Każdy ma swój Dakar. Te słowa są idealnym wstępem do rozmowy o pracy fotografa podczas najsłynniejszego rajdu świata. Możecie być zaskoczeni, kiedy dowiecie się, co musi umieć i jakim wyzwaniom stawia czoła. Przekonacie się też, jakie zdjęcia ceni najbardziej. O swojej pracy opowiedział nam Marcin Kin.
Rajd Dakar ma różne narracje. Dla zawodników jest skrajnie ciężkim wyzwaniem sportowym. Mechanicy przepracowują go głównie w nocy, a dla członków teamów jest często żmudną tułaczką z biwaku na biwak. Gdzie na tej skali umieściłbyś fotografów?
Niedawno, przy okazji wystawy moich zdjęć w Warszawie, kolega, który był na wielu Dakarach i dużo widział, ustawił nas zaraz za motocyklistami (śmiech). Motocykliści mają na Dakarze najbardziej przerąbane i to nie podlega dyskusji, ale chyba faktycznie może być tak, że tuż za nimi w tym plebiscycie jesteśmy my – w sumie nieliczne grono fotografów, którzy muszą dostarczyć na czas zdjęcia z każdego odcinka specjalnego.
Co to znaczy „nieliczne” grono?
Rajd obsługują setki dziennikarzy wszelkiego możliwego typu – pracują dla stacji telewizyjnych, rozgłośni radiowych, portali informacyjnych i tradycyjnych gazet. Wśród nich jest ogromna rzesza ludzi dostarczających content internetowy. W tym gronie jest ekipa zawodowych fotografów, myślę, że to ok. 20 załóg. To ludzie zaprawieni w bojach, bardzo doświadczeni, znający się na swojej robocie. My sami wjeżdżamy samochodami w odcinki specjalne i jesteśmy najbliżej akcji. Dakar da się skonsumować na wiele sposobów. Można latać samolotem z biwaku na biwak, można przemieszczać się dojazdówkami, można oglądać go z góry na pokładzie helikoptera. Można też być w nim przez dwa tygodnie i nic nie widzieć, jak ludzie, którzy każdej nocy przerzucani są na finisze oesów, by rozstawić tam metę, potem ją zwinąć i tak w kółko… Jest takie powiedzenie na tym rajdzie, że „każdy ma swój Dakar”. To prawda.
Jaki jest twój Dakar?
Wspomniany ekspert miał rację, bo ja naprawdę dostaję mocno w kość w czasie rajdu. Generalnie robię wszystko godzinę przed zawodnikami. Motocykliści wstają pierwsi, bo otwierają trasę. Często ruszają z biwaku o 4 rano, bo odcinek startuje zwykle o 7, ale prowadzi do niego dojazdówka. Żeby ruszyć o 4, trzeba wstać o 3, więc ja budzę się o 2 nad ranem. Na starcie odcinka muszę być godzinę przed nimi, bo tylko wtedy wolno mi wjechać w oes. Robię zdjęcia motocyklistom i kierowcom samochodów i muszę wydostać się z odcinka specjalnego, co nierzadko jest trudniejsze, niż dostanie się tam, bo droga jest już zwykle totalnie rozwalona, przeorana kołami setek pojazdów. Kombinuję, szukam trasy umożliwiającej mi wydostanie się do miejsca, w którym łapię zasięg – tam obrabiam i wysyłam pierwszą partię zdjęć. Potem muszę dostać się do drogi dojazdowej i wracam na biwak. Często jest tak, że odcinek mierzy np. ok. 400 kilometrów, ale prowadzi terenem mniej więcej w linii prostej, a ja do biwaku mam 700 kilometrów drogą publiczną. Dojeżdżam późnym wieczorem, siadam do pracy nad pozostałymi zdjęciami i wysyłam kolejną paczkę. Jeśli się uda – jem i śpię, ale to nie jest regułą. Dostaję koordynaty na kolejny etap, planuję następny dzień i ustawiam budzik.
Skąd wiesz, gdzie jest start odcinka specjalnego i jak się poruszać po jego trasie?
Pół godziny przed pierwszym motocyklistą dostaję od organizatora roadbook – ten sam, którym dysponują zawodnicy. Widzę tę samą mapę, co oni i muszę błyskawicznie zaplanować decydujące ruchy. Od tego zależy jakość mojej pracy.
Jak głęboko wjeżdżasz w odcinek specjalny?
Nie ma reguły. Czasem wystarczy pojechać za kilka wydm, a innym razem walę po odcinku 50 kilometrów. Szukam do skutku, aż znajdę dobre miejsce. Organizator wskazuje punkty, gdzie stosunkowo łatwo dotrzeć i które dają potencjał do ciekawych zdjęć, ale te miejscówki zwykle nie spełniają moich oczekiwań. Zawsze staram się znaleźć coś specjalnego.
Czyli jakiego?
Muszę być w miejscu, które pozwoli mi zrobić dobre zdjęcia. Najlepiej w kilku różnych wariantach, żeby po prostu nie były do siebie bardzo podobne. Oceniam tło i kierunek jazdy – ważne, żeby zawodnicy jechali ze słońcem, albo z boku, ale nigdy pod słońce. Zależy mi na znalezieniu jakiegoś punktu, w którym może wydarzyć się coś efektownego. To może być interesujące tło, hopka, albo fesz-fesz.
Ale przecież odcinki nie składają się z samych zachwycających miejsc…
To prawda. Czasem sam z siebie żartuję, że mam misję, by sprzedać ten rajd tak, jak ja go widzę, jak sobie go wyobrażałem będą małym dzieciakiem. Mógłbym stanąć w proponowanym przez organizatora spocie i zrobić zdjęcie auta na tle pikniku rozłożonego przez Arabów, ale nie o to chodzi. Uciekam od takich miejsc, szukam czystych wydm, oszałamiającej natury, bo przecież ludzie zewsząd słyszą, że zawodnicy przemierzają niedostępne miejsca. I tak faktycznie jest, tu nie ma nadużycia. No, ale gdybym pokazał przejazd przez strefę kibiców, to jakiś obraz tej imprezy ległby w gruzach. To tak, jakbyśmy nakręcali globalne zainteresowanie lotem na Księżyc, relacjonowali tę ekspedycję i okazałoby się, że… na miejscu siedzą już jacyś ludzie, wcinają popcorn i śmieją się z naszych ambitnych planów.
Co musisz umieć, żeby z powodzeniem pracować przy Dakarze?
Zdjęcia (śmiech). A tak poważnie, tych umiejętności towarzyszących jest całkiem sporo. Zaczyna się od logistyki. To bardzo ważny i skomplikowany temat, który mojego pracodawcy… kompletnie nie interesuje. Ja mam być na miejscu i dostarczyć zdjęcia. Muszę więc ogarnąć loty, dokumenty, akredytacje. Wypożyczyć odpowiedni samochód i dobrze go wyposażyć. Zadbać o wszystko, co będzie mi potrzebne na pustyni. Muszę dobrze jeździć – w terenie i w ruchu publicznym. Drogi w Maroku, Egipcie, czy Arabii Saudyjskiej rządzą się swoimi prawami, do których trzeba się dostosować, żeby nie zrobić krzywdy sobie i innym. Muszę wiedzieć, co spakować, żeby zrealizować założone cele, albo poradzić sobie w ewentualnej kryzysowej sytuacji. Pamiętajmy, że wjeżdżam w pustynię, a tam może wydarzyć się wszystko. Jeśli będzie trzeba przetrwać w skrajnie trudnych warunkach noc albo dwa dni – muszę sobie poradzić. Muszę wiedzieć, jak zachowywać się w wielogodzinnej ekspozycji na słońce. Muszę umieć prowadzić samochód w trudnym terenie. Muszę umieć nawigować, czytać roadbook, orientować się w topografii. Muszę umieć przewidywać warunki atmosferyczne i rzeźbę terenu. Muszę umieć dogadać się z ludźmi – ludźmi różnych języków i kultur, ludzi różnie nastawionych do przyjezdnych. Muszę wiedzieć, jak poruszać się po rozgrzanym piasku. Muszę wiedzieć, jak o siebie dbać. To mogą wydawać się detale, ale w takich warunkach bardzo łatwo zrobić sobie „kuku” przez drobne niedopatrzenie. A „kuku” wyłącza cię z roboty, na co nie mogę sobie pozwolić.
Fotografujesz Rajd Dakar od 2014 roku. Jak przez ten czas zmienił się sprzęt?
Oczywiście aparaty cyfrowe są lepsze i szybsze, co sprawia, że można zrobić więcej klatek na sekundę i oczekiwać, że będą dobrej jakości, bo znacznie poprawiła się jakość ostrzenia. Największą rewolucję przyniosła jednak telefonia komórkowa, a szybkość jej rozwoju naprawdę zdumiewa. W Saudi, często nawet na terenach głębokiej pustyni, jest 5G – mogę szybko obrobić i wysłać zdjęcia. W Ameryce Południowej to był koszmar. Godzinami szukało się jakiegokolwiek zasięgu, znajdowało w końcu „dwie kreski” i ważące 200 kilobajtów zdjęcie wysyłało przez godzinę.
A jak zmienił się sam fotograf?
Chyba mniej się szarpię, raczej już nie panikuję, jestem spokojniejszy i podchodzę do wszystkiego z większym dystansem. A przy tym - chyba coraz bardziej ambitnie, ale mam wrażenie, że tę ambicję lepiej kierunkuję. Nadal, każdego dnia, chcę zrobić możliwie jak najlepsze zdjęcie. Nie jestem już jednak tak narwany, jak na początku tej drogi. Dzięki długoletniej pracy i ogromnemu bagażowi doświadczeń – a także, to na pewno, z wiekiem – coraz więcej uwagi przykładam do kompozycji, światła i tych wszystkich estetycznych aspektów fotografii. Chętniej i cierpliwiej patrzę w obiektyw, zanim nacisnę spust migawki. W pewnym sensie zmieniła się też moja rola. Od niedawna mam swoją agencję, All Terrain, jestem więc sterem, żeglarzem i muszę jeszcze ogarnąć okręt. Podoba mi się to, mam w ekipie świetnych i ambitnych ludzi, czuję, że to był naturalny kolejny krok w moim rozwoju.
Boisz się sztucznej inteligencji?
Sztuczna inteligencja zmienia wiele branż – także artystycznych – i fotografia nie jest tu wyjątkiem. Nie chodzi o to, by zawracać kijem Wisłę, bo to na pewno się nie uda. Wierzę jednak, że dobre zdjęcie się obroni – tak, jak dobra muzyka, czy plakat. Ja nie mam dylematu, czy przy obróbce zdjęć użyć narzędzi AI, czy nie, bo pracując dla Red Bulla po prostu nie mogę tego zrobić. Koniec i kropka. Wszystko, co ląduje w bazie, musi być prawdziwe, uchwycone w realnej rzeczywistości, takie, jak było naprawdę w chwili robienia zdjęcia. Nie mogę usunąć krzaczka, śladów stóp z wydm, dodać efektownego kurzu itp. To oczywiście zmusza mnie do cięższej pracy, lepszego planowania i maksymalnego skupienia, ale to przecież moja praca. Staram się dostarczyć ludziom produkt, jakiego chcą.
A czego dziś chcą ludzie od fotografii?
Prawdy. Nieoszukanych wrażeń. Na pewno nie chcą ściemy, dlatego ta branża nadal dziarsko broni się przed AI. Coraz częściej zawodnicy – klienci proszą, żeby być na biwaku, kiedy zjeżdżają z etapu i robić zdjęcia tuż po tym, jak zdejmują kask. Bo tam są gesty, grymasy, mimika i emocje, w które ludzie uwierzą. Czasem zdjęcia z wydm są tak piękne, że niektórzy mają wątpliwości, czy serio oddają samą prawdę. A oczy nigdy nie skłamią.