Muzyka
Miło poznać: Gibb Key
Kogo ciekawego poznałeś, poznałaś ostatnio? Zajrzyj tutaj! Przedstawiamy fajne postaci z polskiej sceny, a one dzielą się z nami swoją muzyką. Na pierwszy ogień: raper Gibb Key.
Najłatwiejsze pytania czasem bywają najtrudniejsze, ale… warto rozmawiać. Dlatego wypytujemy ciekawe postaci z polskiej sceny o ich muzyczną zajawkę, ulubione inspiracje i wielkie marzenia. Na pierwszy ogień raper Gibb Key. Jak określił go Tomb (z którym wspólnie założył pierwszą w Polsce agencję ghostwritingową): ekspert od auto-tune’a, melodii i topline’ów. A przede wszystkim autor wydanej w 2026 roku płyty „Moje miasto potrzebuje nadziei”, na którą zaprosił swoich muzycznych przyjaciół: m.in. AdMę, Kafara Dix37, KaeNa i wspomnianego wcześniej z Tomba.
Gibb Key, skąd ta ksywa?
Moja pierwsza oryginalna ksywka brzmiała Gibky. Bardzo dawno temu uprawiałem sport – między innymi skok wzwyż, w którym byłem nawet Mistrzem Polski w swojej kategorii wiekowej, potem siatkówkę – dlatego mówili tak na mnie starsi koledzy. Jak na mój wzrost byłem bardzo sprawny koordynacyjnie. Natomiast obecna forma wzięła się stąd, że zmieniłem się jako człowiek i dokonałem wielu zmian w swoim życiu. Zarówno do ludzi, jak i do muzyki oraz samego siebie. Zmieniłem nieco zapis, ale chciałem nadal nawiązywać do swoich korzeni, dlatego w wymowie nic się nie zmieniło. Teraz moja ksywa to taki złoty środek między tym, co stare a tym, co nowe.
Jak w twoim życiu pojawił się rap?
Po raz pierwszy pokazał mi go mój starszy brat. To on zaraził mnie pierwszymi rapowymi nagraniami, których wtedy zazwyczaj nie rozumiałem, ale po prostu je za nim powtarzałem. Z czasem sam zacząłem dużo szukać muzyki i poznawać ludzi z tej kultury i środowiska.
Jaka była pierwsza płyta, w której się zakochałeś?
Pierwsza płytą w której się zakochałem i do której do dzisiaj chętnie wracam to: „W pogoni za lepszej jakości życiem” Małolata i Ajrona. Urzekło mnie w niej wtedy to jak bezpośrednio można mówić o sobie, swoich problemach, życiu… I chyba do dzisiaj tak mi zostało, że bardzo mocno cenię to w muzyce. Zarówno w swojej, jak i u innych artystów.
Czyj koncert jako pierwszy zrobił na tobie największe wrażenie?
Moje pierwsze wspomnienie to koncert Bisza w mały klubie w Lublinie. Dobrze pamiętam też koncerty Te-Trisa i zabawę ludzi na kawałku „Ile mogę?”. To takie rzeczy, które od razu przychodzą mi na myśl.
Jakiej muzyki słuchasz na co dzień?
Obecnie jest to tak różnorodny miks, że sam się sobie dziwię. Przekrój od, oczywiście, polskiego rapu przez André Rieu i Carlę Morrison, stare kawałki Primal Scream i The Clash do numerów Meeka Milla, Drake'a, Polo G, Justina Biebera, Lil Wayne'a, Lil Durka… Mógłbym tak wymieniać długo.
Na co najbardziej zwracasz uwagę w muzyce?
Jeśli chodzi o naszą rodzimą scenę rapową, to zazwyczaj najwięcej szacunku budzili u mnie gracze, którzy mieli coś do powiedzenia w niebanalny sposób. Zawsze ceniłem sobie zabawę słowem, punchline'y czy ciekawie złożone rymy. Ale oczywiście dużą uwagę przykładam także do brzmienia, bo lubię słuchać muzyki tak po prostu.
„Moje miasto potrzebuje nadziei” – skąd ta myśl, ten tytuł?
Od początku powstawania tego projektu powtarzałem, że chcę przekazać na niej same dobre wartości. Pokazać to, czym się kieruję w życiu i o jest dla mnie naprawdę ważne. Długą drogę musiałem przejść, żeby móc tak otwarcie mówić o swoich emocjach. Dlatego chciałem, żeby moja płyta motywowała ludzi i dawała do myślenia. Sam tytuł wziął się stąd, że pochodzę z najbardziej wysuniętego miasta na wschód w Polsce – Hrubieszowa. Wiadomo, że ostatni czas na wschodniej granicy nie jest za wesoły i chciałem do tego nawiązać. Symbolicznie pasowało mi to do konceptu wszystkich kawałków. Dodatkowy wpływ na ten tytuł miały rozmowy undergroundowym raperem z USA – Pricelessem – z którym dużo przegadaliśmy o życiu w mniejszych środowiskach bez perspektyw.
Już trochę na kolejne pytanie odpowiedziałeś, ale możesz jeszcze dopowiedzieć: jak chciałbyś, żeby czytać twoją płytę?
Dla mnie to taka opowieść o odnajdywaniu światła w betonowej rzeczywistości. O próbach wyjścia ponad ograniczenia środowiska, przeszłości i własnych lęków. Jednocześnie przesłanie, że nieważne skąd pochodzisz i co przeszedłeś, bo tylko od ciebie zależy, jak pokierujesz swoim życiem. Każdy utwór to osobny rozdział o rozwoju, akceptacji i odwadze, by być sobą. Bez filtrów i masek. Opieram się w nich na codzienności, ale z perspektywą nadziei, że nawet w szarym mieście można znaleźć barwy, które nadają życiu sens. Muzycznie projekt łączy trap, refleksyjny rap i elementy nowoczesnej elektroniki, bo chciałem stworzyć przestrzeń pomiędzy refleksją a odpowiednią energią dla słuchacza. Chciałem, żeby każdy, kto słucha mojej płyty i ma gorszy moment w życiu poczuł, że nie jest w tym sam.
Jak dobierałeś gości na swój album?
Był tu rzeczywiście pewien klucz, ale wszystkie featy wyszły naturalnie. Zaczynając od kobiet – AdMa od zawsze jest dla mnie topową raperką w kraju. Mało która potrafi jak ona tak dobrze składać wersy, do tego mega się odnajduje w newschoolowych klimatach. Dla mnie to była czysta przyjemność i wyróżnienie gościć ją na swojej płycie. Jeśli chodzi o takie ksywy jak Asha i Mako CEO czy Kubbini – są to głosy nowego pokolenia i podoba mi się w nich ich to, jak idą po swoje. Trzymam mocno kciuki!
Tomb czy ADM to z kolei osoby, które znam już X lat. Z jednym i drugim współpracowałem przy ich wydawnictwach, grałem koncerty jako hypeman, a dodatkowo zawsze ich ceniłem za to, jak potrafią składać wersy. Co do KaeNa – w jego wytwórni Alterego i były kiedyś postaci z mojego rodzinnego miasta. Chciałem do tego nawiązać na swojej płycie. Dodatkowo KaeN to mega w porządku człowiek, który bardzo dobrze składa wersy i po raz kolejny można to usłyszeć na mojej płycie. A Kafar… To dla mnie legenda sceny! Wszyscy go słuchali w moim mieście. Poza tym prywatnie bardzo go lubię i zawsze cenię sobie jego przemyślenia. W jego przypadku zależało mi, żeby zrobić z nim taki utwór w stylu Don Q i A Boogie Wit Da Hoodie. I myślę, że to się udało. Wielki props dla Kafara, że podjął wyzwanie, mimo że ja cały numer lecę na auto-tune.
Jeśli chodzi o Mila to na poprzedniej płycie miałem numer z Filipkiem i Korem, a że bliska sercu jest mi scena freestyl'eu i już dawno rozmawialiśmy o wspólnym kawałku to chciałem, żeby w końcu taki wyszedł. Zwłaszcza, że Milu to raper z ogromnym potencjałem. I Tailor Cut – nasza znajomość zaczęła się na Popkillerach, potem wysłałem mu głosówkę na Instagramie jak widziałbym jego refren. A on bardzo szybko go nagrał. I mieliśmy to.
„Gala Oscarów”, Fryderyków, może Grammy – na koniec powiedz, co ci się najbardziej marzy?
Fajnie byłoby kiedyś otrzymać nagrodę Akademii Muzycznej, czyli Fryderyka albo Popkillera. Dla mnie już dużym wyróżnieniem było to, że w tym roku byłem nominowany w trzech kategoriach do Popkillerów: Underdog Roku, Album Roku, Alternatywny Album Roku. Będę pracował nad tym, żeby w końcu coś dostać! (śmiech) A jeśli chodzi o Grammy czy Oscary – wystarczy, że mógłbym przeżyć takie wydarzenie!