15 sierpnia, święto narodowe. Do tego finał cyklu o Indywidualne Mistrzostwo Polski w Ostrowie. Maciej Janowski przyjeżdża ze stratą 4 punktów do lidera klasyfikacji generalnej i… wyjeżdża ze złotym medalem. Czwartym złotym medalem IMP. W prestiżowej klasyfikacji wszech czasów awansuje na 3. miejsce, wyprzedzając sławy: Andrzeja Wyglendę, Floriana Kapałę, Janusza Kołodzieja i Bartosza Zmarzlika. Przed nim już tylko najwięksi z największych – Zenon Plech i Tomasz Gollob. „Magic” robi to już drugi raz. Dwa lata wcześniej, w Lublinie, także sięgnął po złoto, mając przed ostatnim turniejem kilkupunktową stratę. Zapraszamy na rozmowę z jednym z trzech najlepszych zawodników IMP w historii.
Lubisz filmy sensacyjne?
Maciej Janowski: Lubię. Fajnie w wolnej chwili obejrzeć dobre kino akcji. Bez napinki, z efektami – tak, spoko rozrywka…
I nie znasz zasady, że dobry motyw scenariuszowy można wykorzystać tylko raz? Że w kolejnym filmie nie zrobi już takiego wrażenia?
Znam. Ale życie i żużel to nie film, więc chyba warto grać ciekawymi efektami specjalnymi? (śmiech) Oczywiście wiem, do czego zmierzamy. Dwa lata temu, w lubelskim finale wyszło to świetnie i wiem, że odbiór tamtego turnieju był naprawdę znakomity. Dlaczego zatem nie powalczyć kolejny raz o emocje kibiców? Ja lubię takie akcje, takie emocje. Nie, żebym z wyrachowaniem planował scenariusz straty punktowej i ataku w ostatnich zawodach, ale wyznaję zasadę, że dopóki szansa jest realna – trzeba robić wszystko, żeby ją wykorzystać. Tak naprawdę, to dać sobie samemu szansę na skorzystanie z okazji, jeśli ta się pojawi. Tak było w Ostrowie Wielkopolskim i finał pokazał, że miałem odpowiednie nastawienie.
Komentatorzy zauważyli, że od drugiej serii startów przeszedłeś w tryb mistrzowski, jakby sama twoja sylwetka na motocyklu, agresja i pewność siebie zdradzały, że uwierzyłeś w złoty medal. To były dobre obserwacje?
Bardzo dobre, tak było. Luz i pewność siebie, z jaką wygrywałem swój drugi bieg, dały mi przekonanie, że będzie można zdziałać naprawdę dużo tego dnia. Ale nie byłoby to możliwe, gdybym już w pierwszym wyścigu nie był szybki. Wszystko ułożyło się w tym turnieju niemal perfekcyjnie. Od początku wybraliśmy z moim teamem odpowiednie setupy, od pierwszych metrów „żarło” i każde kolejne okrążenie dodawało mi przekonania, że jest dobrze. To bardzo komfortowa sytuacja. Szybko wszedłem w „mode flow” – cieszyłem się jazdą i rywalizacją, spokojnie podejmowałem decyzje o ustawieniach, nie szarpałem się. Nie było kalkulacji, tylko czysta przyjemność z jazdy, taka dziecięca ciekawość tego, co przyniesie kolejny wyjazd na tor. To jest mega uczucie! Tylko jeszcze raz podkreślam – nie byłoby to możliwe, gdyby nie znakomicie spasowany sprzęt. To szybki motocykl pozwolił mi wejść w ten stan.
To kiedy zaczęło się liczenie punktów?
Wiesz, nie ma też sensu kogokolwiek oszukiwać. Mam w boskie ekran, na którym wyświetlane są grafiki i klasyfikacja. Słyszę rozmowy w parku maszyn i spikera na stadionie. Nie da się całkowicie odizolować od świata. Miałem świadomość sytuacji punktowej, bo to nie jest jakaś wyższa matematyka. Frajda z uczestniczenia w tak szalonych zawodach była cały czas, ale poważne liczenie punktów zaczęło się przed ostatnim wyścigiem fazy zasadniczej. Widziałem, co wyprawiają „młode wilki” i chciałem uniknąć walki z nimi w biegu dodatkowym. Wygrałem, upewniłem się, że to dało mi udział w finale i poczułem spokój, bo byłem pewien, że będzie medal.
Mówisz o tym z wielką swobodą i tak wyglądałeś podczas turnieju finałowego. Umiejętność zachowania spokoju w takich sytuacjach musi być sztuką, bo niewielu zawodników to potrafi. Skąd bierze się u ciebie ta odporność psychiczna?
Myślę, że w przypadku tego akurat finału duże znaczenie miało to, że ja już takie historie przeżyłem. Sięgałem po mistrzostwo Polski w turniejach indywidualnych i skutecznie odrabiałem stratę w decydujących zawodach. Zdobywałem też medale innych kolorów i całkowicie zawalałem finały… Generalnie – ja już „tam” byłem. W porównaniu do tych, którzy stają przed szansą na pierwsze złoto, czy medal, mam o wiele większy komfort i dzięki temu mogę zachować absolutny spokój. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, kolejne złoto nie zmieni wiele w moim życiu, nie otworzy ważnego rozdziału, nie pozwoli odhaczyć któregoś z marzeń. I teraz rzecz bardzo ważna, chciałbym, żeby mocno wybrzmiała. To nie oznacza, że mi nie zależy, albo że tytuł mistrza Polski nie ma dla mnie wielkiego znaczenia. Ma ogromne znaczenie, cholernie mi zależy i jest to dla mnie wielki zaszczyt, ale dzięki temu, że nie walczę o niego obsesyjnie – mogę walczyć o niego na zdrowym luzie. A najbardziej cieszy mnie radość ludzi, których uradował ten medal. To sprawia mi większą przyjemność, niż osobisty sukces. Niech ten tytuł będzie podziękowaniem dla mojego teamu, moich bliskich oraz kibiców, którzy wierzyli i trzymali za mnie kciuki.
Ostrowski finał przejdzie do historii. Dramaturgia, nieoczywiste rozstrzygnięcia, fenomenalne wyścigi – wszystko to będzie wspominane latami. Czy to, że sięgnąłeś po złoto w najlepszym turnieju dekady, ma dla ciebie znaczenie?
Jasne, że tak! Każdy finał, w którym zdobywałem medal, miał swój urok i smak, ale ten na pewno był unikalny. Wszyscy ścigali się naprawdę ostro, każdy chciał się pokazać i nawet zawodnicy, którzy nie walczyli o medal, w każdym wyścigu szarpali, gryźli tor i atakowali, by skończyć bieg choćby pozycję wyżej. Widzisz takiego delikwenta i sam też chcesz pokazać, że potrafisz i ci zależy. Nakręcaliśmy się wzajemnie i dzięki temu stworzyliśmy widowisko, które na pewno podobało się kibicom. Do tego pełny stadion, dzień narodowego święta, przepiękna i podniosła atmosfera. Ja już na prezentacji widziałem mnóstwo moich kibiców – z flagami, szalikami… Każdy detal mobilizował i pchał do tego, żeby dawać z siebie wszystko.
W decydującym wyścigu rywalizowałeś o złoty medal z Bartoszem Zmarzlikiem. Dla was obu był to dokładnie 150. start w finałach Indywidualnych Mistrzostw Polski. Żaden z zawodników w stawce nie ma takiego licznika. Kiedy dotarło do ciebie, że jesteś w gronie najbardziej doświadczonych polskich żużlowców?
Wiesz co, chyba właśnie w tym ostrowskim finale poczułem to mocniej, niż kiedykolwiek wcześniej. Z Bartkiem rywalizujemy od kilkunastu lat. Zwykle w tych decydujących wyścigach obok stali kumple, z którymi trzymaliśmy się od czasów juniorskich - Patryk Dudek, czy bracia Pawliccy. „To my, znamy się doskonale, jesteśmy młodzi”. A tu nagle bach! W finale podjeżdżam pod taśmę, jest Bartek, a do tego gość młodszy ode mnie o dwadzieścia lat i drugi, niewiele od niego starszy (śmiech). Ciekawe to było. Takie starcie generacji.
Jak wypadło?
Dobrze. I dla nas i dla nich. Jeszcze z Bartkiem daliśmy radę, ale młodzież naciska coraz mocniej (śmiech). Fajnie widzieć, że Kuba Krawczyk wrócił do ścigania na najwyższym poziomie. Maks Pawełczak już jest bardzo mocny, już wiele potrafi, już dysponuje doskonałym sprzętem, a ma dopiero 16 lat! Dobrze, że młodzi nie odpuszczają i chcą z nami wygrywać, bo to bardzo motywuje do pracy. Na pewno żaden z nas – ani ja, ani Bartek, ani Patryk, czy Piter – nie może pomyśleć, że wygra doświadczeniem, sprytem. Normalna zmiana generacyjna – kiedyś to my straszyliśmy Jarka Hampela, Tomka Golloba, czy Janusza Kołodzieja, a za chwilę sami będziemy zwierzyną. Ale spokojnie, ja jeszcze mam w sobie dużo zapału i nie przechodzą mi nawet przez głowę myśli, by ustąpić miejsca młodszym kolegom.
Zwycięzcy często dziękują na podium najbliższym i członkom teamu. Twoje słowa brzmiały jednak wyjątkowo…
Nie chcę i nie mogę tak tego określić, bo wierzę, że wszyscy mają równie szczere intencje. Dzięki rodzinie codziennie staję się lepszym człowiekiem. Dzięki moim paniom odkrywam siebie na nowo, lepiej poznaję i coraz więcej dowiaduję się o sobie samym. Podoba mi się to w rodzicielstwie, pozwala nie dopuszczać złych rzeczy, a pielęgnować te dobre. W moim krótkim przemówieniu zabrakło jednak jeszcze jednej ważnej osoby i chciałbym to teraz naprawić. Chodzi o Tomka Jędrzejaka. Finał rozgrywany był dzień po rocznicy jego śmierci, na torze, na którym się wychował. Turniej poprzedziło jego wspomnienie. To bardzo emocjonalne, bo Tomek był dla mnie bardzo ważny. Nadal jest - pamięć o nim pielęgnuję z wielką troską. On wprowadzał mnie do wrocławskiej drużyny, uczył podstaw poruszania się w tym sporcie. Bardzo za nim tęsknię…