Żużlowiec Mateusz Cierniak - portret
© Łukasz Nazdraczew / Red Bull Polska
Żużel

Mateusz Cierniak: „Żużel był w domu tak naturalną rzeczą, jak oddychanie”

Jeden za najlepszych żużlowców młodego pokolenia, dwukrotny mistrz świata juniorów opowiada o najważniejszych sportowych wspomnieniach, punktach zwrotnych swojej kariery i uzależnieniu od rywalizacji.
Autor: T
Przeczytasz w 10 minPublished on
Jakie jest twoje pierwsze ważne wspomnienie związane z żużlem?
2012 rok. Finał Drużynowych Mistrzostw Polski w Tarnowie, Unia jeździła ze Stalą Gorzów. Ja byłem wtedy mały „kasztan”, miałem niespełna dziesięć lat. Pamiętam, jak próbowałem zająć miejsce na trybunie głównej, przeciskając się przez tłum kibiców. Było tam mnóstwo ludzi - stali na schodach, rozpychali się, krzyczeli, gestykulowali – i domyślałem się, że wchodzę w środek czegoś ważnego, a kiedy w końcu przedarłem się na miejsce i podniosłem głowę, poczułem coś wyjątkowego. Zobaczyłem pełny stadion, tor żużlowy, odpalone jupitery, mnóstwo kolorowych reklam. Do tego ten gwar, emocje ludzi, zapach. Wszystko wywarło na mnie ogromne wrażenie i to wspomnienie jest ze mną do dziś, jakby w mojej głowie wgrał się jakiś film. Mimo młodego wieku, miałem świadomość, że jestem w sportowym teatrze i uczestniczę w czymś szczególnym.
Ale wcześniej miałeś chyba okazję być na stadionie żużlowym, prawda?
Czy byłem na stadionie? Ja się wychowywałem na stadionie! Tata, po zakończeniu profesjonalnej kariery, ścigał się jeszcze amatorsko i zawsze mu towarzyszyłem na zawodach i treningach. Pomagałem przy sprzęcie, wypychałem go do startów. Sam jeździłem jako dzieciak po torze rowerem, a potem motorem ścigałem się z traktorem równającym nawierzchnię. Całymi dniami przesiadywałem z ojcem w warsztacie. Żużel był w naszym domu tak naturalną rzeczą, jak oddychanie i jedzenie. Nie znałem świata bez żużla. Mimo to, właśnie ten finałowy mecz i jego otoczka wywarły na mnie wrażenie, które pamiętam do dziś.
Żużlowiec Mateusz Cierniak

Mateusz Cierniak

© Łukasz Nazdraczew / Red Bull Polska

A pamiętasz swój pierwszy motocykl?
Oczywiście! To była crossowa „pięćdziesiątka” marki Malaguti. Kolor buraczkowy z domieszką szarego. Nie mam pojęcia, skąd tata wytrzasnął taki cud techniki. Ten sprzęt ciągle się psuł i zdecydowanie więcej czasu poświęcaliśmy na naprawy, niż samą jazdę. Ale ja byłem w takim wieku i miałem taką zajawę, że nic nie było w stanie mnie zniechęcić.
Zajawę na motocykl?
Zajawę na wszystko, co pozwalało się wyszumieć. Byłem bardzo aktywnym dzieciakiem i miałem dość szerokie zainteresowania. Motocykl, czy rower, jak wspomniałem, były tak naturalne w moim życiu, że nawet nie wymieniam ich jako pasji. Grałem też w piłkę nożną w lokalnym klubie i dużo biegałem, tańczyłem w zespole hiphopowym, a nawet śpiewałem w chórze!
Nie było zatem od początku jasne, że trafisz na żużel?
Nie. Oczywiście - jeśli coś jest stale wokół ciebie i wydaje się czymś bardzo naturalnym - to jasne, że prędzej, czy później zechcesz tego spróbować. Ale ja nie ograniczałem się do żużla i czepiałem się wszystkiego, a rodzice mi to umożliwiali. Ojciec, choć sam ścigał się zawodowo przez piętnaście lat, nie zachęcał mnie jakoś szczególnie do żużla. Ale też nie odwodził od tej dyscypliny. Dawał mi wolną rękę, bo pewnie i tak podskórnie czuł, że ta moja nadaktywność skończy się jakimś sportem. Kiedy byłem jeszcze naprawdę małym chłopcem, do Tarnowa przyjechała grupa miniżużlowców z Danii. O rany, jak oni wyglądali, jaki mieli sprzęt! Jeździli małymi Yamahami PW50, dostosowanymi do speedway’a – mieli już w nich haki, widelce, siedzenia… no inny świat po prostu! Pamiętam, że bardzo prosiłem tatę, żeby kupił mi taki motor, ale wtedy zwyczajnie nie było nas na to stać. Cóż, wróciliśmy więc do naprawiania buraczkowego Malaguti… Ale myślę, że wtedy coś poczułem, do czegoś zacząłem dążyć. Patrząc na moich rówieśników z Danii, zrodziły się jakieś marzenia i projekt żużlowy zaczął kiełkować.

3 min

Mateusz Cierniak po sezonie 2023 z wizytą w APC - zobacz video

Zobacz, jak wyglądały treningi i badania Mateusza Cierniaka w Red Bull Athlete Performance Center w Austrii.

Jak szybko przyszły owoce?
Ciężko powiedzieć, bo to zależy od tego, co uznamy za owoce. O konkretnych wynikach nikt wtedy nie myślał. Trenowałem, pracowałem nad sobą, dbałem o kondycję, dużo czasu spędzałem przy sprzęcie, ciągle byłem z tatą. Z perspektywy myślę, że w dzisiejszych czasach to całkiem spore osiągnięcia dla chłopaka wchodzącego w wiek nastolatka.
Nie buntowałeś się, nie miałeś chwil zwątpienia?
Świadomie pierwszy trening w życiu opuściłem, jak miałem 12 lat. Zrobiłem to z premedytacją, wybierając spotkanie z kumplami zamiast sportu. Tata pytał mnie wtedy, czy coś się stało, czy coś się zmieniało, czy to mnie nadal cieszy, czy chcę to robić… Było mi tak głupio i tak bardzo wstyd przed samym sobą. Wtedy nastąpiło coś ważnego. Uświadomiłem sobie, co naprawdę chcę robić i w co się zaangażować. To był mega ważny moment w moim życiu. Czas wyboru. Nie było już odwrotu, wszedłem w żużel całym sobą.
Mateusz Cierniak

Mateusz Cierniak

© Lukas Nazdraczew / Red Bull Content Pool

Mateusz Cierniak

Mateusz Cierniak

© Lukas Nazdraczew / Red Bull Content Pool

A kiedy odpuściłeś drugi trening w swoim życiu?
Nigdy. Tylko raz, kiedy miałem 12 lat, zrezygnowałem z treningu. Potem już nigdy się to nie zdarzyło, wyłączając oczywiście sytuacje, gdy z zajęć wykluczały mnie kontuzje.
Ponad 10 lat bez taryfy ulgowej robi wrażenie. Zawziąłeś się, bo wyznaczyłeś sobie jakiś konkretny cel?
Zawziąłem się, bo taki mam charakter. Wtedy nie stawiałem sobie wielkich, konkretnych celów sportowych. Nie jestem z tych, którzy jako dzieci mówili, że chcą być mistrzami świata. Czytam dziś i słucham w wywiadach z różnymi zawodnikami, jak deklarują, że ich celem jest mistrzostwo. Podziwiam, bo ja jako dziecko nie miałem takiej świadomości i nie mam zamiaru ściemniać, że było inaczej. Ja chciałem się po prostu dobrze bawić. I wygrywać. O, tak - chęć wygrywania była u mnie zawsze, ale nie patrzyłem na to w jakiejś mega szerokiej perspektywie. Jechałem na zawody miniżużlowe i po prostu chciałem je wygrać. Jak trenowaliśmy starty, to chciałem być najlepszy. Jak ćwiczyliśmy dany element techniki jazdy, to chciałem wypaść najlepiej. Jak wracałem z treningu, to już myślałem o następnym i o tym, co zrobić, żeby być lepszym od innych. I to mi zostało.
Mateusz Cierniak świetnie czuje się w Lublinie

Mateusz Cierniak świetnie czuje się w Lublinie

© Przemysław Gąbka

Czym jest sukces? Według mnie to nie musi być złoty medal prestiżowej imprezy. To może być dotarcie do miejsca, które będzie miało wpływ na świadomość, pozostawi po sobie ślad, odmieni, zainspiruje, sprawi, że staniesz się lepszym człowiekiem i sportowcem
Lubisz rywalizować?
Uwielbiam. Chyba mogę powiedzieć więcej – jestem uzależniony od rywalizacji. Chcę wygrać wszystko i ze wszystkimi. Nawet wtedy, kiedy tej rywalizacji nie ma (śmiech). Serio. Jak idę na łyżwy, snowboard, czy rower, to podświadomie rywalizuję z każdym w zasięgu wzroku. Patrzę, kto najlepiej sobie radzi i ścigam się z nim, porównuję. Kiedy drużyna trenuje na siłowni i mamy przez 30 sekund wykonywać jakieś ćwiczenie, to liczę powtórzenia swoje i najlepszych kolegów. Liczę, porównuję, dokładam sobie wyzwań. Nie potrafię jeździć w grupie rowerem dla funu – u mnie zawsze jest wyścig. Kiedy startuję w zawodach biegowych, to idę piecem, jakbym walczył o najcenniejszą nagrodę świata. Na zgrupowaniach chcę zjeść obiad szybciej, niż koledzy, szybciej się wykąpać itd…
Brzmi, jak jakieś szaleństwo!
Mam świadomość, że to ociera się o obsesję i może być niebezpieczne. Taki już jestem, ale wierzę, że znam granicę, której nie przekroczę, żeby nie uczynić życia uciążliwym. Fakt, że na skali pokazującej odpuszczanie i pełne zaangażowanie, moja wajcha jest dociśnięta w tę drugą stronę dość mocno (śmiech). Wprowadzam element rywalizacji do mojej codzienności, ale kręci mnie to i napędza, więc na razie nie zamierzam walczyć z samym sobą.
Mateusz Cierniak

Mateusz Cierniak

© Lukas Nazdraczew / Red Bull Content Pool

Wspomniałeś, że jako dzieciak, nie marzyłeś o mistrzostwie świata i nie wyznaczałeś sobie takich celów. Mistrzem świata juniorów zostałeś dwukrotnie. Jak osiąga się taki cel nie planując go precyzyjnie?
Złoty medal był raczej nagrodą za ciężką pracę i to, co poświęciłem wcześniej. A harowałem z uśmiechem na ustach, bo robiłem to, co kocham. Tak na to patrzę. Od małolata napędzała mnie pasja i to pasja doprowadziła mnie do tytułów mistrza świata juniorów. Te medale niczego nie zmieniły w moim życiu. Nie dzielę swojej przygody z żużlem na czas „przed i po mistrzostwie świata”. Jasne - dziś wiem, że osiągnięcie najwyższego poziomu także wśród seniorów jest możliwe. Wiem, że jeśli będę robił pewne rzeczy, to faktycznie może się wydarzyć. I zamierzam je robić, będę do tego dążył i dawał z siebie maksimum. Nie traktuję jednak tytułów juniorskich jako przełomowych w moim życiu. Były ważne, ale nie zmieniły mnie. Mam nadzieję, że pozostałem po prostu chłopakiem z zajawką, który zajebiście lubi ścigać się w kółko.
Jakie wydarzenie było w takim razie dla ciebie przełomowe?
To był szereg zdarzeń z końcówki sezonu 2018. W Krakowie, dzień po dniu wygrałem dwa turnieje Zaplecza Kadry Juniorów, a następnego dnia w Gorzowie wywalczyłem z Unią Tarnów Drużynowe Mistrzostwo Polski Juniorów. Byliśmy najmłodszą ekipą – ja nie miałem jeszcze skończonych 16 lat, podobnie Dawid Rempała. A tam byli koledzy po 19-20 lat, z doświadczeniem w PGE Ekstralidze i 1 Lidze! W ciągu trzech dni trzykrotnie stałem na najwyższym stopniu podium. A chwilę później dołożyłem komplet punktów w lidze. Ten ciąg pozytywnych zdarzeń uświadomił mi, że jeśli będę się starał i poświęcę się w pełni sportowi, mogę całkiem sporo osiągnąć.
Mateusz Cierniak

Mateusz Cierniak

© Lukas Nazdraczew / Red Bull Content Pool

Masz receptę na sukces?
A czym jest sukces?
A czym jest dla ciebie?
Odpowiedź, wbrew pozorom, nie jest prosta. Dla jednego sukcesem będzie to, że wstanie o 6 rano, dla drugiego przebiegnięcie maratonu w 2:10, a dla trzeciego nawet mistrzostwo świata nie będzie wystarczające. Żużlowcy też są różni. Można przesiedzieć zimę na kanapie i raz w tygodniu się poruszać, a można trenować ciężko dwa razy dziennie sześć razy w tygodniu. To kwestia oczekiwań, podejścia i aspiracji. Ja jestem na końcu skali tej drugiej opcji. Lubię zapodać sobie ostry reżim, przykatować się, powalczyć z samym sobą – wtedy czuję, że wszystko jest na swoim miejscu. Jeśli uraz wykluczy mnie z treningów na kilka dni, to jak wracam na siłownię, mam wrażenie, że rozniosę wszystko, połamię gryfy… Dla mnie miarą sukcesu jest moje uczciwe przeświadczenie, że zrobiłem więcej, mocniej, lepiej, dalej… Że przesunąłem swoje możliwości, że dałem z siebie maksimum na treningu albo zawodach. Kocham sport i postęp w nim. Rozwój to jest coś, co mnie nakręca, czego potrzebuję w życiu i do czego chcę dążyć każdego dnia.
Zawsze byłeś tak bardzo świadomy swoich potrzeb i oczekiwań?
Na pewno nie. To przyszło z wiekiem, doświadczeniem i progresem sportowym. Ale nie odwrotnie. Jak wspomniałem - większe znaczenie, niż mistrzostwo świata, miały dla mnie turnieje juniorskie w Krakowie. To tamte zwycięstwa były przełomowe i sprawiły, że zacząłem się jarać żużlem na maksa, że uwierzyłem w siebie. Bez tych peryferyjnych zawodów w Krakowie nie byłoby mistrzostwa świata. I tu wracamy do pytania o to, czym jest sukces? Według mnie to nie musi być złoty medal prestiżowej imprezy. To może być dotarcie do miejsca, które będzie miało wpływ na świadomość, pozostawi po sobie ważny ślad, odmieni, zainspiruje, sprawi, że stajesz się lepszym człowiekiem i sportowcem.

Dowiedz się więcej

Mateusz Cierniak

„Jestem uzależniony od rywalizacji” - mówi Mateusz Cierniak. Wychowywał się w żużlowym domu. Jego ojciec, Mirosław, ścigał się profesjonalnie przez 15 lat. Teraz jego kolej i idzie mu świetnie.

PolskaPolska
Zobacz profil