Nie ma znaczenia, czy naprzeciwko stoją starsi koledzy, doświadczeni ligowcy czy uznane gwiazdy europejskiego futbolu. Bartosz Mazurek wychodzi na boisko z tym samym nastawieniem: chce grać, cieszyć się piłką i pokazywać pełnię swoich umiejętności.
Tak było, gdy miał osiem lat, piętnaście, i tak jest też teraz, kiedy jako 19-latek stara się przebić do wielkiego futbolu w Red Bullu Salzburg.
W rozmowie z Red Bull Polska pomocnik tłumaczy, skąd bierze się jego pewność siebie, opowiada o piłkarskich idolach i bez większego wahania wskazuje klub, w którym chciałby grać w przyszłości.
Bartłomiej Bukowski, Redbull.com: Przed transferem do Salzburga obserwowano cię przez trzy lata. Wiedziałeś, że aż tak długo byłeś pod lupą Austriaków?
Bartosz Mazurek: Zaimponowało mi to, kiedy się dowiedziałem. Mieli raporty z moich meczów nawet jeszcze z czasów CLJ w Jagiellonii i reprezentacji u16. To zrobiło na mnie duże wrażenie. Widziałem, że naprawdę im zależy i mają na mnie pomysł. Przedstawiono mi plan, odbyliśmy wiele rozmów. Do tego dochodzi sposób funkcjonowania klubu. Wiemy też, ilu znakomitych piłkarzy rozwinęło się w Salzburgu.
Czy był jakiś konkretny element tego planu, który ostatecznie przekonał cię do transferu?
Trudno wskazać jedną rzecz. Przede wszystkim czułem, że chcą na mnie stawiać, wierzą we mnie i dostrzegają mój potencjał. Dlatego zdecydowałem się na ten krok.
Wspomniałeś, jak wielu zawodników przebiło się w Salzburgu. Jak postrzegasz ten transfer?
Myślę, że to taki "middle step" na drodze do najwyższego poziomu futbolu. To idealne miejsce, żeby przyzwyczaić się do większego zainteresowania i nieco wyższych oczekiwań. Ale najpierw muszę regularnie dobrze grać dla FC Red Bull Salzburg. Dopiero wtedy będzie sens myśleć o kolejnym kroku.
Gdzie zatem widzisz Bartka Mazurka za pięć lat?
Mam nadzieję, że w Realu Madryt (śmiech).
Bez chwili zastanowienia. Czyli o ulubiony klub nie muszę już pytać?
Zgadza się. Chłopaki też trochę porównują mnie do Bellinghama, więc czemu nie?
A jeżeli chodzi o idoli z dzieciństwa, to na kim najbardziej się wzorowałeś?
Kiedy byłem młodszy i oglądałem piłkę bardziej jako kibic, był to Cristiano Ronaldo. Później, kiedy zacząłem się trochę lepiej znać na i bardziej obserwować zawodników na mojej pozycji, był to Luka Modrić. Dlatego też bardzo nie mogłem się doczekać meczu z Milanem w Lidze Europy.
Będziesz miał okazję zagrać przeciwko swojemu idolowi. Pojawia się w takich chwilach jakiś dodatkowy stres?
Nie nazwałbym tego presją. Przede wszystkim czuję ekscytację. To spełnienie marzeń, bo właśnie dla takich meczów zacząłem grać w piłkę. Stadion będzie niemal pełny, a atmosfera niesamowita. Marzyłem o takich wieczorach. Wiem, że w spotkaniach tego typu nie mam nic do stracenia, a wszystko do zyskania.
Zawsze byłeś tak pewny siebie? Słyszałem, że już jako dziecko regularnie grałeś przeciwko starszym zawodnikom. Czy to pomogło ci zbudować pewność siebie?
Myślę, że kluczowe jest to, żeby mieć otwartą głowę i wchodzić na boisko bez kompleksów. Umiejętności ma wielu zawodników, ale głowa również jest bardzo ważna. Dzięki temu, że zawsze grałem ze starszymi, nabrałem odwagi. Nie zastanawiałem się przesadnie, z kim gram. Tak było, kiedy miałem osiem lat, piętnaście, i tak jest również teraz. Wychodzę na boisko, żeby cieszyć się grą.
Czy ta pewność siebie przekłada się również na Twoją osobowość poza boiskiem?
Poza boiskiem staram się być normalnym chłopakiem, nie wywyższać się i po prostu ciężko pracować. Jestem odważny i otwarty, ale na co dzień zdecydowanie spokojniejszy niż podczas meczu.
Dużo zawdzięczam bratu
Skoro jesteśmy już przy Twoim dzieciństwie. Przeglądając twoje starsze wywiady, zauważyłem, jak często mówisz o bracie. Zastanawiałeś się kiedyś, czy bez niego w ogóle zostałbyś piłkarzem?
Trudno powiedzieć. Na pewno bardzo mi pomógł, ale trudno przewidzieć, czy bez niego wszystko potoczyłoby się tak samo. Dzięki niemu dużo szybciej zacząłem grać w piłkę, bo kiedy on poszedł na trening, ja automatycznie poszedłem razem z nim. Dużo mu zawdzięczam.
Większe znaczenie miało to, że zaszczepił w Tobie miłość do futbolu czy po prostu. że zawsze był obok i mogłeś na niego liczyć?
Myślę, że to drugie. Zawsze był przy mnie, zarówno w lepszych, jak i gorszych momentach. Grać w piłkę zawsze kochałem, sprawiało mi to radość, a jego obecność po prostu mi wszystko ułatwiała.
Teraz brat przeprowadził się z tobą do Austrii. To było oczywiste, że wyjedziecie razem?
Dużo o tym myśleliśmy, ale po cichu prosiłem go, żeby wyjechał ze mną. To mój pierwszy taki wyjazd i wiedziałem, że jego obecność mi pomoże. Teraz mieszkamy razem i bardzo się cieszę, że mam kogoś bliskiego na miejscu. To również jego zasługa, że tak dobrze sobie radzę.
Jak w ogóle odnajdujesz się w Salzburgu? To spora zmiana po latach spędzonych w Białymstoku.
Żyje mi się tu bardzo dobrze. Są tutaj piękne widoki, blisko góry, więc kiedy wstajesz rano, masz na co popatrzeć. Miasto jest bardzo ładne, trochę mniejsze niż Białystok. Szczerze mówiąc, odpowiada mi to, bo wszędzie jest blisko. Klub ma świetną bazę, stadion też jest piękny. Drużyna bardzo dobrze mnie przyjęła i mam świetny kontakt z chłopakami.
Zdążyłeś się już bliżej zakumplować z jakimiś piłkarzami w szatni?
Mam bardzo dobre relacje z Eddiem Baidoo, skrzydłowym z Ghany, Abu Barrym, a także z naszym kapitanem Nikolasem Veratschnigiem i Dominikiem Schmidem. To z tą grupą spędzam najwięcej czasu.
A jak wygląda współpraca z trenerami? Czym najbardziej różni się od tego, czego doświadczałeś w Polsce?
O sztabie mogę wypowiadać się wyłącznie w superlatywach. Sposób gry drużyny był jednym z czynników, które przekonały mnie do transferu, bo bardzo mi odpowiada. Gramy intensywny futbol. Trenerzy dużo ze mną rozmawiają, pytają o moje odczucia. Sporo pracujemy też indywidualnie.
Na czym się koncentrujecie?
Przede wszystkim pielęgnujemy elementy, w których już jestem dobry. Jednym z nich jest progresywne prowadzenie piłki. Trenerzy wręcz namawiają mnie, żebym robił to jak najczęściej, bo dzięki temu tworzę przewagę. Drugim elementem są stałe fragmenty gry. Dużo nad nimi pracujemy, bo sztab widzi, że mam potencjał.
Na jakiej pozycji zatem czujesz się najlepiej? Gdzie najbardziej uwidaczniają się Twoje atuty?
Jako ósemka, bo mogę wtedy łączyć cechy ofensywne i defensywne. Mam odpowiednią motorykę, mogę pomagać w budowaniu akcji, a później włączać się do ofensywy i je wykańczać.
W październiku zostałeś wybrany piłkarzem miesiąca. Spodziewałeś się takiego wyróżnienia już na początku przygody z Salzburgiem?
Wiedziałem, że mnie na to stać, ale nie spodziewałem się, że wydarzy się to tak szybko. Jestem zadowolony, ale nie chcę się zatrzymywać ani zadowalać tym, co już osiągnąłem. Oby takich nagród było jak najwięcej.
Najgłośniej zrobiło się jednak o Tobie jeszcze w barwach Jagiellonii, po hat-tricku przeciwko Fiorentinie. Podobno przeczuwałeś, że tamtego wieczoru wydarzy się coś wyjątkowego?
Po pierwszym, przegranym meczu uważaliśmy, że nie zasłużyliśmy na porażkę 0:3, bo graliśmy z Fiorentiną jak równy z równym. A w dniu rewanżu obudziłem się z przeczuciem, że wydarzy się coś fajnego. Jadąc na spotkanie, założyłem się z chłopakami, że strzelę hat-tricka. Poszły zakłady i po meczu kupili mi najnowszego iPhone'a (śmiech).
A po meczu? Jak w ogóle na to wszystko zareagowałeś?
Zabrałem piłkę do hotelu, położyłem się na łóżku i po prostu na nią patrzyłem. Trochę nie dowierzałem. Telefon był rozgrzany do czerwoności, przychodziło mnóstwo powiadomień, ale go wyłączyłem. Leżałem, patrzyłem na piłkę i myślałem: “Co się stało?”, “Co ty zrobiłeś?”.
Długo trwało, zanim emocje opadły?
Szczerze mówiąc, trzeba było szybko wracać do normalności, bo trzy dni później mieliśmy kolejny ważny mecz z Legią. To jendak wspomnienie na całe życie. Do dzisiaj, kiedy mijam tę piłkę w domu, wracają tamte emocje.
W tamtym momencie, przynajmniej przez jeden wieczór, byłeś najgorętszym nazwiskiem w kraju. Jak radzisz sobie z tym rosnącym zainteresowaniem, a co za tym idzie presją, wokół swojej osoby?
Staram się unikać czytania wszystkiego i pompowania przysłowiowego balonika. Oczywiście nie da się całkowicie odciąć od informacji, ale nie zaprzątam sobie głowy tym, co ktoś napisał. Raczej mnie to motywuje, niż zatrzymuje.
Klub pomaga ci się oswajać z tą otoczką?
Tak. Dużo rozmawiam ze sztabem i trenerem. Nie rzucają mnie od razu na głęboką wodę, nie wysyłają do wszystkich możliwych wywiadów. Wszystko odbywa się stopniowo. Udzielam wywiadów po polsku i angielsku, żeby się uczyć i oswajać z tym wszystkim.
Wspomniałeś o zaufaniu ze strony trenerów. Jak ważną rolę w twojej karierze odegrał Adrian Siemieniec?
Bardzo ważną. Przede wszystkim we mnie wierzył i dawał mi szanse. Czułem jego zaufanie. To nie przypadek, że Jagiellonia tak dobrze radzi sobie pod jego wodzą, a młodzi zawodnicy tak dobrze się rozwijają. To znakomity trener i człowiek, zarówno na boisku, jak i poza nim. Czasem pozwala ci samodzielnie znaleźć rozwiązanie, ale zawsze uważnie obserwuje. Kiedy trzeba, rozmawia, wspiera i doradza. Uważam, że ma potencjał, żeby pracować w naprawdę czołowym klubie.
Trafiłem do Jagiellonii w fantastycznym okresie dla klubu. To było świetne miejsce. Klub miał odwagę zaufać młodym zawodnikom, a wyniki z pewnością w tym pomagały. Poznałem wspaniałych ludzi, którzy mnie rozwijali i pomogli dojść do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Jestem im za to wdzięczny.
Oprócz Ciebie w tamtej Jagiellonii równie mocno wybił się Oskar Pietuszewski. Utrzymujecie wciąż kontakt?
Z Oskarem mamy wręcz przyjacielską relację, jesteśmy bardziej jak bracia. Rozmawiamy praktycznie codziennie. Staram się też utrzymywać kontakt tezz innymi chłopakami z Jagiellonii. Kiedy jestem w Polsce, spotykamy się, rozmawiamy i wspominamy.
Oskar wyjechał za granicę przed tobą. Jego transfer był dla ciebie dodatkową motywacją?
Na pewno. Znamy się od małego, więc bardzo się cieszyłem, kiedy robił kolejny krok. Oczywiście było mi trochę smutno, że odchodzi. Sam odwoziłem go na lotnisko. Ale kiedy widzisz, jak chłopaki, z którymi dzieliłeś boisko, robią takie kariery, to pokazuje, że można.
Niedawno sam zrobiłeś kolejny krok, debiutując w reprezentacji Polski U-21. Jak zapamiętałeś ten moment?
Przede wszystkim duma. Debiutowałem w Polsce i na meczu była praktycznie cała moja rodzina. Podczas spotkania ze Szwecją na trybunach było około piętnastu moich bliskich. To było spełnienie marzeń i wielka radość, że stawiam kolejne kroki.
Dołączyłeś do drużyny, która świetnie radziła sobie w eliminacjach. Łatwo było się w niej odnaleźć?
Na pewno łatwiej wejść do zespołu, który jest na fali. Kiedy są wyniki i dobra atmosfera, wszystko przebiega sprawniej. Sztab i chłopaki bardzo dobrze mnie przyjęli. Jechałem tam z uśmiechem na ustach, żeby pomóc w wywalczeniu awansu. Ostatecznie się udało i jesteśmy z tego dumni. Chciałem też przełożyć dobrą formę z klubu na reprezentację.
Teraz czas na pierwszą reprezentację?
Na pewno moim marzeniem jest zagrać w pierwszej reprezentacji. Ciężko pracuję, żeby to się wydarzyło, i wierzę, a nawet jestem pewny, że w niedalekiej przyszłości tak się stanie.