Vae Vistic na planie "Hejnału"
© YouTube
Muzyka

Z przyszłości polskiego rapu

Czasem jeszcze surowi, bez doświadczenia i ugruntowanego pomysłu na siebie, ale już obiecujący i zdeterminowani. Bez tej ósemki nie będziesz w polskim rapie na bieżąco.
Autor: Marcin Flint
Przeczytasz w 9 minPublished on
A wydawało się, że było to całkiem niedawno, kiedy za odkrycia uchodzili raperzy tacy jak Guzior, Kuban, Sarius czy Żabson. Wystarczy jednak zajrzeć w ich rozpiski koncertowe, na wyświetlenia pod klipami, listę gościnnych występów czy nawet na wyniki na OLiSie, by wiedzieć, że ich pozycja jest już ugruntowana. Poza tym ciśnienie na scenie jest takie, że nawet ReTo zaczyna się niecierpliwym słuchaczom przejadać – ci potrzebują ciągle świeżej krwi, jak wampiry. Idziemy więc szlakiem raperów, którzy nigdy nie byli w najważniejszym branżowym konkursie talentów (Młode Wilki Popkillera), spektakularne wyniki na YT notują jeszcze rzadko (choć te się zdarzają) i dopiero zaczynają grzać się w cieple bardziej utytułowanych kolegów. Postaramy się jednak uniknąć modeli śpiewających o tinderowych miłościach, dokazujących chłopców posługujących się po amerykańsku przedrostkiem „Young" i tym podobnych, ale apelujemy o cierpliwość. Czas pokaże, ile z tej mąki będzie chleba.

Ni to rap, ni funk

...mówi o swojej twórczości Szulinio z Połchowa i to jego wymykanie się gatunkom, wraz z idącą z nim muzykalnością oraz stanem permanentnego „spocznij”, jest tu największą zaletą. Kiedy nawija, to umie wpleść w rwący (choć niestety również szemrzący) potok wymowy frapującą nutkę histerii i być wystarczająco charakterystyczny, by np. nie dać się zepchnąć na dalszy plan Adiemu Nowakowi, z którym współpracuje. „Polska pokocha mój akcent, sukces już na wyciągnięcie mam ręki jak kastet” – zapewnia, i już jakiś czas temu mówiło się o płycie w Hashashins Deysa, choć to totalne podejście do muzyki, wyobraźnia i pewność powodują, że nikt by się pewno nie zdziwił, gdyby pojechał z Alkopoligamią na kolejną wycieczkę do Molzy. Równie dobrze czuje się na bicie, jak i wtedy, gdy trzeba pojechać przy ognisku pod gitarę czy na chmurze pod ukulele. Bez trudu zaśpiewa refren, ba, pod barem country w Żelistrzewie wejdzie w buty polskiego Yelawolfa, kłaniając się przy tym Kings of Leon. Nosi go po Polsce i świecie, niedawno szukał przygód w Skandynawii, czekamy więc na jakieś muzyczne wspomnienia z tej podróży.

Więcej numerów niż szatniarz

Przemo DBM może wyglądać na G Eazy'ego na miarę naszych możliwości, ale nie ma co go oceniać ani po pozorach, ani po trzech prawilnych literkach w jego ksywce czy po tej jednej głosce, której skurrrrrrczybyk nie wymawia (zdarza się najlepszym). Chłopak ma duży potencjał kierowany w różne ciekawe strony i czujnie reaguje na trendy. W jednej z rapowych audycji radiowych jego „Wakabayashi”, kandydat do undergroundowego hitu roku, został puszczony obok „XO TOUR LLif3” Lil Uzi Verta i choć odstawał od amerykańskiego hitu wykonaniem i realizacją, to też miał ten analogiczny, smutno-wciągający klimat, śpiewany charakter i nośny refren, a do tego grał jeszcze na często ostatnio w Polsce wyciąganych, azjatyckich sentymentach. I o ile o „Wakabayashi" mówiło się natychmiast, że to nasza wersja francuskiego PNL, tak „Nowa jakość" (pokazana w ramach „Startera" SB Maffiji) to znowu Sekwana, tylko że już MHD i afrotrapy. O tym, że ten typ umie pisać, było już wiadomo, kiedy nawijał: „Z matką kłótnie jak za gnoja / Nie wszystko mi jedno, więc swą przyszłość, przed nią maluje jak obraz / I nie wiem czy wisi jej, czy myśli, że to bohomaz”. Ale już ostatni singel to linijki na miarę: „Ostatnio nie słucham już rapu chłopaków, co każdy z nich leci track, tak jakby płakał / Dostali tak mocno po dupie od życia, że nic w tym dziwnego, że żaden nie siada / Czasami mam też takie dni, że nie chce mi się kłaść ani wstawać / Ale wstaję po to, by kłaść nowe zwrotki, bo muszę mieć więcej numerów niż szatniarz". Bang.

Gość z warsztatem

Białostocka ziemia – podobnie jak ta na Śląsku – może nie wypuszcza tylu raperów, ilu byśmy chcieli, ale kiedy już to zrobi, to zazwyczaj kogoś w dobrym stylu. Fiłoń, rocznik '94, to gość z polotem i odrobiną nonszalancji w konstruowaniu metafor. Nie brak mu też szczypty brawury. „Trochę przypał, że nazwałem się gościem z warsztatem / Bo wymiana świecy w aucie wykracza poza mój zasięg / Poza tym nisko oceniam całokształt / Mojej maszyny gdzie pewny tylko kierowca” – rymuje, chyba z odrobiną kokieterii. „Głupi chudy szczyl” zdążył się już poznać na dziewczynach, a skoro opanował somnambuliczne balladki w typie QueQuality (które swoją drogą pomogło mu w promocji), to może czas teraz na mięso? Kiedy pytam o niego w Białymstoku, słyszę dobre rzeczy: że pozytywnie rokuje, trochę supportów pograł i że brakuje mu właściwie tylko większej ilości „gwoździ”, wersów zostających w głowie. Nowy numer wydaje się być właściwie obranym ku temu kierunkiem.

Żądza krwi

Mroczny Młodszy Joe właśnie zasilił szeregi New Bad Label. „Spokojnie, nie zniszczę się! Lecę po toooo na pełnejjjjj!” – skomentował tę decyzję w sieci. Lot rozpoczął się za sprawą kanałów YouTube'owych ASAP Svag i Hashashins, a skrzydła udało się rozłożyć dzięki wspólnemu numerowi z Deysem. „Psychiczny kid z grzywką” wiedzie życie licealisty: gra w gry, myśli o przyszłorocznej maturze, pomstuje na Facebooku na poprzednie związki, podlegając morderczym w tym wieku emocjonalnym sinusoidom, zawiera związki nowe, słucha post-rocka oraz grunge'u, no i oczywiście nagrywa numery, na które wpływ mieli między innymi Bones, Lil Yachty, Pharaoh (Rosjanin z milionami wyświetleń, ciekawa sprawa) i Chester Bennington. Popisowy patent? Przejście od chmurnych i ładnych, choć zbolałych, kołysanek do opętańczego darcia mordy. Posłuchaj, jak „zdycha w bezsensie” i sprawdź, czy będzie „zabijać ludzi na koncercie”, których póki co – jak sam przyznaje – trochę się boi.

Rap z nowej ery

Pater, raper z Kościana, został zwerbowany przez wydawnictwo NNJL. Gedz nie chciałby u siebie nikogo, kto dobrze nie płynie i nie umie napisać sensownego wersu. Choć rocznik '98 mógłby tłumaczyć wiele mankamentów, to ten jegomość to najbardziej kompletny nawijacz w zestawieniu. W menu ma gęsty rym, poważne podejście do życia i gry w kontrze do rówieśniczej błazenady oraz niewoli trendów. Kiedy zaś nawija: „Jak robić rap nowej ery? Zajrzyj do podręcznika / A moi słuchacze błądzą, bo kiedy nawijam, to nie ma pytań” - wyrasta na mistrza ceremonii. Co jeszcze? Emocje, które w nim buzują, działają na jego korzyść. Słychać to dobrze kiedy rapuje: „Moje dokonania są niedokonane, a plany mam w planie / Jak mam namalować uśmiech na jej twarzy, znowu dając plamę?”. 7-utworowy mini album „Chaos” nie jest też wcale tak chaotyczny, jak tytuł na to wskazuje i kiedy kariera Patera rozpędzi się już na dobre, nie będzie musiał się go wstydzić.

Łokcie zdarte na dnie

Szpaku, nowo upieczony podopieczny BOR Records, brzmi jak raper z hardkorowej szkoły – z głosem jakby żywił się drutem kolczastym, językiem ogarniaczy z klatówy i łatwością formułowania biało-czarnych sądów mógłby śmiało sprawdzić się gdzieś po najprawilniejszej, najciemniejszej stronie sceny między Dudkiem, Rogalem i Hinolem. Wydusza z siebie wersy o łokciach pozdzieranych od czołgania się na dnie, o tym, że jest ninją z wioski liścia konopi, buja się na scenie jakby wbijał na podwórko, a tak naprawdę to jest aspołeczny tak bardzo, że wyjdź stąd. I jest w tym wszystkim autentyczny. Składa się to do kupy w człowieka, a nie w mem. „A jak patrzę na tę scenę widzę same klony / Quebo zapomniał założyć gumę, jak scenę robił" – wyrokuje. Sam zaspokaja głód wiarygodnego i plastycznego rapu zorientowanego na ulicę, takiego w wersji 2.0, który nie boi się trapu, autotune'a i odrobiny dystansu (przeszłość w Alcomindz zobowiązuje). U Palucha powinno mu być zatem idealnie. Póki co wyświetleń może mu pozazdrościć niejeden weteran.

Czysty testosteron

„Młodym wilkiem nie byłem, ale czarna owca zaczęła być głodna” – rymuje krakowski raper Vae Vistic, który wychował się m.in. na albumach Słonia z Shellerem. I – żebyśmy mieli komplet zwierzęcych metafor – dodaje: „Jestem kotem, ale do nikogo się nie łaszę". Nie łasi się, ma potrzebę niezależności na tyle silną, że nie chciał się stać częścią Startera SB Maffiji (ale z pomocy kanału i tak skorzystał). I rzeczywiście jego rap daleki jest od sytości, chcącego pożerać kolejne bity. Od czasów Sariusa nie było tak wybuchowego emce, który plułby czystym testosteronem, agresję przekuwał w temperaturę gadki i dobitność wersów. Karabinowo nawija nawet o drinkach i palmach, linijki rzuca po generalsku, jak rozkazy. Już zdążył nazwać się „polskim Meek Millem” i zadeklarować: „Jestem self-made-manem, zrobię swoją własną scenę”. Reprezentuje rocznik '95, wydaje się nielicznym zdolnym od razu pogodzić oczekiwania starszych i młodszych słuchaczy.

Wysokie loty

„Inteligencja, bezkompromisowość i wysokie loty - to charakterystyka najnowszego członka naszej wytwórni” – chwali raszyńskiego rapera Kozę Lekter Records, a więc wytwórnia, która dała scenie Otsochodzi w czasach, kiedy nic mu jeszcze nie dzwoniło, odkryła Bartocuta'12 i zaopiekowała się leczącym kaca po Alkopoligamii Karwelem. „Życie to stek bzdur, ja poproszę bez surówki” - nawija i choć jest z rocznika '00, potrafi wytrzeć sobie usta Heglem i Kartezjuszem. Wysokim głosem odcina się od bitów, które są – jak to ostatnio w Lekterze – ziołowe, przestrzenne i oleiste. Ma też sporo luzu i specyficznego poczucia humoru, którego można posmakować również na jego facebookowym profilu, gdzie przekona nas, że życie to film, „polska rap scena jest smutna jak kebab” i że jeśli niedźwiedzie – to tylko polarne. „Koza rozdepcze branżę, to kwestia minut. No miesięcy” – przekonuje Lekter. Zobaczymy.
***
Rapujesz? Jesteś dobry we freestyle'u? Weź udział w bitwach Red Bull KontroWersy -- rymuj najlepiej jak potrafisz i walcz o wygraną na polskiej scenie!