Okładka jego nowej płyty „Zeus. To pomyłka” szybko okrążyła portale społecznościowe – portretowe zdjęcie z wydartą twarzą nie mogło nie wzbudzić dyskusji. Te jeszcze bardziej nasiliły się po premierze singlowego nagrania „Like Ra”. Gdzie zaczyna się i kończy ironia? – dyskutowano. Ile celowości w tym kiczu? No i czy to kolejna forma „gry” z odbiorcą? Pytań stawiano wiele i trzeba przyznać, że na reputację małego skandalisty – podobnie jak i na sukces – Zeus zapracował nawet jeśli podnosił raban w sprawach słusznych, prowokował nie bez przyczyny, czy dokonywał śmiałych wolt w imię artystycznej odwagi. Poniżej przypominamy kilka takich sytuacji.
Po łódzkiej znajomości
W 2008 roku Zeus wygrywa w czwartej edycji konkursu na Demo Roku organizowanej przez Magazyn WuDoo. Wygrywa m.in. z Biszem, Gonix i Kaiteu (przyszli finaliści akcji wyławiania talentów branżowego portalu Popkiller), ale – zdaniem piszącego tego słowa – absolutnie zasłużenie. Problem w tym, że Zeus był już wtedy po głośnych (i udokumentowanych na oficjalnych płytach) współpracach z Ostrym, a wygrywa sesję w studiu... w którym nagrywał wówczas O.S.T.R. właśnie. W jury zasiadali zaś ludzie ze starszym raperem związani – współorganizatorka imprez, na których gościł (Aśka Tyszkiewicz), dawny kompan z Obozu T.A. (Spinache), dawny labelmate z Asfaltu (Łona), producenci zapraszający go na płytę (L.A. i Magiera z White House) i didżej doskreczowujący mu debiut (Twister). To nie była najzręczniejsza sytuacja i okazała się wodą na młyn internetowych sensatów.
Ostra wojna
Poszło o wiele rzeczy, ale to kwestia artystycznej dumy przelała czarę goryczy. O.S.T.R. nie podpisał (za Zeusem: „pomyśleli z Tytusem, że tak będzie lepiej...”) kompozycji, którą na płytę „7” stworzył jego młodszy, łódzki – przynajmniej wówczas – kolega. O.S.T.R. tłumaczył później, że bit jest w połowie jego, Zeus zwlekał z wywleczeniem sprawy na światło dzienne, ale gdy już zaczął to robić, słuchacze się podzielili – jedni docenili brak zamiatania sprawy pod dywan i zauważyli, że konflikt przełożył się na brak zaproszenia Zeusa na festiwal Hip-Hop Arena (na którym O.S.T.R. był dyrektorem muzycznym, a lokalna scena miała bardzo szeroką reprezentację), podczas gdy dla drugich był to mechanizm rapera kalającego własne gniazdo, gryzącego karmiącą go wcześniej rękę i wybijającego się na skandalu...
Disco Zeus
Klip do „Jestem tu” zadziałał na rapowych „prawdziwków” jak płachta na byka. Kolorowa koszulka, ciemne okulary, podwieszona lśniąca kula i choreografia rodem z „You can dance”, wreszcie sam prosto rapowany numer disco z powtarzanym w kółko refrenem „Jestem tu” to było za dużo, zwłaszcza dla polskiego słuchacza rapowego, który ekscytował się wtedy rdzennie hiphopowymi, wręcz zachowawczymi płytami Ortega Cartel, Quiza, Małpy i Hemp Gru. Pamiętajmy, że Zeus wychodził wówczas z undergroundu, a singel promował dopiero jego debiut. Było już co prawda po żartobliwym, stylizowanym „W aucie”, ale jeszcze przed „Zodiakiem na melanżu” Monopolu i tęczowym electro-rapem Adama Tensty. „Jestem tu” to jednak absolutny banger i bardzo dobry kawałek. Warto przy jego okazji wspomnieć, że muzyka disco to przecież matka rapu - nawijano na wersjach instrumentalnych dyskotekowych singli, a czarna, parkietowa wodzirejka to proto-emceeing. Ale co z tego, skoro trzeba by dzisiejszych, prawie dekadę późniejszych norm, żeby przekonać zacietrzewionych.
Troll z grzywką i arafatką
Na horyzoncie jest już trzecia płyta Zeusa, wychodzi promujący ją singel „Supełek z pętelką” i cóż... najlepiej będzie zacytować opis z serwisu Genius.com: „Sam kawałek budził liczne kontrowersje w środowisku hip-hop w Polsce szczególnie ze względu na image, jaki stworzył sobie raper w tym czasie – fryzura z grzywką, ciemne kolory, nawiązania do śmierci skutkowały porównaniem jego stylu do subkultury emo. Jak się okazało była to zgrabnie poprowadzona akcja (promocyjna?) samego rapera, który nie chciał podporządkować się stereotypowi prawdziwego rapera". Sam Zeus nazywał się typem „od arafatek i grzywek”, wywołane zamieszanie określił mianem artystycznej prowokacji, zachowując się jakby grę z wizerunkiem z rozmysłem zaplanował, po czym wszystko ograł ładnie marketingowo – rozpisując konkurs na najlepszą krytykę uczesania, a potem jeszcze jeden – z propozycją na fryzurę. No i w utworze otwierającym krążek „Zeus, jak mogłeś?” zarapował: „Myśli, że ja chcę kontrowersji, jeden z drugim idiota / Kontrowersyjna to jest k***a, dla mnie, wasza głupota! / To, co podoba się wam, ja szczerze pi****ę / Bo to co świeże traktujecie tak, jak Mamoń w Rejsie / Ja mam obiekcje, tak. Łatwo je łączę z odwagą / Czasem się czuję tak, jakbym tu wpadł na rekolekcje nago”.
Jazda z „legendami”
Płyta „Zeus. Nie żyje”, perła w koronie dyskografii łodzianina, mogła irytować z wielu powodów. Szczery do bólu autor mógł się narazić o zarzuty o monetyzowanie swojej depresji, ale „Hipotermia” i „Symfonia smaków” robiły za duże artystyczne wrażenie, by takie padły. „ODP.” można z kolei postrzegać jako dowód arogancji wobec fanów przyzwyczajonych do prowadzenia raperów na swoich internetowych smyczach – tylko że tu tarczą jest dla odmiany celność obserwacji, pod którą większość osób publicznych od razu by się podpisała, zwłaszcza po wyłączeniu kamery. Największym echem odbił się więc „Śnieg i lód” z wersami: „Miałeś CD gdy byle przygłup miał album / Dziś twój najlepszy wers by skończył w kiblu undergroundu / Wiele dzieciaków dziś cię miażdży stylem / Bo jesteś słaby, wzbudzasz tylko tani sentyment / Wydałeś klasyk? Jeśli mam być szczery / Klasykiem się nie staje chłam przez datę premiery / Pie***yć ten bajzel, chcesz być w tej bajce? / Z tobą nie zamierzam dzielić się hajsem".
Wyraźny aplauz było wtedy słychać ze strony środowiska SB Maffiji i zapiekłych antyestablishmentowców spod znaku Laika – tam gdzie było słychać szczęk noży ostrzonych na rapujące dinozaury, które wcale nie zamierzały zejść ze sceny niepokonane. Później w wywiadach Zeus rozwinął myśl i nieco złagodził ton. „Wkurza mnie jeden typ ludzi i mówię to jako artysta, a nie jako człowiek. Nie podoba mi się, że jest jakiś bum na coś i ktoś wydaje wtedy płytę. Po prostu ją wydaje, po czym znika, nie wydaje nic, ale kiedy pojawia się znowu jakiś bum, on wtedy wydaje. Dla mnie to jest gówno" – mówił redakcji Mixtape. Ale reputacja typa, który nie chce czcić dawnych, sezonowych bożków i odprowadzać podatku na składki emerytalne dla starszych kolegów po fachu, pozostała.
Polski Macklemore
Od młodych też mu się dostało. „Pośmiać się zawsze można, ale (…) na naszych oczach rośnie pokolenie ludzi bez honoru, zdrajców, donosicieli, prowokatorów, typów, którzy nie mają do niczego szacunku i nie potrafią sami myśleć (…) Trolle tak naprawdę trollujący najbardziej swoje własne życia” – to już Zeus odpowiadający tym, którzy przypuścili atak na facebookowe profile znanych polskich raperów i oznaczyli je jako duplikaty innych stron – należących zazwyczaj do wielkich, amerykańskich nazwisk. Fanpage Kaena stał się więc stroną o Eminemie, a B.R.O… o Justinie Bieberze. Zeusowi przypadła w udziale kopia Macklemore’a. „Mnie to akurat bawi, ale zakładam, że innych, którym pozmieniali to już średnio” – komentował zamieszanie Tede. „Czasy się zmieniają, wartości ważne dla mojego pokolenia stanowią teraz tylko kolejny pretekst do prześmiewczych żartów” – stawał w obronie łodzianina Młody M. Cóż, Zeus faktycznie mógł mieć z tą krytyką rację, ale znowu zostały mu wytknięte: brak dystansu i zbytnia emocjonalność. A tego dzieci internetu nie chcą, niestety, wybaczyć najbardziej.