriot to dla mnie bardziej społeczność niż ja sam. Społeczność ludzi zafascynowanych driftem, której mam okazję pokazać trochę jasnych i ciemnych stron tego sportu. Wracając do nazwy - miałem kiedyś projekcik związany z driftem, którego skrót brzmiał DP. Było gotowe logo, ale stwierdziłem, że idę w inną stronę. Zostało logo z dwiema literami. Zacząłem myśleć: “D to wiadomo Drift, ale co z tym P…?” I tak przez dwa czy trzy miesiące głowiłem się, od czego może być to P. Pewnego razu wziąłem słownik i znalazłem słowo patriotyzm. Stwierdziłem, że taki driftingowy patriotyzm to jest to co chce pokazywać. Dobrze się to wymawia, fajnie brzmi. Więc stanęło na Drift Patriot.
Około 80 tys. obserwujących na Facebooku i Instagramie, ponad 200 tys. subów na YouTubie. To właśnie przez YouTuba najwięcej osób dowiaduje się o Tobie i zaczyna Cię obserwować?
Tak. YouTube jest sam w sobie najbardziej angażujący i łączący twórcę z widzem. To nie jest post, który widzimy przez pięć sekund, klikniemy serduszko i scrollujemy dalej. Na YouTubie, nawet jeżeli to jest film, który ma 10 minut, to Ty przez 10 minut jesteś z twórcą face to face albo chociaż słuchasz jego głosu. To buduje relację. I według mnie jest więcej warte niż szybki post.
Zanim dotrzemy do mety ostatnie pytanie – co dalej, jakie są Twoje plany na kolejny sezon?
Najbliższy plan to odbudować auto i przerobić je pod kątem naszych oczekiwań. Następnie będą oczywiście testy. A plan na następny rok, to pojechać cały sezon Drift Masters. Czuję, że to jest po prostu ten moment. Chcę się na tym celu skupić. Wiem, że mam jeszcze parę rzeczy do poprawy, ale żeby być najlepszym, trzeba jeździć z najlepszymi. Cały cykl mistrzostw Europy to spore wyzwanie finansowe i logistyczne, jednak zdecydowanie wartościowe. Mam ze sobą świetnych ludzi, z którymi wiem, że wspólnymi siłami możemy zrobić coś, czego jeszcze nie było.
I tego Ci życzymy!