Jesteś w tej branży od wielu lat, wiele widziałeś, pewnie pamiętasz ten okres, gdy polski hip-hop zaczął się profesjonalizować?
Jakuza: Ciężko wyszczególnić jeden moment lub wydarzenie. To była raczej naturalna ewolucja, która następowała na skutek rozwoju sceny. Złożyło się na to naprawdę wiele czynników. Zaczęły się otwierać na przykład wytwórnie ukierunkowane tylko na hip-hop, pojawiły się agencje bookingowe, czy profesjonalni organizatorzy koncertów. Niebagatelny wpływ na rozwój muzyki miała też oczywiście ewolucja mediów elektronicznych i to, że ludzie siedzący w tej kulturze od dawna chcieli się rozwijać i uczyć nowych rzeczy. Kiedy w 2001 roku zacząłem pracować w hip-hop.pl, bardzo chcieliśmy, by ta muzyka w Polsce była bardzo popularna, by leciała z każdych głośników, by wchodząc do sklepu, leciał w nim rap. No i udało się, bo dziś jest niemalże wszędzie. Nie zawsze oczywiście brzmi tak, jakbyśmy sobie tego życzyli, ale sukces niewątpliwie został osiągnięty. Bardzo mnie to cieszy.
2 min
Czym dla ciebie jest hip-hop? Raperzy odpowiadają
Popularność hip-hopu niesie za sobą tylko pozytywne aspekty?
Na pewno czymś negatywnym jest fakt, że aby stał się popularny, artyści – mówiąc brzydko – idą na łatwiznę i nagrywają utwory łatwe, lekkie i przyjemne. Tworzą je w taki sposób, by zaspokajały potrzeby masowego odbiorcy, a to widać i słychać. Hip-hop ma wiele twarzy i nie możemy narzekać na to, że tak jest, bo jeśli komuś nie odpowiadają przyśpiewki wokalne, to może skierować swoją uwagę na innego artystę, który trafi w jego gusta... po prostu. W tej chwili nasza rapowa scena jest tak rozwinięta, że naprawdę dla każdego znajdzie się coś odpowiedniego. Należy się z tego tylko cieszyć. Nie ma co narzekać.
Masz jakąś teorię na temat tego, dlaczego polski hip-hop nigdy na dobre nie zagościł w telewizjach muzycznych?
Raperzy rzadko kiedy byli pokornymi gośćmi w telewizji i m.in. dlatego zamykano przed nimi wiele furtek do mediów. Niejednokrotnie przed startem programów proszeni byli o to, by zachowywać się parlamentarnie, by nie przeklinali i unikali kontrowersyjnych słów. W momencie, kiedy my nie byliśmy poważnie traktowani przez te „stare”, oficjalne media, wykształciliśmy sobie własne kanały dotarcia. Od kilku lat to telewizje chcą mieć u siebie raperów, a nie odwrotnie. Zwróćmy uwagę, że projekt pod tytułem Hip-Hop TV utrzymał się przez niecały rok, ponieważ my już nie potrzebujemy telewizji, by być wszędzie – mamy internet. Inną sprawą jest fakt, że rok to stanowczo za krótko, by oceniać sukces albo porażkę takiego projektu. I akurat moim zdaniem tę telewizję zamknięto nieco za wcześnie, ale to zupełnie inny temat.
I te media niejednokrotnie próbują się dobijać do czołowych polskich artystów. Często wychodzą z tego śmieszne sytuacje. Pamiętam, kiedy wydawałoby się poważni redaktorzy dziwili się, że Ostry sprzedaje aż tyle płyt i jest od wielu lat w trasie koncertowej.
Wynika to głównie z braku kompetencji. Jeżeli ktoś w 2020 roku wciąż jest w szoku, to znaczy, że jest niekompetentnym i słabym dziennikarzem. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Zdobycie tego typu wiedzy zajmuje dziś nie więcej niż kilkadziesiąt sekund. Jeżeli ja pisałbym tekst przykładowo o zespole metalowym, to nim wykręciłbym do nich telefon, starałbym się czegoś dowiedzieć - przeczytał wywiad, poszperał w sieci. Jeśli ktoś jednego dnia kręci program o hip-hopie, drugiego o grzybiarzach, a trzeciego o myśliwych, to nadal nie tłumaczy to jego ignorancji i braku wiedzy. Takie sytuacje zdarzają się nie tylko w kwestii hip-hopu, czy muzyki, bo ludzka ignorancja jest ogromna w każdej dziedzinie. Od lat tak było, jest i pewnie wciąż będzie, bo tacy, a nie inni ludzie zatrudniają się w zawodzie dziennikarskim. Rzetelne osoby w mediach stanowią mniejszość. Telewizja, czyli „stare” media, nie zmieniła się, oni nadal są ignorantami, jeśli chodzi o zjawiska – chciałoby się powiedzieć niszowe – ale hip-hop przecież niszowym zjawiskiem już dawno nie jest. Wystarczy spojrzeć na Spotify czy Olis. Nas w mainstreamie osadzili słuchacze, nie media. Media przespały moment, w którym mogliby się zainteresować hip-hopem, a teraz próbują to nadrabiać. Pierwszy przykład z brzegu: film „Proceder”. Nagle wszyscy piszą o raperze i tej produkcji. Prawda jest taka, że oni już nigdy nie nadrobią tego dystansu. Z drugiej strony – nie możemy wymagać też od całego świata, by się nami interesował i wiedział, co u nas słychać. Należy pamiętać, że jesteśmy w pewien sposób hermetycznym środowiskiem.
Żabson jakiś czas temu powiedział, że kiedyś producent wykonawczy nie miał racji bytu w polskim hip-hopie, gdyż raperzy „nie dali sobie powiedzieć, że ktoś może mieć inny, lepszy pomysł na ich album”.
Żabson w dużej mierze ma rację, natomiast zabawne jest to, że porównuje to do starych czasów, kiedy na tej scenie jeszcze go nie było. (śmiech) To normalne, że tutaj każdy chce robić coś indywidualnie: pisze sam teksty, czasami robi bity i jakby mógł, to jeszcze sam by się zrealizował i miksował swój materiał. (śmiech) Fajnie natomiast jest to, że ludzie w środowisku zaczynają rozumieć, że praca kolektywna daje lepsze efekty. Mamy super realizatorów dźwięku, fantastyczne osoby od miksu i masteringu, producentów wykonawczych czy grafików. To cały sztab ludzi, który dba o to, by projekt finalny był na jak najwyższym poziomie. Nie oznacza to, że każdy projekt musi mieć swojego producenta wykonawczego w osobie innej niż artysta, bo są oczywiście ludzie, którzy są na tyle kompletni, że nie potrzebują nikogo. Natomiast jeśli ktoś ma świadomość, że potrzebuje się skoncentrować tylko na procesie twórczym, a rzeczami dookoła powinien zająć się ktoś inny, to... świetnie, że ma tego świadomość.
Doczekaliśmy się już w Polsce pierwszej klasy o profilu disco polo – może więc kiedyś hip-hop zagości na dobre na uczelniach wyższych i będzie tam traktowany poważnie?
Może nie w Polsce, ale na świecie takie rzeczy już się dzieją. Jeśli ktoś uczy się tworzenia muzyki, to nie sposób pominąć samplowania albo technik didżejskich – a te rzeczy stworzyła przecież kultura hiphopowa. Ja, prowadząc wykłady, pokazuję bardzo dużo rzeczy, które osiągnęliśmy jako środowisko, właśnie przez to, że ignorowały nas „stare” media i jak dobrze sobie poradziliśmy w internecie w komunikacji z grupą docelową. A to jest coś, czego inne nurty muzyczne bardzo chciałyby się od nas nauczyć. Kiedyś mój rozmówca powiedział, że takie patenty można stosować tylko w środowisku hiphopowym, a okazuje się, że nie tylko... Raperzy bazują na fajnym kontakcie z grupą docelową – na rozmowach, wymianie poglądów i tak dalej. Spójrzmy chociażby na grupy facebookowe. Przecież takie grupy mają nie tylko raperzy, ale i artyści z innych środowisk. Z powodzeniem prowadzi je wielu muzyków. Nie jesteśmy tu jacyś wyjątkowi. To wymaga pracy, otwarcia się i przede wszystkim komunikacji dwustronnej. Już minęły te czasy, gdy artysta wydawał płytę, a słuchacz mógł jej tylko posłuchać w domu i na koncercie. Teraz muzycy muszą być przygotowani na feedback i dialog – nie tylko na koncertach i zlotach fanów. Hip-hop wzorowo to wykorzystał do zbudowania naszego środowiska. To ogromny wkład hip-hopu w rozwój całej sceny muzycznej w Polsce.
A my możemy się uczyć czegoś od innych środowisk? Przykładowo w kwestii praw autorskich?
Jesteśmy cholernie specyficznym środowiskiem w tej dziedzinie. Hip-hop olbrzymią wagę przykłada do samplowania i skreczowania, czyli rzeczy, które – mówiąc delikatnie – w dużym poważaniu mają prawa autorskie. No i nie ma co ukrywać, ale jesteśmy trochę na cenzurowanym, jeśli chodzi o podejście innych gatunków. Artyści z innych kręgów nie wyobrażają sobie, by ktoś bez ich wiedzy i zgody wykorzystywał ich sample np. w utworze, w którym padają wulgaryzmy. Niektórzy z nich są przerażeni takim faktem. Mamy z prawami autorskimi troszeczkę na pieńku. Jesteśmy świetnym przykładem na to, jak można je ignorować. Choć oczywiście są i takie inicjatywy, które pokazują, że można to sprofesjonalizować. Jest np. serwis, na którym artyści sprzedają swoje sample. Można je za pośrednictwem strony kupić z pominięciem tysiąca umów z publisherami, odszukiwaniem właścicieli praw autorskich i tak dalej.
W wytwórni Wielkie Joł spędziłeś kawał życia. Czego tam się nauczyłeś?
W zasadzie to wszystkiego! Absolutnie nie żałuję tych 15 lat. Zrobiliśmy wspólnie mnóstwo niesamowitych rzeczy. My jako pierwsi wydaliśmy płytę w postaci mp3, którą można było ściągnąć za SMS-a premium w 2006 roku, gdy nie było jeszcze smartfonów. Wydaliśmy też płytę z kodem QR, z rozszerzoną rzeczywistością – po zeskanowaniu strony można było zobaczyć więcej treści. Zrobiliśmy flash mob na powrót Warszafskiego Deszczu. Ludzie w 33 miastach w Polsce spacerowali z otwartymi parasolami! Byliśmy prekursorami w naprawdę wielu rzeczach. Wyznaczyliśmy też trochę kierunek rozwoju tej sceny w Polsce. Pokazaliśmy, że należy robić rzeczy świeże i ciekawe, które angażują odbiorców. Czasami żałuję, że niektóre rzeczy zrobiliśmy tak wcześnie, bo wspominany wcześniej flash mob zorganizowaliśmy w czasach przed Facebookiem. Podejrzewam, że gdybyśmy to robili w erze fejsa, to tych miast nie byłoby 33, tylko 330.
Anegdotek z Wielkiego Joł pewnie masz niemało...
Pierwsza, która przychodzi mi do głowy, to koncert Warszafskiego Deszczu w lany poniedziałek, połączony z premierą teledysku „Już od 99 płynę” pod Pałacem Kultury. Pierwotnie zadzwoniłem do PKiN, by dowiedzieć się, ile będzie kosztowało nas wynajęcie powierzchni pod pałacem. Miła pani wyliczyła mi jakieś ogromne pieniądze za tę przestrzeń, więc stwierdziliśmy, że gra nie jest warta świeczki. Kupiliśmy sobie więc bilet wjazdowy na parking i zrobiliśmy to, co planowaliśmy, ale za cenę biletu! Nie blokowaliśmy pasa ruchu, nie robiliśmy nic, co mogłoby jakkolwiek wpłynąć na przestrzeń. Stwierdziliśmy, że w razie czego zapłacimy mandat, ale na szczęście obyło się bez niego, mimo że później pojawiła się tam policja. Cała sytuacja dała mi ogromną satysfakcję i udowodniła, że dobrym pomysłem i odważnymi rozwiązaniami można wiele osiągnąć.
Potrafiłbyś wskazać wydarzenie, które szczególnie utkwiło ci w pamięci?
Kawał dobrej roboty zrobiliśmy, organizując największe rapowe urodziny w Polsce, czyli urodziny Tedego w Mielnie. Kulminacją tego była impreza w 2018 roku, którą zrobiliśmy na stadionie miejskim. To był zdecydowanie fajny cykl, na którym widać było, jak ta impreza się rozwijała. To było duże osiągnięcie, jeśli chodzi o coś, co robiliśmy cyklicznie i stworzyliśmy sami od zera.
Twoje odejście z Wielkiego Joł było podyktowane czymś konkretnym?
Nie mam zamiaru drążyć tego tematu. Życie jest pełne nowych wyzwań, więc musiałem podjąć takie ryzyko i mimo że spędziłem tam wiele lat, to zdecydowałem się na ten ruch. Jestem z tego powodu zadowolony. Wolałbym raczej rozmawiać o nowym etapie życia niż rozpamiętywać przyczyny mojego odejścia.
Ten nowy etap życia na pierwszy rzut oka wydaje się ciekawy.
Pracuję obecnie w Addicted To Music Studios. Z Markiem [Maro Music - przyp. red.] znamy się dosyć długo i w momencie, kiedy ogłosiłem zakończenie współpracy z Wielkim Joł, dostałem wiele propozycji, także z dużych wytwórni. Natomiast ja całe życie byłem dość sceptycznie nastawiony do majorsów, więc nie do końca widziałem siebie, jako jedno z ogniw takiej dużej oficyny wydawniczej. Dlatego przystałem na propozycję od Marka, z którym mam fajną płaszczyznę porozumienia i jest wiele rzeczy, które możemy razem zrobić. Marek ma bardzo dużo osiągnięć za granicami Polski, ale nigdy nie miał czasu, by o sobie mówić i chwalić się tymi wszystkimi projektami... no i tutaj pojawiam się ja cały na biało. (śmiech) Mam nadzieję, że efekty naszej współpracy będą fajne i owocne. Wierzę, że Marek stanie się rozpoznawalną postacią w naszym kraju. Już samo bardzo niekonwencjonalne wydanie singla jego płyty producenckiej mówi, że będzie to wyjątkowa współpraca. Oprócz tego wciąż wykładam na studiach podyplomowych i w Akademii Menedżerów Muzycznych. Ponadto bardzo aktywnie zająłem się malarstwem. W 2019 roku miałem ponad 10 wystaw – zbiorowych i indywidualnych. To daje dużo radości i cieszę się, że podobają się one coraz większemu gronu osób.
Możesz zdradzić, nad czym jeszcze pracujecie?
Jesteśmy w trakcie pracy nad producenckim albumem koncepcyjnym Maro Music. To będzie bardzo nowatorskie wydawnictwo w bardzo futurystycznym klimacie. Na razie ukazał się pierwszy singiel z gościnnym udziałem kalifornijskiej artystki Lex Lu, ale w przygotowaniu są już kolejne. Ponadto aktualnie pracujemy nad drugą serią tutoriali z zakresu produkcji muzyki. Można je oglądać na YouTubie, Facebooku oraz IGTV. Mamy bardzo dobry feedback. Widać, że zdecydowanie brakowało takiej produkcji w Polsce. Jest dużo podobnych poradników w języku angielskim, dlatego zdecydowaliśmy się to zrobić właśnie w języku ojczystym. Oprócz tego w ramach działań Addicted To Music rozwijamy markę Bettermaker, czyli profesjonalny sprzęt pro audio dystrybuowany w ponad 35 krajach na całym świecie. Na ten temat mamy dużo do powiedzenia na światowym rynku, a sprzęt przez nas oferowany jest chętnie kupowany przez klientów z całego świata. Jak widać, dzieje się dużo. Trzymajcie kciuki!