Muzyka
Wywiad: Wojtek Mazolewski
Rozmowa o wolności w życiu i muzyce, o punk rocku, jazzie i elektronice – i o strzelaniu w niebo.
Autor Jarek Szubrycht
Dowiedz się więcej

Red Bull Music Academy Weekender Warsaw 2016

PolandBarKa, Warszawa, Poland
Wojtek Mazolewski
Wojtek Mazolewski
Zacznijmy od koncertu, który przygotowujesz na zamknięcie tegorocznej edycji Red Bull Music Academy Weekender Warsaw i który odbędzie się 22 maja w Teatrze Studio. Wiąże się on z twoim jubileuszem – 30 lat na scenie. Naprawdę 30? To wydaje się niemożliwe…
Mój umysł podpowiada mi, że wszystko jest możliwe. (śmiech) Już 30 lat uprawiam czynnie muzykę. Pierwszy raz stanąłem na scenie w wieku 10 lat, na festiwalu Rock Na Zaspie w 1986 roku, z zespołem Iwan Groźny – zachowały się nagrania i dokumentacja fotograficzna z tego występu. Wzbraniam się przed traktowaniem tego w kategoriach jubileuszu, ale mam ochotę celebrować ten rok w szczególny sposób. Chcę więc tworzyć nowe rzeczy, które w jakiś sposób będą się wiązały z moim życiorysem i z historią muzyki, która mnie porusza.
Trójmiasto w latach 80. kipiało twórczą energią, której owocami możemy się cieszyć do dzisiaj. Na czym polegał ten wasz genius loci?
Nie jestem socjologiem, więc ciężko mi kompetentnie odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Ludzie kultury i sztuki, zadają je sobie od dawna. Nie wiem, co było kołem zamachowym energii tego miejsca, ale siła oddziaływania tamtych środowisk była rzeczywiście mocna i jej konsekwencje obserwujemy do dziś. W naszym lokalnym życiu społeczno-kulturalnym zbiegło się wtedy kilka ważnych wątków. Tu działała Solidarność, powstawała Trójmiejska Scena Alternatywna, pojawił się Totart, Teatr Ekspresji… W jednym miejscu i czasie, na wielu poziomach, pojawiło się bardzo wiele kreatywnych postaci – aktorzy, malarze, performerzy, politycy, robotnicy, muzycy… Wszyscy chcieli stworzyć lepszą muzykę, sztuki, obrazy, taniec. Lepszy świat! Nie mogliśmy wtedy wyjeżdżać za granicę, niczego innego nie znaliśmy, więc rywalizowaliśmy ze sobą – ja obserwowałem i nasiąkałem tą atmosferą. Od najmłodszych lat byłem świadkiem, a później uczestnikiem tych wydarzeń. Miałem szczęście, i do dzisiaj czerpię z tej studni dobrodziejstw. Marzę zresztą o nawiązaniu do tamtych czasów, o przygotowaniu albumu, w formie zbliżonej do takich popularnych w latach 80. zeszytów, na przykład o TSA. Z niebieskimi i białymi logotypami na czarnym tle…
Pamiętam, oczywiście.
I na tym właśnie się wychowałem! Z punkowych fanzinów i z takich zeszytów czerpałem wiedzę o muzyce. Swoją drogą, gdyby nie moja fascynacja TSA, gdyby nie to zdjęcie Machela i Nowaka, półnagich, w krótkich spodniach, stojących na ugiętych nogach, w białych trampkach - okładka płyty „Punk Freud” wyglądałaby zupełnie inaczej. Chciałem wtedy połączyć swoją fascynację współczesną grafiką, bardzo czystą, wykorzystywaną chociażby przez takie wytwórnie jak Rune Grammofon, z elementem graficznym kojarzącym się z punkiem. Wiedziałem, że ma to być białe, przejrzyste i zawierać coś, co symbolizuje punk rocka. Jako pierwszy przyszedł mi do głowy irokez, ale to przecież zbyt łatwe. Podeszwa martensa? Było. Glany? Były. Może kogut? A może opona z grubym bieżnikiem, skoro nie podeszwa? Kilka tygodni chodziłem z tym problemem, aż któregoś dnia w pociągu mnie olśniło – Machel… Nowak… trampki!
Znam ludzi, którzy nie słuchają jazzu, którzy – mam wrażenie – trochę się jazzu boją, ale płyt Pink Freud czy „Polki” jak najbardziej. Może dlatego, że wysyłasz im tego rodzaju, znane im chociażby ze świata rocka, sygnały?
Nie kategoryzuję w ten sposób swojej publiczności. Wychowałem się na polskich festiwalach muzycznych, na Jarocinie, Brodnicy, pierwszym Przystanku Woodstock, organizowanym jeszcze w Żarnowcu – i najbardziej podobało mi się w nich to, że mógł tam przyjechać każdy, że liczyła się miłość do muzyki, poczucie wspólnoty i wolności. Tam zrozumiałem, że nie ma żadnych podziałów. Być może również dlatego, że pierwszym koncertem, jaki zobaczyłem w Jarocinie, był koncert jazzowy.
Musiałeś mieć sporo szczęścia.
(śmiech) Tak, miałem szczęście! Nie wiem czy kiedykolwiek zostało to powtórzone, ale mam nadzieję, że mi to będzie dane. Marzę o tym, żeby pojechać do Jarocina, zagrać tam i rozp***dolić tę scenę! (śmiech) Przyjechaliśmy wtedy do Jarocina wczesnym popołudniem, przeszliśmy przez park i od razu popędziliśmy z kumplem pod Małą Scenę, bo strasznie chcieliśmy zobaczyć, co się tam dzieje. Trafiliśmy na koncert zespołu, który przyjechał z Belgii czy Holandii, którego nazwy nie pamiętam. Na scenie stało kilkanaście osób i co chwila jedna z nich wychodziła naprzód i dyrygowała resztą, komunikując się z zespołem w sposób podobny do tego, jak wiele lat później kierował nami John Zorn podczas projektu „Cobra”. Grali bardzo mocny, intensywny brzmieniowo, improwizowany jazz. Ludzie odbierali to bardzo pozytywnie, nie było głosów sprzeciwu, bo to chyba już były czasy, kiedy w Jarocinie w muzyków niczym się nie rzucało. A wieczorem były koncerty Dżemu, Kultu, Republiki, Izraela - połączenie różnych gatunków. Do tego dochodziły nocne rozmowy o sztuce, życiu, ideach…
Wojtek Mazolewski
Wojtek Mazolewski
Piękny obraz nam tu odmalowałeś.
Ten, z którego korzystam. Bo oczywiście różnie bywało.
Otóż to. Umiłowanie wolności nie przeszkadzało nam wtedy w sekciarskim odbiorze muzyki, w deklarowaniu przynależności do konkretnej muzycznej subkultury.
Podziały były nawet wewnątrz grup. Metalowcy dzielili się na tych, co słuchali Metalliki i tych, co słuchali Slayera, a u nas byli ci, co woleli Sex Pistols i ci od Dead Kennedys. To normalne. Nasi rodzice też opowiadali się albo po stronie Beatlesów, albo Stonesów. Albo Zeppelinów, albo Purpli. Ja na szczęście wychowałem się w takim czasie i środowisku, w którym wolno mi było robić i to, i to. Chodziłem w glanach i skórze, ale miałem długie włosy i koraliki. Potrafiłem słuchać Kennedysów, a na randce puszczać dziewczynie Led Zeppelin. Pomieszanie z poplątaniem. To o czym mówisz oczywiście miało miejsce – i bardzo szybko odepchnęło mnie od środowiska punkowego. Było też ogromnie dużo przemocy, o której rzadko się dzisiaj wspomina. Jak się jechało do Jarocina, to było jasne, że mogą wpaść nazi punki z Wrocławia, więc trzeba się zorganizować i bronić. Do dziś pamiętam, jak musieliśmy się tłuc z jakimiś ludźmi i facet leciał na mnie z jelenim porożem! Czułem się jak na planie filmu „Wikingowie”. (śmiech) Te doświadczania mocno mnie zahartowały.
Jak u ciebie zaczął się jazz? Bo jesteś z pokolenia, dla którego jazz raczej nie był cool. I jeśli dzisiaj znowu jest – a jest – to między innymi za twoją sprawą.
To moje jarocińskie doświadczenie z jazzem nastawiło mnie do niego bardzo pozytywnie. Okazało się, że istnieje muzyka, która może mieć siłę punk rocka, chociaż nim nie jest. Nie od razu jednak porzuciłem stare przyzwyczajenia. Pamiętam jak dziś pewien wieczór, który spędziłem w towarzystwie Tymona i mojego brata – bo tylko z nim rodzice puszczali mnie wtedy na koncerty. Chłopaki chcieli iść na jakiś koncert jazzowy, a ja przez kilka godzin przekonywałem ich, że musimy iść na Moskwę, która grała gdzieś w Trójmieście. „Niee, stary, punk rocka już nikt nie słucha” – przekonywali mnie. „Jak to nie słucha?!” – byłem oburzony. (śmiech) Przyszedł czas, kiedy w Trójmieście sceny jazzowa i rockowa zaczęły się ze sobą mieszać. Ludzie, którzy jeszcze przed chwilą grali punka, zaczęli grać coś dziwnego. Zaczął się yass. Pamiętam koncerty grupy Miłość, które wspaniale łączyły te wszystkie wątki. Dla mnie to również było naturalne. Kiedy wychowujesz się przy drzewie, które ominęło płot, nie zastanawiasz się, dlaczego tak się stało – po prostu tak jest. U mnie właśnie tak było, bo te światy połączyły się w czasie, kiedy dojrzewałem.
Punk punkiem, ale ta płyta z repertuarem Autechre, którą właśnie wydaliście z Pink Freud… Powiem ci szczerze, że kiedy usłyszałem do czego się przymierzasz, pomyślałem, że to znakomity pomysł, ale przecież nie da się.
Chyba głównie dlatego chciałem to zrobić, że wydawało się, że się nie da. (śmiech) Jak już powiedziałem na początku naszej rozmowy, wierzę, że wszystko jest możliwe i po raz kolejny postanowiłem sprawdzić, czy mój umysł mnie nie okłamuje. Przyznaję, kilkakrotnie ponosiłem porażkę. Bo ten pomysł nie jest nowy, nosiłem się z zamiarem opracowania repertuaru Autechre od wielu lat, czego dowód, w postaci utworu „Goz Quarter”, znalazł się już na płycie „Monster of Jazz”. Jeszcze wcześniej próbowałem namówić zespół na zrobienie całej płyty, ale oznaczało to tyle pracy, że wszyscy woleli robić coś, co leży nam pod palcami, co szybciej i łatwiej przynosi frajdę. Wróciłem do tematu, gdy po raz kolejny zmienił się skład. Nie ma zapisu nutowego kompozycji Autechre, nie ma tabulatur, więc spisywaliśmy swoje partie ze słuchu, uczyliśmy się ich, po jednym numerze na dwa, trzy miesiące… i w końcu udało nam się skompletować pełny materiał. Już ze trzy lata temu byliśmy gotowi do jego nagrania, ale nie spieszyliśmy się. Dzięki temu ta muzyka w nas wrosła, gramy ją teraz tak, jakby była nasza własna.
Co było najtrudniejsze w procesie tłumaczenia Autechre na język Pink Freud?
Najtrudniejsze było właśnie przejście od etapu „umiemy” do etapu „mogę wszystko”, który w naszej muzyce jest bardzo ważny. Wszyscy czują się tak pewnie, że będą w stanie utrzymać statek w kursie, nawet jeżeli jeden z nas będzie ten kurs sabotował, bo na przykład rozstał się z dziewczyną i musi wszystko spalić. I bardzo dobrze, że wyraża to na scenie, bo to wspaniały wentyl bezpieczeństwa. Superpaliwo odrzutowe. Nawet jeżeli tego nie robisz, ale wiesz, że możesz – to jest czad. Zanim udało nam się z Autechre, ponieśliśmy wiele porażek, ale z tym jest jak z ćwiczeniem na siłowni. Po pierwszych czterech razach nic nie widzisz i nie chce ci się chodzić, ale jak się przełamiesz, jak pochodzisz dwa miesiące, to łapiesz bakcyla i pojawiają się efekty. Trzeba więc grać, grać, grać - po to, żeby później już nigdy się nie zastanawiać, tylko płynąć z muzyką.
Pink Freud w katowickiej Hipnozie
Pink Freud w katowickiej Hipnozie
Zaczęliśmy od twojego koncertu na Weekenderze i nim zakończmy. Oficjalna nazwa brzmi: Wojtek Mazolewski Quintet Big Bang z gościnnym udziałem Zbigniewa Namysłowskiego.
To specjalny projekt, przygotowywany na Weekendera. Wspólnym mianownikiem naszego spotkania jest połączenie płyt „Grzybobranie” i „Winobranie” – „Grzybobranie” zresztą w założeniu miało w jakimś sensie korespondować z płytą pana Zbigniewa.
Dlaczego spośród wielu swoich płyt właśnie „Grzybobranie” uznajesz za wyjątkowo ważne?
To pierwsza płyta jaką wydałem pod własnym nazwiskiem. „Grzybobranie” można taktować jako początek wszystkiego co się teraz dzieje. A wiec jest jak Wielki Wybuch. Obudziło we mnie chęć stworzenia zespołu, który najpierw miał wykonywać ten materiał, a który przerodził się w Wojtek Mazolewski Quintet. Stosując tą metaforę - kolejne fale energii z „Grzybobrania” do dzisiaj napędzają moją muzykę.
A co doprowadziło do Wielkiego Wybuchu?
Nagrałem „Grzybobranie” w 2007 roku. To był bardzo ciekawy czas na polskiej scenie muzyki jazzowej, improwizowanej czy w ogóle alternatywnej. Skończyła się dominacja yassu, z siedzibą w Gdańsku i Bydgoszczy, bo w całym kraju powstało dużo zespołów i środowisk tworzących nową, interesującą muzykę. Co jednak ciekawe, te środowiska nie miały ze sobą kontaktu, muzycy może nawet wiedzieli o swoim istnieniu, ale nie spotykali się, nie grywali razem. Era przed Facebookiem i innymi portalami społecznościowymi. (śmiech) Dzięki licznym koncertom z Pink Freud miałem to szczęście, że ich poznawałem – i zakwitła w mojej głowie myśl, by zderzyć ich ze sobą. Nie miałem sił na robienie festiwalu czy czegoś podobnego, więc doszedłem do wniosku, że zorganizuję sesję, na którą zaproszę tylu ludzi, ilu się da. Wybrałem muzyków, którzy wydali mi się najbardziej otwarci i zarazem wyraziści. Wszyscy byliśmy młodzi, wszyscy tuż przed poważnym wejściem do świata muzyki, mieliśmy totalny potencjał do robienia wszystkiego, co nam się zamarzy. Nasze spotkanie pojmowałem więc jako rodzaj inicjacji, na kształt inicjacji indiańskiej. Czułem, że może stworzyć wiele połączeń, wręcz związków karmicznych, które doczekają się kontynuacji również po zakończeniu sesji. Wynajęliśmy więc specjalne miejsce, wzięliśmy środki poszerzające świadomość, konkretnie grzyby halucynogenne i nagrywaliśmy wszystko, co się działo. Nie było przymusu grania. Grał każdy, kto chciał, na czym chciał, kiedy chciał. Mogło się zdarzyć wszystko, ale nic się nie musiało zdarzać. „Grzybobranie” było chaosem pełnym idei. Najważniejsza była wolność.
Jak to się ma do starszego o ponad 30 lat „Winobrania”?
Chodzi właśnie o tę wolność. Chciałem o niej przypomnieć, chciałem podkreślić jak jest ważna i przypomnieć, jak bardzo narażeni jesteśmy na jej utratę – za sprawą komercji, mediów, polityki, środowiska, rodziny… Wolność jest dobrem, o które trzeba cały czas dbać i sprawdzać jego jakość. Czy naprawdę istnieje, czy ciągle działa? „Winobranie” zawsze było dla mnie krzykiem wolności. Głosem wielkim, znaczącym i prawdziwym. Imponującym czystością intencji swoich twórców. Chciałem o tej płycie przypomnieć „Grzybobraniem” i chcę teraz, koncertem na Weekenderze. Cieszę się, że mam taką szansę, że mogę wystrzelić pewnym potencjałem, pewną radością w powietrze i obserwować, co się pokaże na niebie.
Chcesz być na bieżąco z najnowszymi wiadomościami, zdjęciami i filmami, z dyscypliny która interesuje Cię najbardziej? Zapisz się na newsletter już teraz, a na pewno nie przegapisz najlepszych newsów.
Dowiedz się więcej

Red Bull Music Academy Weekender Warsaw 2016

PolandBarKa, Warszawa, Poland