Jak na prawdziwego „Internaziomala” przystało, zwiedziłeś w ostatnim czasie trochę miejsc na ziemi. Jak wspominasz swój wyjazd do Singapuru?
Podróż do Singapuru wspominam bardzo dobrze, bo to piękne miejsce, do którego na pewno jeszcze wrócę. Jest tam bardzo czysto – swoją drogą, to chyba najczystsze państwo na świecie, na każdym kroku można spotkać rośliny i wszechobecną zieleń. Na chodnikach nie zobaczysz niedopałków papierosów, a jeśli już ktoś pali, to robi to w odpowiednich miejscach. Mimo wysokich temperatur i ogromnej wilgoci nigdzie nie unosi się nieprzyjemny zapach, a w innych krajach bywa z tym różnie. Na ulicach nie porusza się za wiele samochodów, w samych godzinach szczytu jest ich bardzo mało. Słyszałem, że ciężko zrobić tam prawko, a później jeszcze ciężej otrzymać pozwolenie na zakup auta. Jeśli państwo uzna, że auto nie jest ci niezbędne do życia, to musisz liczyć się z tym, że takiego pozwolenia nie dostaniesz. Na ulicach nie czuć obawy, że ktoś może cię okraść, wyskoczy pijany z pretensjami, będzie wydzierał się w metrze czy stanie się coś nieprzewidzianego. Widać, że mieszkańcy czują się tam bardzo bezpiecznie. Wszędzie można spotkać policję. Władze wręcz zachęcają do donoszenia. Na mieście można zobaczyć plakaty ze zdjęciem kobiety, która podaje rękę policjantowi i mówi: „be our eyes and ears". Widać, że wszyscy są podporządkowani państwu i przestrzegają prawo. Nie mają w sumie powodu, by je łamać, bo żyje się im dobrze, PKB jest wysokie i ludzie zarabiają niemały hajs. Zwykły boy hotelowy jest się w stanie utrzymać na nie najgorszym poziomie. Jeśli komuś przyjdzie do głowy, by dotknąć bez zgody obcą kobietę, musi liczyć się z tym, że pójdzie siedzieć nawet na dwa lata. Za przestępstwa narkotykowe grozi kara śmierci. W związku z tym nie można nawet kręcić papierosów, tylko trzeba kupować paczki z akcyzą. W taksówkach są ostrzegawcze tabliczki, które informują, że jeden skręcony papieros może czynić cię kryminalistą. Funkcjonuje też np. zakaz żucia gumy, a za zaśmiecanie grożą kary rzędu 2 tys. dolarów. Mimo że Singapur jest świetnym krajem to chyba nie chciałbym, by w Polsce było też tak bardzo zaostrzone prawo.
Coś jeszcze zapadło ci w pamięć?
Tak, dzielnica Little Indie. To miejsce wygląda zupełnie inaczej niż cały Singapur. Można tam spotkać małe budynki, nie ma wieżowców, no i jest trochę brudno. Będąc tam, miałem okazję wejść do jednej z hinduskich świątyń i uczestniczyć w procesji. To, co zwróciło moją uwagę, to fakt, że wierni w kościele są bardzo zaangażowani i mają zupełnie inny poziom aktywności. Podchodzą do wszystkiego wręcz brawurowo: krzyczą, tańczą. W pewnym momencie do świątyni, na olbrzymich paterach, wnoszone jest dużo jedzenia. Każdy może się nim poczęstować, nikt nie wychodzi z kościoła głodny, co jest piękne. Do kościoła trzeba było wejść na boso, co sprawiło, że część mojej grupy postanowiła zostać przed wejściem.
Singapur, Singapurem, ale byłeś też na Fashion Weeku w Mediolanie.
W zasadzie to byłem tam dwa razy. Te wydarzenia bardzo otworzyły mi głowę. Po raz pierwszy zobaczyłem prawdziwe europejskie salony. Na Fashion Week zjeżdżają ludzie z całego świata. Nie są to tylko postaci związane z modą, ale również aktorzy, sportowcy i raperzy. Pierwszy raz pojechałem zimą i mimo że jestem pewnym siebie gościem z niezachwianym ego, byłem tym wszystkim trochę przytłoczony. Miałem poczucie, że jestem przy tych wszystkich ludziach bardzo malutki, bo spotkałem tam osoby milion razy popularniejsze ode mnie, każdy był mega odpicowany i podjeżdżał najnowszymi brykami. Byłem zawstydzony, nie wiedziałem, gdzie pójść, ale dzięki temu przełamałem w swojej głowie kilka barier, zyskałem jeszcze większą pewność siebie, obycie i podszlifowałem swój angielski. Wracając z Mediolanu, wiedziałem, że chcę ubierać się jeszcze bardziej ekstrawagancko. Zobaczyłem tam takie kreacje, że moje stylówki są przy tym czymś normalnym, nieszokującym. Tam ludzie są tak ubrani, że momentami nawet ja byłem w ciężkim szoku. Należy pamiętać, że każdy pokaz – bez różnicy czy od Armaniego, Versace czy Moschino – to też event wizualno-muzyczny z super światłami i wizualizacjami. Jest to bardzo inspirujące. Niektóre pokazy to wręcz show. Drugi raz pojechałem tam latem. No i tym razem podszedłem do niego zupełnie inaczej. Łatwiej było mi się poruszać, pozowałem nawet do zdjęć. Fajne było to, że później niektóre z nich zobaczyłem na zagranicznych portalach. Ludzie fotografowali mnie, bo docenili mój styl. Nie oceniali przez pryzmat tego, że jestem raperem z Polski, bo nie mogli o tym przecież wiedzieć.
Domyślam się, że te wszystkie rzeczy, które się wokół ciebie ostatnio dzieją bardzo wpłynęły na twoje postrzeganie świata.
Branża muzyczna czasami zapewnia nam szybsze dorastanie. Przykładem jest chociażby Schafter, który jak na swój wiek, jest bardzo dojrzałym typem. Z pozoru to wszystko wygląda bardzo łatwo i prosto, ale prawda jest taka, że wiele decyzji finalnie muszę podjąć sam. A często nie są to łatwe wybory, bo od nich zależy przyszłość mojej kariery – to, czy za swoją muzykę będę zarabiał sam, czy też tym hajsem będę musiał się z kimś dzielić, a jeśli tak, to przez ile lat. Nigdy nie kryłem się z tym, że jestem biznesmenem. Ale ciężko nim dziś nie być, jeśli chce się zarabiać na muzyce. Muszę być rozgarniętym gościem i wiedzieć, co wokół mnie się dzieje. Nie jestem sam sobie szefem, bo mam za sobą agencję, menedżera i wydawcę, ale wiem, co oni dla mnie robią, jakie ruchy wykonują. Biorąc to wszystko pod uwagę, trzeba być poważną osobą. Ale nie tylko ja mam takie podejście, bo całe środowisko bardzo spoważniało.
A jeszcze niedawno raperów, którzy nie wiedzieli, jak czytać umowy w Polsce nie brakowało...
Tak, ale nie brakowało ich również w Stanach Zjednoczonych, Francji czy w Niemczech. Takie rzeczy działy się na całym świecie. Wielu raperów straciło pieniądze swojego życia, za które mogliby spokojnie funkcjonować do dzisiaj. A nierzadko jest tak, że goście, którzy nagrali płyty uważane za klasyki, mają kłopoty finansowe i mieszkają w ciasnych klitkach... Chciałbym dopowiedzieć jeszcze jedną rzecz odnośnie twojego wcześniejszego pytania. Wielki wpływ na to, że postrzegany dziś jestem jako typ, który spoważniał, ma fakt, że poznałem w swoim życiu ludzi, od których mogłem dowiedzieć się czegoś ciekawego. Nagrałem kiedyś utwór „Pokora” i od tego czasu minęło już trochę czasu, zmieniłem się. Dziś wiem, że warto słuchać bardziej doświadczonych osób. Zdaję sobie sprawę, że DJ Steez czy Jedynak wiedzą ode mnie więcej. Grafik wie ode mnie więcej w kwestii grafiki, a ekspert od teledysków wie zdecydowanie lepiej niż ja, jak je realizować. Dziś słucham innych ludzi, daję sobie powiedzieć, nie jestem zaborczy.
Kiedyś w wywiadzie wspomniałeś o tym, że przez tyle lat nie było w Polsce np. producentów wykonawczych, bo raperzy nie dopuszczali do siebie myśli, że ktoś ma ciekawszy pomysł na ich album niż oni sami.
Nie dopuszczali, ale przykład Sokoła pokazał wszystkim, że jednak warto słuchać specjalistów. Między innymi dzięki temu, że od dawna otwierał się na słowa innych, jego kariera wygląda dziś tak, jak wygląda. Należy się z tego cieszyć i gratulować. Ja niestety nie miałem od początku obok siebie takich osób. Dopiero z czasem trafiłem na agencję, która mi pomaga i rozwinęła moją karierę. Być może gdybym miał taką pomoc już od kawałka „Do ziomów”, dziś byłbym w zupełnie innym miejscu i momencie swojej kariery. To tylko gdybanie. Z drugiej strony, dzięki temu, mogę mówić o sobie „self made”, bo nikt mi nie odbierze tego, że fundamenty pod swoją karierę wylałem sam. Nie chcę zabrzmieć jak stary dziad, ale dziś młodsi raperzy mają trochę łatwiej i dużo więcej osób czeka, aż wyświetli się jakiś zdolny młody raper, by mu pomóc i zrobić z nim biznes. Za moich czasów też tak było, tyle że wtedy zgłaszały się do nas wytwórnie. Ja dostałem kilka kontraktów, ale...
„Nigdy nie podpisałem się z chu*ową wytwórnią”. (śmiech)
No właśnie. Widziałem, jak te labele później promują swoich artystów i mi to do końca nie odpowiadało. Wiedziałem, że artystycznie i wizualnie nie pasuję do supermarketu raperów. Nigdy nie chciałem być jednym z trzydziestu gości w wytwórni. Wolę takie, gdzie jest pięciu artystów i oczywiste jest, że wszyscy się znają i są dobrymi kolegami. Nie ma tam dwudziestu dopychaczy, bo jeden z nich zrobił hita. Obecnie wygląda to tak, że już nie zgłasza się do ciebie wytwórnia, tylko agent, który proponuje pomoc, a jednocześnie informuje, że kariera nadal jest w twoich rękach. To dobra opcja dla młodych artystów. Wszyscy ci – nazwijmy ich – ludzie cienia popychają branże do przodu i to oni sprawiają, że polski hip-hop jest obecnie tak bardzo profesjonalny. Raperzy, raperami, ale ktoś to musi wszystko zorganizować. Bookerzy, agenci, menedżerowie – o nich na co dzień mówi się bardzo mało, a mają naprawdę ogromne zasługi dla sceny. Gdyby nie oni, polski rap nie miałby takich teledysków i wyprzedanych tras koncertowych w dużych klubach. Bardzo się cieszę, że to wszystko poszło w stronę pracy z człowiekiem, a nie pracy z wytwórnią. Łatwiej jest zaufać gościowi, który z tobą pracuje niż ośmiu osobom w firmie wydawniczej. W razie pretensji, czy nieudanej akcji mogę iść do niego i z czystym sumieniem powiedzieć mu, że to przecież z nim się umawiałem i on zawalił temat. Poza tym zaangażowanie jednostki jest dużo większe niż całej drużyny, bo często od tego zależą jego zyski. Każdy daje z siebie tyle, ile może, bo nikt nie chce stracić. Płyniemy na jednej łajbie. To zdrowe podejście.
Masz wiedzę, jak wygląda to w innych krajach? Na przykład u twoich kolegów z Włoch?
Tam wszyscy raperzy są podpisani z majorsami. Którykolwiek z nich choć ciut wybije się z podziemia – od razu trafia pod skrzydła dużej wytwórni. Rap we Włoszech jest na tyle mainstreamową muzyką, że wytwórnia jest w stanie szeroko i bardzo intensywnie zaatakować z promocją twojej muzyki w poważnych mediach. Włoscy raperzy są czymś totalnie powszechnym w radiu i telewizji, a u nas jednak jest to jeszcze cały czas jakieś wydarzenie. Dodatkowo oficyny mają taką moc, by odpowiednio obsadzić twoje nagrania na playlistach streamingowych. Dla tamtejszych wytwórni takie rzeczy to żaden problem. To, co dzieje się we Włoszech, w Polsce będzie miało miejsce dopiero za kilka lat. Zobacz, u nas trap jest, mimo wszystko, muzyką niszową. Jesteśmy jednym z niewielu krajów na świecie, gdzie taka sytuacja ma miejsce, bo teraz we Włoszech, Francji czy w Stanach słucha się głównie trapu. Na naszym rynku wciąż bardzo dobrze sprzedają się wykonawcy nagrywający bardziej klasyczny rap: Taco, Kękę, O.S.T.R. czy nawet Paluch. To fenomen w skali światowej.
Jeśli już mowa o mainstreamowych ruchach. Odczułeś, że twój świat wygląda inaczej po wizycie u Kuby Wojewódzkiego?
Moja kariera zawsze szła jednym niewyboistym torem. Nie było żadnych przełomowych wydarzeń, które spowodowały, że nagle stałem się bardzo popularnym artystą. Moja kariera raczej powoli, sukcesywnie nabiera rozpędu i każdy ruch powoduje, że jestem coraz wyżej. Dlatego nie sądzę, że po programie stałem się popularniejszym raperem. Do Kuby poszedłem z misją, by pokazać, że raperzy młodego pokolenia, mimo że wnoszą do gry zupełnie inny klimat i energię, też są rozsądnymi, ciekawymi i normalnymi chłopakami. Chciałem podkreślić, że aktualny rap nie opiera się już tak bardzo na historiach z osiedla. Mimo że sam jestem z bloków i te uliczne zasady są dla mnie ważne. Choć pewnie, kiedy czytają to niektórzy hardkorowi raperzy, to mogą się ze mnie śmiać – niech tak będzie. Zdaję sobie sprawę z tego, jaki mam wizerunek, ale ja wiem, co przeżyłem i kim jestem. W programie chciałem także powiedzieć, że dzisiejszy rap jest bardzo różnorodny, ma wiele kolorów i że nie trzeba zgrywać twardziela, by na nasze koncerty przychodzili ludzie. Chyba misja zakończyła się powodzeniem, bo po programie otrzymałem dużo wiadomości od słuchaczy, że oglądali talk-show ze swoimi rodzicami. I ci rodzice zmienili nieco pogląd na tę muzykę, przekonali się do niej.
Nim włączyłem dyktafon, powiedziałeś mi, że w sztuce nie powinno stawiać się ram – zgadzam się z tym w pełni. Ale uważam też, że jakieś ramy smaku powinny być jednak wszędzie zachowane. Mówię o tym, bo oglądając ostatnią scenę do klipu „Small Town Boy” – tę, w której płyniecie łódką – ciężko było odejść od myśli, że to scena rodem z teledysków disco polo.
(śmiech) Ja nadal chcę ludzi szokować, wciąż lubię wbijać kij w mrowisko. Cieszę się, że po raz kolejny mi się to udało. Jeśli to jest dla ciebie niesmaczne to OK – twoja sprawa. Mnie klipy bardzo rzadko zniesmaczają, bardziej szokują, zaskakują i rozwalają głowę. Jestem przekonany, że dziś klipem, który totalnie rozwaliłby ludziom głowę w naszym kraju byłby obrazek, na którym całuje się dwóch facetów. Ludzie wtedy by zwariowali. Scena, o której wspominasz, mnie natomiast kojarzy się z amerykańskimi teledyskami r’n’b z okolic 2005 roku, nie z disco polo. Tam było dużo takich ujęć, gdzie ziomek na końcu klipu wyskakiwał ubrany w białe wdzianko. Stąd ta inspiracja. Nie jestem w stanie wytłumaczyć ludziom wszystkiego, co mam na myśli, bo oni często mają zupełnie inną bazę startową niż ja. Uwierz mi, że ja zjadłem zęby na muzyce. Obejrzałem tysiące teledysków – nie znam nikogo, kto widziałby ich więcej. Wiem o tej muzyce prawie wszystko. Gdybyśmy zorganizowali quiz dla raperów z wiedzy o rapie, to bym go wygrał, pokonałbym każdego. Wiesz dlaczego? Dlatego, że mam wiedzę o rapie od 1990 do 2019 roku. Nie zatrzymałem się na 1998 roku i nie zacząłem też śledzić tego gatunku od roku 2010 do dziś.
Pogadajmy jeszcze o klipach. Nadal wierzysz, że szansą dla polskich raperów na to, by zaistnieć poza granicami naszego kraju, jest wypuszczanie dopracowanych i profesjonalnie realizowanych teledysków?
Wierzę, że dzięki temu możemy zaistnieć w Europie, ale kawałek musi być zarazem bardzo dobry i prosty, wręcz trywialny, zrozumiały dla każdego. Jego nazwa musi być wyrazista, uniwersalna i znana każdemu, coś jak Tamagotchi. Obserwuję to, co dzieje się z europejskim rapem. Widzę, jak wylewa się poza granice swoich państw. To dzieje się np. we Francji, Rosji i Holandii. Raperzy w tym ostatnim kraju osiągają niesamowite wyniki. Oni mają dużo więcej odsłuchów w sieci niż my. A zobacz, jakim są małym krajem. Choć wydaje mi się, że to duża zasługa imigrantów, którzy tam mieszkają. Oni rozkręcili tamtejszą scenę i dodali jej jamajskiego smaku. Imigranci wpłynęli na rap nie tylko w Niderlandach, ale i np. w Niemczech. Absolutnie nie mam wątpliwości, że można się z nim przebić – spójrz na raperów z Rosji. Przecież tego kawałka o różowym winie słuchali u nas przez jakiś czas wszyscy, a nikt nie wiedział, o co chodzi. (śmiech) Dlatego tym bardziej uważam, że jesteśmy w stanie zainteresować swoją muzyką ludzi w innych częściach Europy. Wierzę, że nasze kawałki są w stanie przebić się gdzieś dalej i nie muszą być nagrywanie w języku angielskim. Klipy są tylko zachętą,
Na nowej płycie podjąłeś współpracę z artystami spoza naszego kraju. Jak oni odbierają naszą rodzimą scenę?
Pokazywałem swoje klipy ziomkom we Włoszech i 95 procent z nich stwierdziło, że mam lepsze obrazki niż oni. Pytali mnie nawet, czy przypadkiem nie jestem Włochem. (śmiech) Ja to w ogóle mam z nimi świetny przelot i dobrze mi się z nimi pracuje. We Włoszech znają oczywiście Quebonafide, który nagrywał kiedyś ze Sferą Ebastą, czyli naprawdę poważnym tam zawodnikiem. On kooperuje nawet z Quavo z Migosów. Pokazywałem im też inne polskie klipy i byli w szoku, że są na tak wysokim poziomi. Podobnie Hiszpanie czy Czesi – im też puszczałem. Gwarantuję ci, że nasze klipy i brzmienia to poziom europejski, czasami nawet światowy. Kiedyś widziałem nawet reakcję Koreańczyka na mój klip „Elegancko” – był w ciężkim szoku. Powiedział, że ta produkcja wygląda jakby ją realizowano w Ameryce.
Bardzo angażujesz się w swoje teledyski. Podobnie jest z koncertami.
6 min
Grubson "Supa'High Music" - Red Bull SoundClash - The Takeover
Zobacz wyjątkowe wykonanie S"upa'High Music" podczas bitwy Grubsona z Krzysztofem Zalewskim na Red Bull SoundClash w Warszawie!