Paweł "Uzek" Jóźwicki, w czasach Sissy Records
© Biljana Bakić
Muzyka

„Było naprawdę ekstra!” – Uzek wspomina Sissy Records

„Wyobraź sobie konstelację różnych zdarzeń. Planety ustawiają się w wyjątkowo zajebisty sposób” – tak Paweł „Uzek” Jóźwicki wspomina przygodę z Sissy Records. To, co wydawał jego label, to był świat!
Autor: Tomek Doksa
Przeczytasz w 18 minPublished on
Zaledwie trzy lata działalności, 50 tytułów w katalogu. Sissy Records do dziś pozostaje fenomenem na polskim rynku muzycznym. Pod tym szyldem ukazywały się kultowe i bardzo szanowane przez słuchaczy oraz krytyków płyty Smolika, Lenny Valentino, Ścinaki czy Cool Kids Of Death. Płyty, wyznaczające nowe kierunki w rodzimej muzyce alternatywnej.
„Podczas kolejnej podróży do Londynu, zaproponowałam Uzkowi, żebyśmy założyli mały label pod skrzydłami BMG, gdzie będziemy wydawać muzykę, jaką sami lubimy. Okazało się, że w Polsce jest mnóstwo niesamowicie utalentowanych ludzi. Na każdej kolejnej konferencji BMG, koledzy z innych krajów nie mogli uwierzyć, że wydajemy takie rzeczy” – wspomina pomysł na label na okładce wydawnictwa „Sissy Records 2001-2004” Biljana Bakić, ówczesna dyrektor generalna BMG Poland.
„Sissy Records 2001-2004” to pięknie właśnie wydana składanka, przypominająca najlepsze nagrania z katalogu tej wytwórni. Równo 20 lat po założeniu, jej szef – Paweł „Uzek” Jóźwicki, autor sukcesów wielu muzycznych gwiazd, m.in. Myslovitz, Anki Dąbrowskiej i Korteza – zebrał najbardziej sztandarowe oraz te najbardziej zaskakujące utwory w formie bogatego, trzypłytowego albumu. Wydawnictwu towarzyszy też obszerna książeczka z archiwalnymi zdjęciami i wspomnieniami ludzi, którzy współtworzyli Sissy Records. To, co nie zmieściło się w ich opowieściach, Uzek dopowiada teraz w rozmowie z Red Bullem.
Cześć, jestem Tomek, chciałbym założyć dzisiaj wytwórnię, w której będę wydawać tak fajną muzykę jak Sissy. Od czego zacząć?
Paweł „Uzek” Jóźwicki: Przede wszystkim musiałbyś trafić na kogoś takiego jak Biljana. Jeżeli natomiast spodziewasz się, że powiem ci teraz, co masz dokładnie zrobić i podam jakiś gotowy plan, to nie licz na to. Nie miałem wtedy żadnego planu. Więcej – dalej takiego nie mam. No, poza tym związanym z moją rodziną.
A miałeś jakieś marzenia?
Niewiele marzeń miałem w swoim życiu. Przed Sissy pracowałem dla Zic-Zaca i zajmowałem się promocją radiową. Wybierałem single, wysyłałem je gdzie trzeba, robiłem laskę komu trzeba. Nie była to może praca marzeń, ale byłem z niej zadowolony. Nagle dostałem jednak szansę i mogłem poprowadzić zupełnie nowy, fajnie zapowiadający się label.
Kopalnię talentów.
To nie była żadna kopalnia talentów. Z talentów byli tylko Cool Kidsi, Futro i Old Time Radio, reszta była już w jakiś sposób ukształtowana. Homosapiens i Ścianka mieli już na koncie zajebiste debiutanckie płyty.
Talentów – mam na myśli ludzi z potencjałem.
Chyba, że tak. Z częścią z nich już się dobrze znałem. Prawda jest taka, że będziesz mieć taką wytwórnię, jacy artyści do ciebie przyjdą albo jakich sam sobie znajdziesz. To nie jest tak, że powiesisz zajebisty szyld na murze i od tej pory będziesz mieć ekstra label. Do tego potrzebujesz przede wszystkim trochę szczęścia. W moim przypadku było tak, że Biljana wpadła na pomysł, by zrobić label, który będzie wydawać te najfajniejsze z płyt, które podpisuje BMG. Potem trochę wymknęło się to spod kontroli. Ale żeby rzeczywiście był label, muszą być wykonawcy. Była więc Ścianka, którą wcześniej podpisał w ciemno Marek Kościkiewicz dla BMG, ale kiedy Cieślak przysłał master płyty, to podnieta nieco opadła. Był Smolik, z którym się przyjaźniłem, ale Smolik wtedy jakoś nie za bardzo się kwapił, żeby zostać Smolikiem. Wiedziałem również, że Artur Rojek szykuje Lenny Valentino i bardzo chciałem to wydać. To już trzy poważne projekty. Do tego doszło Futro, które wyhaczyłem trochę przypadkiem, ale zajebiście mi się podobali. Cool Kidsi przysłali demówkę z czterema numerami, które mnie zgniotły! Był też taki paraprojekt Smolika, Perkoza i Anthony’ego Neale’a z Mainstreamu, którzy zrobili czteroutworową epkę. Potem pojawiło się jeszcze tylko Old Time Radio i Jacek Lachowicz, który odszedł ze Ścianki. W tak zwanym międzyczasie złożyłem jeszcze dwie autorskie składanki: „Sissy Light” i „Sissy Sleeper”. A jak niewiele się działo, to namawiałem wszystkich, żeby robili coś między sobą i tak powstał „Projekt SI 031”.
Na którym zebrani artyści prezentowali swoje premierowe nagrania, różniące się stylistycznie od tego, co robili w swoich oryginalnych projektach i zespołach. Zachęcałeś ich też do wydawania epek.
No właśnie, epki! Ktoś je kiedyś wymyślił i jestem mu za to niezmiernie wdzięczny. Jestem wielkim fanem epek. Stałem się nim w latach 90., gdy dość regularnie jeździłem do Londynu. Kiedy zajarałem się jakąś płytą, której nie mogłem przestać słuchać i przez którą nie mogłem spać, to chciałem jeszcze więcej. Więc gdy pojawiała się jakaś epka, na której były dodatkowe piosenki, remiksy czy wersje koncertowe, kupowałem ją bez zastanowienia. Także wiesz, mając wytwórnię płytową i pracując z artystami, którymi się jarałem i w których był ogromny potencjał, niespecjalnie musiałem kogokolwiek namawiać do robienia epek. Najważniejsze, że były pomysły i wszystkim się chciało. Na epki zazwyczaj trafiały numery, które zostawały z sesji nagraniowych lub specjalnie napisane na tę okoliczność, ale też remiksy, covery i nagrania koncertowe. Jak dla mnie było to Eldorado! Szczytem niczym nieskrępowanej fantazji była „Football EP”, przygotowana z okazji Mundialu w Korei i Japonii, na której Homosapiens, Futro, Cool Kidsi i Nun przygotowali covery znanych piłkarskich szlagierów. Niestety, naszym piłkarzom nie poszło zbyt dobrze i obiecałem sobie, że już nigdy nie dam się tak ponieść emocjom. (śmiech)
Ktoś kiedyś wymyślił epki i jestem mu za to niezmiernie wdzięczny
Uzek
Masz jedną ulubioną epkę w katalogu Sissy Records?
Chyba najlepszą epką, jaka wyszła w Sissy, była ta, która nie powstała jak większość z nich. To znaczy nie według klucza: mamy płytę, bierzemy z niej kluczową piosenkę, którą teraz będziemy promować i dorzućmy do niej jeszcze coś fajnego. Ta jedna jedyna tym kluczem nie poszła… Siedzieliśmy kiedyś u mnie z Lachowiczem i Cieślakiem, słuchaliśmy jakiejś muzyczki, byliśmy z siebie bardzo zadowoleni, więc piliśmy wódeczkę. Zaproponowałem, że można by przygotować na szybko jakąś płytę, którą będziemy mogli dobić ludzi po „Dniach wiatru”. To może epka z coverami? Super! To może damy tam „Już nigdy” Sławy Przybylskiej? No jasne! „Tomorrow Never Knows” Beatlesów. Super! „Ocean” Lou Reeda i może jeszcze „Smoke on the Water” Deep Purpli, ale w takiej lekko prześmiewczej wersji, bo ciężko ten numer lubić. (śmiech) Uwielbiam tę epkę! Ma tak zajebista okładkę, że jako jedyną z całego katalogu wydaliśmy ją wtedy na winylu.
Trudno uwierzyć, że label, który dawał nam tak fajną muzykę i z tego, co mówisz, działał w tak sprzyjających warunkach, przeżył tylko trzy lata.
Sissy działało dość krótko, ale i tak dało nieźle w kość. Jak sobie podzielisz te trzy lata przez 50 tytułów, to wyjdzie ci, że co trzy tygodnie była jakaś premiera. Wszystkie epki traktowaliśmy z należnym szacunkiem i podobnie jak regularne płyty one również miały swoje premiery.
W Sissy ukazało się wszystko, co miało ukazać?
Z rzeczy bieżących ukazywało się wszystko. Ale oczywiście propozycji było dużo więcej. Czasami nawet szokujących, ale to, co miało wyjść, to wyszło. Po trzech latach działalności w 2004 roku, kiedy było już wiadomo, że Sony połączy się z BMG, prawie całe Sissy było trochę wymęczone i artystycznie zmierzało ku końcowi. Futro i Homosapiens wpadły w jakąś niemoc i nigdy już nic nie nagrali... Cool Kidsi trochę odjechali, zatrudnili niemieckiego producenta i zaczęli nagrywać po angielsku. Ze Ścianki odszedł Lachowicz i zaczął robić własne rzeczy. Lenny Valentino było jednorazowym projektem… Anthony Neale ze złamanym sercem wrócił do Londynu i ślad po nim zaginął. Old Time Radio dopiero co wydali płytę, nikt więc wtedy nie myślał o nagrywaniu następnej… Jakoś to wszystko zdechło naturalnie. Ale! Zanim zdechło to pamiętam, że dostałem jeszcze demo od raczkującego L.Stadt. Na płycie były tylko trzy piosenki, ale jakie! Nie mogłem uwierzyć, że ten zespół jest z Łodzi. W L.Stadt nie było śladu po takim myśleniu, z którym się stykałem, a to z którym się stykałem i tak było wyjątkowe. Umówiłem się więc i pojechałem do Łodzi i… nie mogłem się dodzwonić do Łukasza Lacha. Miał wyłączony telefon, więc nie doszło do spotkania… Strasznie się wku*wiłem, więcej do niego nie dzwoniłem.
Pożegnaliście się chociaż wszyscy z Sissy ładnie?
Nie było żadnej ostatniej wieczerzy, nikt się z nikim nie przytulał. Poszczególne człony po prostu odpadały. Nagle odbierałem mniej telefonów, mniej było spotkań, po prostu skończyło się.
Nie było ci tak po ludzku żal?
Chyba nie… Też byłem zmęczony. Może nawet trochę mi ulżyło. Koniec Sissy zbiegł się z pierwszym „Idolem”, gdzie poznałem Ankę Dąbrowską i zaczął się kolejny etap w moim życiu. (śmiech) Włączyło mi się za to łazikowanie po koncertach i różnych przeglądach. Instynktownie szukałem czegoś, w co mógłbym się jeszcze zaangażować. Jak coś ciekawego działo się w mieście, to zazwyczaj dzwoniła Monika Biss i szliśmy posłuchać. Gdyby trafiłoby się coś naprawdę zajebistego, to pewnie wydalibyśmy to w Jazzboyu, który właśnie założyliśmy z Biljaną i Bodziem Kondrackim. Nie było potrzeby ciągnięcia Sissy na siłę.
Wracasz czasem myślami do tego okresu? Mógłbyś powiedzieć, na czym według ciebie fenomen Sissy Records polegał?
Musisz sobie wyobrazić konstelację różnych zdarzeń. Może planety ustawiły się w jakiś wyjątkowo sprzyjający sposób, albo zadziało się coś innego. Nagle wszystko po prostu ruszyło. Wszyscy się lubią, kolegują, pomagają sobie, dookoła pojawiają się ludzie, którzy chcą wziąć w tym udział. Ten może zrobić zdjęcia, tamten okładkę, a jeszcze inny ma pomysł na teledysk. Każdego dnia czułem to zajaranie u różnych ludzi. U piosenkarzy, którzy się ze sobą spotykali, palili trujące pałeczki, pili piwo i rozmawiali o instrumentach albo o życiu. Było naprawdę ekstra! Ale z czasem tych spotkań może nie było mniej, ale podniet już niestety tak. Stało się to codziennością. Po prostu. Przyzwyczailiśmy się do tego. Na koniec dała o sobie znać rutyna, to po pierwsze. Po drugie, prawie wszyscy piosenkarze, oprócz Smolika, mieli gorszy moment.
Jaką ty wyniosłeś z tego naukę?
Nie wiem, czy można powiedzieć, że moją życiową nauką płynącą z doświadczenia jakie zebrałem w Sissy jest to, by robić wszystko na spokojnie i we właściwym czasie, ale na pewno ochłonąłem. Dzisiaj mam dużo więcej cierpliwości i wydaje mi się, że bardziej kumam. Wtedy byłem strasznie rozogniony. Z czasem nauczyłem się, że jutro będzie trochę inaczej niż było wczoraj i myślę, że jest to coś takiego, co powoduje, że Jazzboy jest, jaki jest. Jesteśmy taką trochę niepoważną firmą, bo chyba nie za bardzo staramy się robić rzeczy na siłę. Rzadziej dziś pada słowo deadline.
W twoim słowniku jest takie słowo?
Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, że są rzeczy, które mają nieprzekraczalny termin, ale nie jest ich zbyt dużo. Na pewno nie ma deadline’u przy pisaniu piosenki, tekstu czy robieniu płyty. Albo ona będzie dobra, albo będzie zwyczajnie słaba, bo był deadline, którego ktoś przypilnował. Będąc w gorszym momencie życia nagle musisz się z niego wywiązać, choć czujesz, że nic z tego nie będzie, ale próbujesz… Miotasz się, a potem dajesz byle jakie zdjęcie na okładkę, żeby to już zamknąć i żeby poszło do sklepów i od razu się tego wstydzisz. Bo wiesz, że to jest słabe, bo miałeś zły moment, ale się wywiązałeś… Więc po co ten deadline? W dużych wytwórniach płytowych pracuje wiele osób, które są niezbędne do tego, żeby te firmy działały. Jednak żeby ci ludzie na siebie zarobili, to muszą coś robić. Więc jeśli nie zorganizujesz im pracy, czyli nie przyprowadzisz piosenkarza, który nagra im płytę, to oni nie będą mieli co robić. Więc wydaje się całą masę nie najlepszych płyt, żeby wszyscy mogli popracować. Po prostu. A można by nad niektórymi z tych tytułów dłużej posiedzieć. Może jakaś płyta nie musiałyby się ukazywać dziś, ale tak się przeważnie nie dzieje. Jest je*any deadline.
Na pewno nie ma dla mnie deadline’u przy pisaniu piosenki, tekstu czy robieniu płyty
Uzek
Uzek & Marcus Bell z Opposition

Uzek & Marcus Bell z Opposition

© Biljana Bakić

Masz w dorobku płyty, których wstydzisz się w podobny sposób?
Nie ma raczej ich wiele. Powiem ci zupełnie szczerze – lubię te płyty, przy których pracowałem. Ale też nigdy nie traktowałem tego jako pracy.
Szczęściarz.
Całe życie moje, twoje, jak i naszych czytelników, to są wybory. Spotykasz na swojej drodze mnóstwo ludzi, w telefonie masz setki numerów i tylko od ciebie oraz twojej intuicji zależy, czy będziesz się kumał z kimś fajnym i sensownym, czy będziesz tracił czas z gamoniami i Klaudiuszami.
Podasz receptę dla długoletnie, dobre znajomości, zwłaszcza w branży muzycznej?
Notuj. Znajomości są w stanie przetrwać, jeśli się o nie dba i jeśli występuje między nami pewien poziom porozumienia. Musi mi przede wszystkim pasować twoja facjata, muszę lubić, kiedy do mnie mówisz i nie męczysz buły. Jesteś zabawny i do tego jeszcze twoje życie od strony moralnej mi pasuje. Kiedy po prostu cię lubię. Nie gardzę tobą, nie myślę o tobie źle, nie robię cię w ch*ja, a ty nie robisz mnie. Wtedy jest szansa na dobrych znajomych i przyjaciół. Ty się dla nich liczysz, oni się liczą dla ciebie. Wśród was występuje zdrowa relacja. Nic nadzwyczajnego. Gdybym z Rojasem nie miał normalnych stosunków po 25 latach znajomości, i gdybym go tak najnormalniej w świecie nie lubił, nie miał ochoty na jego towarzystwo, albo żeby tak po prostu zadzwonić, zapytać co słychać, to prawdopodobnie nie byłoby tego Lenny Valentino i innych rzeczy. Myślę, że on też tak ma. Chciałbym być dla niego po prostu kolegą. Super, że mam fajną relację ze Smolikiem. Cały czas go lubię i cały czas jest dla mnie mistrzem pod wieloma względami. Jeżeli ktoś z moich znajomych miałby kiedykolwiek wydać książkę wspominką o muzyce, showbizie czy czymkolwiek, to właśnie Andre.
Z kim znasz się najdłużej?
Najdłuższa aktywna znajomość zawodowa jaką mam, to ta z Krzyśkiem Domańskim, który gra z Kortezem. Znamy się 30 lat. Od Jarocina w 1991 roku. Mieliśmy może jakiś krótki okres, kiedy się ze sobą nie kontaktowaliśmy, ale właściwie od dłuższego czasu nasze kontakty są zagęszczone. Poza tym ciągle tęsknię za ludźmi, z którymi coś przeżyłem, przy których czuję się dobrze i bezpiecznie. Koledzy to też najlepszy radar. Czasem korci mnie, żeby ruszyć na jakiś przegląd, posłuchać, kto tam występuje. Ale najlepsze rzeczy podsuną ci znajomi. Jeśli usłyszę od gościa, któremu ufam, że jest coś naprawdę dobrego, to idę w to i sprawdzam.
Ty i tak miałeś szczęście do muzycznych przeglądów. W „Idolu” spotkałeś Ankę Dąbrowską. W „Must Be The Music” Korteza i Kaśkę Sochacką.
W obydwu wypadkach było w tych programach telewizyjnych dużo więcej osób, którymi się jarałem, ale nie wszystkim udało sie dobiec do mety. Z tymi zabawami bywa różnie. Możesz trafić na świetnie zorganizowany przegląd, w ręku będziesz miał już worek na hajs i stosowne kwity, tylko tego artysty tam nie znajdziesz. I co? Bierzesz w takim razie byle patałacha, bo zainwestowałeś już swój czas i masz te kontrakty? A może nie bierzesz nikogo i czekasz spokojnie na tego właściwego? Może spotkasz go kiedyś w barze mlecznym? Dopiero dziesięć lat po Sissy pojawił się na mojej drodze Kortez. Wcześniej nie było nikogo takiego, żebym koniecznie chciał się dla niego spuszczać.
Od ciebie tylko zależy, czy będziesz się kumał z kimś fajnym i sensownym
Uzek
Kortez też już zdaje się przyjął twój tryb pracy, bo po mocnym debiucie w 2015 roku, do tej pory wydał tylko jeszcze jeden album – „Mój dom” dwa lata później.
Gdyby Kortez był głupi, to usiadłby mi dwa lata temu na karku, przystawił pistolet do skroni i powiedział: „stary, ku*wa, tu są moje piosenki, w chu*u mam twoją opinię, bo teraz wydajemy moją trzecią płytę”. Ale był mądry i tego nie zrobił. Podjął z nami wiele decyzji, które mu się opłaciły. Podobnie Kaśka Sochacka, ona też mi bardzo imponuje.
To samo słyszę od artystów, z którymi pracujesz o tobie.
Cieszy mnie to.
Choć ja, zanim cię na dobre poznałem, podchodziłem do ciebie z dystansem. Ludzie straszyli mnie strasznym Uzkiem, których wszystkich stawia po kątach.
Ludzie to świnie (śmiech). A propos tego, co ludzie mówią i co artyści przy mnie mogą, a czego nie, to mam taka historyjkę. Kiedy podpisywałem kilku nygusów z Krakowa do kontraktu wpisałem dodatkowy punkt, mówiący o tym, że na sześć godzin przed koncertem, próbą, wywiadem czy inną aktywnością artystyczną, wykonawcy „nie mają się znajdować” pod wpływem żadnych środków odurzających. Zespół tego nie kwestionował i podpisał kwity. Potem podpisywałem Maxa Fiszera (którzy byli jeszcze niepełnoletni), Korteza, Kaśkę Sochacką i paru innych. Gdy kopiowałem ten zapis do kolejnych kontraktów, jakimś cudem z tego zdania nie skopiowało mi się „nie” i zostało, że „mają się znajdować”. (śmiech) Widzisz, jaki ze mnie dobry szef, jaka dobra wytwórnia? (śmiech)
Zgłaszam się do grania! Ale wcześniej opowiedz, od czego właściwie wspomnienie i wydawnictwo „Sissy Records 2001-2004” się zaczęło?
Parę lat temu miałem gorszy moment w życiu, choć nie zdawałem sobie z tego sprawy. Powiedziała mi o tym koleżanka, którą spotykam raz na pół roku. „Dżozef ale ty jesteś w fatalnej formie” – rzuciła. Ja na to: „Co ty pie*dolisz!”. A ona: „Znam cię przecież dwadzieścia lat, widzę, że nie jest dobrze”. Rzeczywiście byłem w kiepskiej formie, choć tego nie kumałem. Fakt, było mi trochę smutno, miałem różne problemy i czułem, że przepie*doliłem całe swoje życie. Wiesz, że nie zrobiłem nic sensownego. Zdawałem sobie też sprawę, że właściwie nic nie umiem, nie jestem żadnym budowniczym, nie piekę chleba, nie mam ukrytych talentów… Właściwie, to od 20 lat chodzę i tu i tam pie*dolę farmazony. Tak wygląda moje życie. Jedyne co mam, to naprawdę sporo płyt i trochę koszulek z nazwami zespołów. Tyle. Właśnie to do mnie doszło. Żeby sobie poprawić wtedy nastrój, zacząłem robić składankę Sissy. Wgrałem do komputera wszystkie wydawnictwa, ponumerowałem, zacząłem poprawiać opisy i coś tam układałem bez większego sensu.
Też kiedyś uwielbiałem to robić. Składanki wypalane później na CD.
Choć minęło 15 lat, te piosenki znowu mnie uderzyły. Chwilę później zadzwoniłem do Krzyśka Ostrowskiego z Cool Kidsów i mówię: „Krzychu, robię taką składankę, może wezmę od Sony licencję na te piosenki i wydam ją w Jazzboyu, bo przecież nikt inny tego nie zrobi. Mógłbyś zaprojektować do tego okładkę?”. On na to, że pewnie, że jutro wyśle. I rzeczywiście wysłał okładkę ze zdjęciem swojej córki, która siedzi, wku*wiona przy klawiszku na lekcji muzyki i z tymi otępiałymi dziećmi na drugim planie. Zajebista! Ale po czasie temat tego „besta” umarł, bo pojawił się w moim życiu Kortez. Wracałem jednak co jakiś czas do folderu „Sissy Best” i kiedy w ubiegłym roku skumałem, że zaraz mija 20 lat, to stwierdziłem, że najwyższa pora tę składankę zamknąć. Pojawił się tak zwany deadline. (śmiech) Sam zaproponowałem się Sony i obiecałem, że w ramach promocji wydawnictwa na pewno pogadam z tobą. (śmiech)
To najlepszy argument. Ale chyba też najdłużej powstający składak w dziejach.
Robienie składanek to nie wyścigi. Jeszcze na przełomie roku 2020 i 2021 przeżywałem pewne rozterki związane z zawartością, ale szczęśliwie wpadłem na pomysł, jak to zrobić. (śmiech) Na pierwszą płytę składają się najbardziej sztandarowe utwory każdego z wykonawców, którzy byli w Sissy, na drugim krążku pojawiają się różne zajebiste numery, które nie były singlami oraz kolaboracje między asami. A na trzeciej tylko covery. Potem trzeba było już tylko ułożyć kolejność, co najbardziej lubię w życiu robić. (śmiech)
Masz z tym bestem poczucie jeszcze jakiejś ostatniej misji? Przypomnieć się młodym, uratować Sissy od zapomnienia?
Nie, nie mam poczucia żadnej misji. Chciałem tylko zrobić fajną składankę i zaimponować żonie. Zarchiwizować te nagrania w taki sposób, by zostawić po nich ślad. Wiesz, kiedy wyłączą nam już wszystkim internet, dobrze będzie mieć swoją ulubioną muzykę przy sobie, na płycie.

Zobacz teraz film o historii Stones Throw Records

Oto kawałek undergroundowej historii wzbogacony o wywiady z Madlibem, Kanye Westem i Commonem.