Żyto i Noon
© Nowe Nagrania
Muzyka

Żyto: Świat wywrócił się do góry nogami

Po długiej przerwie z nową płytą, i na bitach Noona, wraca Żyto. Pytamy go więc, jak wyglądały ostatnie lata jego życia, skąd wzięła się pasja do malarstwa i czy odżyła w nim miłość do hip-hopu.
Autor Marcin Misztalski
O częstochowskim raperze głośniej zrobiło się w 2012 roku, kiedy wytwórnia Asfalt pomogła mu w wydaniu pierwszego krążka, zatytułowanego po prostu „Żyto”. Chwilę później trafił pod skrzydła Prosto, gdzie ukazały się jego „Wiry” i... zniknął z muzycznej sceny na dobre. Odnalazł się teraz u boku Noona, z którym wypuszcza krążek „Morza południowe”.
Sarius powiedział kiedyś, że Częstochowa to miejsce, w którym ludzi ciągnie do dołu.
Żyto: Coś w tym jest. W mieście nie dzieje się dobrze. Opuszcza je coraz więcej osób. Za każdym razem, kiedy jestem w Częstochowie, widzę kolejne opuszczone lokale. Ci, którzy mogą, to wyjeżdżają z miasta na studia i już raczej do niego nie wracają. Nie ma tu klasy średniej. Jeśli nie masz bogatych rodziców ze swoimi firmami, to ciężko o normalną pracę. Częstochowa momentami wygląda jak Detroit - miasto widmo, bez perspektyw.
Muzyka · 7 min
Red Bull Tour Bus – Wspólna Scena – Częstochowa
Z kolei Eldo mówił kiedyś, że właśnie w takich miastach powstają najlepsze rapowe płyty. Czego nauczyło cię życie w Częstochowie?
Samodzielności i na pewno tego, by doceniać pieniądze. Jeśli na początku nie masz hajsu na fajne życie to w momencie, kiedy ten hajs się pojawia, potrafisz go docenić. Eldo ma rację, ale trzeba też pamiętać, że w takich mniejszych i hardcore'owych miastach jest mnóstwo zajebistego rapu, który nie wylewa się poza okoliczne blokowiska, bo brakuje tam zaplecza, promocji itd. To, że ja w jakiś sposób się wybiłem, zawdzięczam w dużej mierze szczęściu, bo Tytus z Asfalt Records przeczytał mojego maila.
Niewiadoma i życiowe trudności spowodowały, że jako młody chłopak wyjechałeś do Irlandii?
Pamiętam, że nasz starszy znajomy przyjechał na urlop do Polski i był cały ubrany w ciuchy Lacoste... Stwierdziłem, że wyjeżdżam. (śmiech) Nie miałem wtedy za dużo do roboty, bo tylko słuchałem rapu i melanżowałem. Nie planowałem za bardzo swojej ścieżki zawodowej, a przeświadczenie miałem takie, że studia dają niewiele. Wiedziałem też, że nie chcę być dłużej w Częstochowie. Widziałem, co się dzieje na blokach, więc nie chciałem skończyć marnie. Ludzie inteligentni albo z zajawkami, np. graficy i sportowcy, mają łatwiej w Warszawie i śmiało mogą robić tam kariery. Graficy w Częstochowie kończą na magazynach lub w fabrykach. Droga do sukcesu jest tu dłuższa i cięższa.
Jak wyglądały twoje pierwsze dni na obczyźnie?
Starsi koledzy z osiedla zostawili nas pod hostelem, bo okazało się, że jednak nie możemy u nich spać. Nie pomogli nam też w załatwieniu pracy. Mieliśmy w kieszeni zaledwie 200 euro na trzech. Moi znajomi stwierdzili, że wracają do domu, ale ja powiedziałem, że nie i zostaliśmy. Poszedłem do właściciela hostelu, przedstawiłem mu naszą sytuację, a on zaproponował nam pierwszą pracę przy sprzątaniu tego miejsca. Spędziliśmy tam tylko dwa dni, bo nie chcieli nas zatrudnić. Było to jeszcze przed wejściem Polski do Unii Europejskiej. Później poszliśmy do agencji pracy i że z naszej trójki to ja mówiłem najlepiej po angielsku, dostałem pracę. Zmywanie garów. (śmiech) Jednego dnia siedząc na przerwie powiedziałem kucharkom, że jesteśmy totalnie bez kasy. Zapakowały nam więc w plastikowe pojemniki jedzenie, które zostało na stołówce. Wynajęliśmy mieszkanie w podobno niebezpiecznej dzielnicy, ale z perspektywy Polski, była raczej normalna.
Co było dalej?
Któregoś dnia kucharki powiedziały mi, że jest fajna praca w fabryce Apple'a. Poszedłem tam, zdałem test na inteligencję i mnie przyjęli. Pamiętam, że kobieta w Apple'u była w lekkim szoku, że poradziłem sobie z egzaminem i powiedziała, że będę pierwszym Polakiem w ich firmie. Nie wiedziała tylko, że moja mama jest psychologiem i takie testy to ja rozwiązywałem od piątego roku życia. (śmiech) Później został jeszcze tylko test na „specyfiki”, ale wyczytałem, że sok z żurawiny pomaga w takich sytuacjach. Ten test również zdałem. W firmie zajmowałem się głównie składaniem komputerów - praca na taśmie. Później sprawdzałem pracę innych, byłem kontrolerem jakości. Z czasem zwolnili mnie stamtąd, znalazłem więc inną firmę, która mnie zatrudniła. Po roku pracy w Irlandii wróciłem do Polski na urlop i kupiłem sobie 28-metrową kawalerkę w Częstochowie. Więc wiesz, zarobiłem tam całkiem nieźle, bo w wieku 20 lat miałem już własny kąt. Irlandia pokazała mi, że jeśli bardzo ci na czymś bardzo zależy, to możesz to ogarnąć.
Brzmisz rozsądnie.
Nie no, jak wróciliśmy to zaczęliśmy konkretnie balować i kiedy skończyła się kasa, znów wyjechaliśmy do Irlandii. W pewnym momencie staliśmy się na swoim osiedlu królami życia, bo mieliśmy w ch*j pieniędzy, stawialiśmy alkohol i inne rzeczy. To był bardzo imprezowy okres. Nie robiło nam różnicy, czy jest wtorek, czy sobota. W każdy dzień dobrze się bawiliśmy. Później sprzedałem mieszkanie, które w międzyczasie zyskało dwa razy na wartości. Stwierdziłem, że jak mam robić muzykę, to nie będę pracował, bo to będzie mi przeszkadzało w robieniu płyty. (śmiech) Okazało się, że ludzi, którzy nie pracują, a mają hajs, było trochę więcej i zamieszkaliśmy wszyscy w domu, który mój znajomy dostał po babci. No i działo się, tak to ujmę. Z perspektywy czasu nie uważam, by był to zmarnowany czas, naprawdę dobrze się bawiliśmy. Trzeba też przyznać, że nie byliśmy już wtedy jacyś bardzo młodzi, a życie prowadziliśmy jak beztroscy nastolatkowie.
Raport z tamtego okresu zawarłeś na płycie „Żyto”, którą pomógł wydać ci w 2012 roku Asfalt.
Teksty na tę płytę zacząłem pisać w Irlandii. Wróciłem w 2009 roku na stałe i stwierdziłem, że chcę nagrać album. No ale przez zabawę okazało się, że mamy już rok 2011, a ja jestem dalej bez gotowego krążka. Zacząłem wrzucać jakieś kawałki do sieci i dopiero w 2012 stwierdziłem, że moje numery nadają się do tego, by pokazać je jakimś wytwórniom. Wysłałem je więc pocztą do tych labeli, których maile znalazłem w internecie. Pamiętam, że Asfalt był ostatnią oficyną, do której się zgłosiłem. Sądziłem, że moja muzyka i tak tam nie pasuje. Myliłem się, bo już na drugi dzień odezwał się do mnie Tytus. Nikt inny nie wysłał mi nawet wiadomości zwrotnej. Pewnie nawet nie sprawdzali moich utworów. Ostry powiedział mi po latach, że dali mi szansę, bo podobały im się podkłady, na jakich nawijałem... Bardziej niż moje teksty. (śmiech)
Za szczere, prostolinijne i bezkompromisowe teksty pokochałeś polski rap?
Tak. To najlepszy rap, jaki może być. Uwielbiam rap w stylu WWO. Wszystko inne jest gorsze od tego. WWO wykreowali moim zdaniem polski styl. Oni rapowali ulicznie, ale z klasą, inteligentnie. Wiesz, te koszulki powkładane w dresy i ich stylówy - coś kozackiego. Kwadratowe rymy też są spoko. W innych krajach nikomu one nie przeszkadzają. Tylko u nas zrobiono z rapu jakąś, ku*wa, poezje. W Polsce bardzo rozwinęła się „pi*dowata” gałąź rapu - jakieś wyliczanki, poczwórne rymy. Dziwię się, że taki rap jest popularny, przecież to zawsze była muzyka ulicy. Oczywiście nie podchodzę do ulicznego rapu bezkrytycznie, bo w pewnym momencie zrobił się zbyt prosty i niektóre kawałki brzmiały bardzo podobnie. Uważam w ogóle, że u nas wiele osób nie ogarnia rapu w odpowiedni sposób. Pamiętam, że kiedy ukazała się moja druga płyta -„Wiry” - to jeden z dziennikarzy, chyba z Onetu, napisał, że największym mankamentem mojego krążka są... powtarzane refreny. (śmiech) Gość kompletnie nie ogarniał tego, co w 2013-2014 działo się muzycznie w Londynie. Minęło kilka lat i okazuje się, że wszyscy tak rapują refreny.
Masz czasem myśli, że twój krążek w Prosto ukazał się za wcześnie?
Mam takie myśli, że ten album na początku miał być bardziej klasyczny i wtedy bardziej pasowałby do wytwórni. Tylko widzisz - w Prosto zaczęli przekładać daty premiery mojej płyty i finalnie okazało się, że w 2013 roku nie mają już miejsca w swoim planie wydawniczym, więc wydali ją dopiero w drugiej połowie 2014 roku. W międzyczasie te kawałki mi się już znudziły i nagrałem zupełnie inny materiał. Niektóre numery, które pierwotnie miały znaleźć się na „Wirach”, trafiły do sieci - np. „Modelka”. Trochę żałuję, że nie wykorzystałem tych utworów i nie wydałem ich na płycie. Zamiast tego wrzuciłem je na kanał, na który nikt nie zaglądał. Tylko widzisz, nie wiedziałem, jak ta cała branża działa, nikt mi nie doradził i byłem w lekkim życiowym wirze.
Jak było ci w Prosto? Jak to oceniasz z perspektywy lat?
Wyobrażenia miałem takie, że dostając się do Prosto, będzie trochę tak jak w Stanach. Myślałem, że różni ludzie będą zajmować się za mnie różnymi sprawami i... faktycznie otrzymałem od nich pomoc, ale miałem wrażenie, że najlepiej byłoby, gdybym wszystko ogarniał sobie sam - a mi się po prostu nie chciało, byłem zajęty imprezą. Pewnie, gdybym był bardziej solidnym i zaangażowanym gościem, to płyta zostałaby bardziej zauważona w środowisku.
Po premierze „Wirów” rap ci się już znudził?
Na początku chciałem zrobić kolejny album, ale w Prosto zaczęły zachodzić zmiany i powoli odchodzili od wydawania płyt. Później chciałem nagrać krążek dla takiej małej, radomskiej wytwórni MC Records, ale finalnie do tego nie doszło. No a później... stwierdziłem, że już mi się nie chcę nagrywać. Trochę zbrzydło mi to wszystko.
To co robiłeś przez te wszystkie lata?
Wiele rzeczy. (śmiech) Przeprowadziłem się na stałe do Warszawy. Uporządkowałem swoje życie, odstawiłem alkohol, byłem przez chwilę na studiach malarskich, na których na poważnie wkręciłem się w malowanie sztalugowe. Miałem też markę odzieżową z Emasem. Z czasem zacząłem więcej malować, sprzedawać swoje obrazy i zarabiać więcej pieniędzy. Tak bym to streścił.
Wspomniałeś, że na studiach zajarałeś się na dobre malowaniem, ale zapewne ta dziedzina sztuki towarzyszyła ci już wcześniej.
Rysowałem od zawsze. Już w szkole podstawowej rysowałem po zeszytach, książkach, ławkach. Na plastyce dobrze mi szło. Pani mówiła mi, że mam talent. Często pytała, czy sam to wszystko maluję. (śmiech) Nie znałem mojego ojca, ale to właśnie po nim odziedziczyłem talent i smykałkę do malowania i poszedłem w to. Pamiętam, że któregoś dnia przyszli do mnie znajomi, zauważyli moje obrazy i zapytali, po ile je sprzedaję. Powiedziałem jakąś śmieszną cenę i kupili od razu cztery. W świecie sztuki panuje takie przeświadczenie, że lepiej nie pokazywać, kto dany obraz kupił, nie mówić, które dzieło jest na sprzedaż i tym bardziej za ile. Stwierdziłem, że to pie*dolę. U mnie będzie wiadomo, kto i jaką pracę kupił. Wrzuciliśmy więc wspólne zdjęcie na Instagram, a z czasem ludzie sami zaczęli pytać o moje obrazy. Do dzisiaj sprzedałem ich około 200.
Malarze to często bardzo wrażliwe osoby. Też taki jesteś?
Jestem wrażliwym gościem. Każdy artysta jest na swój sposób wrażliwy. Poznałem wielu raperów, których płyty są fajne, ale po ich przesłuchaniu nie powiedziałbyś, że to wrażliwi ludzie, a jednak takimi się okazywali. Musieli dostosowywać się do panujących wokół nich warunków. Myślę, że wrażliwość przeszkadza w rapowaniu, osiedlowym życiu i ogólnie w życiu. Trzeba to odpowiednio tłumić i ogarniać, bo świat bywa brutalny i niektórzy wykorzystują dobrych i wrażliwych ludzi. Dlatego tak wiele osób ukrywa swoją wrażliwość przed światem.
Też jesteś raperem, który nagrywał płyty, na których wrażliwości było mało. Częściej były one przesiąknięte pijanym, chuligańskim życiem. Miewałeś sytuacje, w których ludzie dziwili się, bo nie spodziewali się po tobie takiej dawki wrażliwości?
Jasne, że tak. Myślę, że wiele osób nadal ma mnie za prostego buraka z osiedla, bo jestem szczery, mówię otwarcie na pewne tematy i nie gryzę się w język. Zdarzały się sytuacje, kiedy ludzie dziwili się, że jestem normalny. Oczywiście mam świadomość tego, co mówiłem w swoich kawałkach, ale tu znowu wychodzi ze mnie szczerość, o której mówiłem ci wcześniej. Tak wyglądało moje życie, więc takie też pisałem teksty. Byłem wrażliwą osobą pośród bloków. (śmiech) Ale gwarantuję ci, że nie ja jeden, bo na osiedlach mieszkają przecież totalne różne osoby. Od złodziejów i hutników po nauczycieli i lekarzy. Ich dzieci spotykają się - albo raczej spotykały się kiedyś - pod jedną klatką. Na osiedlach nie było przecież podziałów, że dzieci z bogatszych rodzin, zadawały się tylko z takimi, które były na tym samym poziomie finansowym. Przynajmniej u mnie tak było. Ja miałem kolegów, którzy mieli wykształconych rodziców, ale i takich, którzy wychowywali się tylko z matką.
Chcę teraz poruszyć temat, który jest pretekstem do naszej rozmowy - nowa płyta. Byłeś fanem albumów Noona?
Nie. Grammatik w ogóle mi się nie podobał, bo nie lubię takiego smutnego rapu. Przyznaję, że niektóre kawałki Pezeta z płyt z Noonem są spoko, a tych instrumentalnych „Gier studyjnych” i innych za bardzo nie słuchałem. „Bezsenne noce” to zdecydowanie najlepszy kawałek, w jaki zaangażowany był Mikołaj.
Uderzam oczywiście do wstępu w kawałku „Ciecz”.
To żart wyjęty z kontekstu. Noon mi kiedyś powiedział - oczywiście pół żartem - że nikt nigdy nie napisał o nim negatywnego komentarza, że ma tylko fanów, którzy są zachwyceni wszystkim tym, co robi. No i ja mu odpowiedziałem, że po premierze naszej płyty skończy się ta sielanka i ludzie będą mieli do niego pretensje, że zrobił ze mną projekt. Nie pomyliłem się, bo już czytałem komentarze, że jestem burakiem, łakiem i mam kwadratowe rymy. (śmiech) To tak naprawdę wiadomość głosowa, którą wysłałem mu na Instagramie. Mówiłem mu, by tego nie publikował, bo wiedziałem, że jacyś debile nie skumają i się o to przyczepią, ale zrobił po swojemu. Wiem, że Eldo, Pezet czy Jotuze są na tyle inteligentni, że zorientowali się, że to żart.
Od razu przypomniał mi się skit, jaki Noon zamieścił na „Muzyce klasycznej” Pezeta przed „Senioritą”.
On się dobrze bawi cały czas. Noon to rapowy IPN, bo wszystko nagrywa! U niego w domu nie można się za bardzo odzywać, bo nigdy nie wiadomo, czy ma włączony mikrofon. W ogóle na przekór wszystkim wrzucił najcięższy numer jako pierwszy singel. Przecież ci wszyscy audiofile, którzy słuchają jego instrumentalnych płyt oszaleli i są zszokowani, że Noon śmiał nagrać ze mną płytę. (śmiech) „Mikołaj, jak mogłeś? Dlaczego?”. Tylko widzisz, jemu się nie oberwie, to ja będę łakiem i tym najgorszym. (śmiech) Podsumowując - ten wstęp to żart z zamkniętych ludzi, którzy wciąż pytają o kolejny materiał z instrumentalami Noona.
Cała praca nad „Morzami południowymi” tak właśnie wyglądała? Jedna wielka zabawa?
Zabawa była wyborna, ale to Noon tutaj najwięcej pracował i wszystkim się zajął. Tak ustaliliśmy na początku. Ja tylko nagrałem zwrotki. Mikołaj jest producentem, on wybrał okładkę, kolejność singli i pomysły na klipy. To tak naprawdę jego płyta, na której jestem gościem. No i jeszcze muszę wspomnieć o tych jego aranżach. Ja to lubię proste podkłady, a on tu rozbudował te wszystkie wejścia, wyjścia, zmiany... To są jakieś symfonie, a nie rapowe podkłady. (śmiech)
Kto wpadł na pomysł, by na płycie zawrzeć tak dużo nostalgii?
Tytuł „Morza południowe” to cytat z filmu z Himilsbachem, w którym panowie piją sobie i wspominają stare czasy. Nasza płyta to jedno wielkie wspomnienie beztroskich, szalonych czasów, kiedy piło się wódkę, nie myślało o kredycie na mieszkanie, leasingu na samochód, suplementach i badaniu krwi. Ogólnie nie jestem fanem takich sentymentalnych klimatów, ale taki wymyśliliśmy koncept... Poza tym, ku*wa, on robi takie bity, że pod nie można tylko pisać o nostalgii. (śmiech) Dostroiłem się do muzyki. Nie jestem typem, który siedzi na imprezach i bezrefleksyjnie wspomina imprezy sprzed 10 lat. Ta płyta to wspomnienie za starym rapem, kiedy w hip-hopie był konkretny klimat. Teraz to głównie biznes, gdzie kolesie piją kisiel przed koncertem. Wiesz, dzieciakom kiedyś imponowali goście z umiejętnościami - to oni mieli szacunek i poważanie. Panowała hierarchia. Ci dzisiejsi influencerzy, kiedyś nie mieliby żadnej siły przebicia, byliby nikim. Świat wywrócił się do góry nogami, zmienił się model życia, ale nie płaczę z tego powodu. Jak będę chciał, to nagramy sobie z Noonem kolejny album. Nie potrzebuję robić tego dla pieniędzy, bo mam hajs z obrazów. Noon też sobie dobrze radzi. Nie zrobiliśmy skoku na kasę.
Mówisz o zmianie modelu życia. Co cię dzisiaj irytuje najbardziej?
Chyba to, że idolami dzieciaków są głąby, które udają ekspertów i wypowiadają się na każdy temat. Typom wydaje się, że jeśli mają 50 tysięcy obserwujących na Instagramie, to oni mogą nam teraz tłumaczyć świat i udzielać wszystkim rad. Mówiąc wprost: debile zostali nauczycielami, więc osoby, które ich słuchają, staną się zapewne jeszcze większymi głąbami. Kiedyś, by zostać kimś, trzeba było się postarać, zapracować na to, ale przede wszystkim coś robić! Teraz każdy może zostać gwiazdą. Nie wiem, czy to dobre. Ja robię swoje i z tego wszystkiego się śmieję. Maluję obrazy, ludzie chcą je kupować, co czyni mnie niezależnym.
Można powiedzieć, że po nagraniu tej płyty odżyła w tobie miłość do hip-hopu?
Nie do końca. Zrobiłem tę płytę, bo pracowałem z Noonem, z którym się świetnie dogaduję. Z nim mogę jeszcze coś zrobić, a z innym producentem już raczej nie. Nie będzie mi się chciało. Koncentruję się teraz bardziej na malowaniu niż na muzyce. Widzę w tym o wiele większy potencjał. W tym środowisku nie ma tego całego hiphopowego szamba, tych wszystkich tanich aferek, hejterów. Ludzie są na zupełnie innym poziomie. Cenię sobie obecnie spokój, więc nie chcę mi się odpisywać na durne wiadomości od fanów i użerać z jakimiś gamoniami. To nie jest mój wielki rapowy powrót, choć kawałki na następny projekt już mamy. (śmiech)